niedziela, 14 listopada 2010
Buenos, boskie Buenos..
Potem poszłam na kolejkę linową. Jeszcze poprosiłam o własny wagonik. A kiedy tylko drzwi się zamknęły przypomniałam sobie o moim cudownym lęku wysokości, który z wiekiem chyba się pogłębia, bo niewiele brakowało, żebym sama się tam zmumifikowała. Punkt widokowy fajny, ale nic powalającego. Wróciłam więc do hostelu, zabrałam plecaczysko i ruszyłam pieszo na dworzec. Myślałam, że umrę z bólu brzucha, a tu przede mną 20 godzin podróży w autobusie. Po drodze poznałam jakiegoś starszego Holendra, który przyjeżdża do Salty od 10 lat, a na Sylwestra od 10 lat jeździ na Bali i generalnie nie wychodzi już nawet z hotelu, bo wszystko zna, ale podpowiedział mi kilka fajnych rzeczy. Jechaliśmy razem tym autobusem do Buenos. Większość drogi przespałam.
Obudziłam się w Buenos Aires. Dzień wcześniej zarezerwowałam hostel. Nie jest zły. A jego główna zleta to absolutna bliskość metra. Zawiozłam bagaż i pojechałam przez Montserrat do Recolety. I wiecie, jakoś nawet to Buenos nie takie brzydkie jak poprzednio mi się wydaje… I nawet oswoiłam autobusy. Montserrat ma całkiem ładne kamienice. Recoleta też. Niektóre. Choć dziś, w sobotę, zmieniła się w jeden wielki targ. Potem pojechałam szukać dla R domu Gombrowicza do San Telmo. Udało się. Było już prawie całkiem ciemno. Nie wiem właściwie, ale nawet zanim R kazał mi szukać śladów Witolda w Buenos Aires, wiedziałam, że musiał mieszkać w San Telmo. Mieszkał niedaleko fikuśnego domu z wieżyczką. Pierwszego dnia w Buenos przechodziłam obok. Tym razem zatrzymałam się i zrobiłam kilka fot dla R, żeby móc dokładnie opowiedzieć mu jak wygląda dzielnia Witka. Mieszkał niedaleko metra, bardzo blisko centrum, ale i bardzo blisko serca San Telmo, gdzie pewnie wieczorami nie raz przechadzał się oglądać pary tańczące tango. Na najbliższym mu skrzyżowaniu jest wiele grafitti. Pewnie groził laską chłopcom ze sprayem w ręku. San Telmo wydaje mi się idealną okolicą dla pisarza. I centralna i peryferyjna zarazem. I wielkomiejska i prowincjonalna… Myślę, że był tu szczęśliwy.
I ja też wreszcie szlajnęłam się nocą po San Telmo pomiędzy parami tańczącymi tango na Plaza Dorrigo. Za rogiem huczał występ policyjnej orkiestry dętej. Ludzie spacerowali powoli, niespiesznie pili wino, bili brawo…. Nie jest takie złe to Buenos może.
Jutro pooglądam jeszcze Buenos - Palermo i może Puerto Madero, a potem wracam do Europy. To już koniec relacji z podróży do Argentyny. Dziękuję za to, że byliście ze mną i do następnego razu.
piątek, 12 listopada 2010
Tren de las Nubes
Napisałam powyższe w pociągu i padła mi bateria w laptopie. Kilak godzin później w hotelu:
No dobra, oddam sprawiedliwość. Było kilka niezłych formacji skalnych. Przesadziłam w negatywnym nastawieniu. To przez te ciasteczka. Nikt nie powinien nazywać 4 ciastek posiłkiem, a nie daj Boże tym bardziej obiadem. Powinno się nazywać.. w sumie nie, w ogóle się nie powinno nazywać 4 ciastek. Nieważne. Ale po tym jak to napisałam i padł mi laptop podobnie jak baterie w aparacie, pojawiło się kilka powiedzmy akceptowalnych formacji skalnych. Gdybym nie była zepsuta formacjami w Maroku i Kapadocji, pewnie w ogóle byłabym zachwycona. Ale niestety wcześniej widziałam te fajniejszeJ I kiedy tak się trochę nad sobą użalałam, trochę marudziłam na tę całą Argentynę, pociąg stanął na stacji. Do okna podbiegło kilkoro dzieci lokalnych. O dzieciach w Argentynie nie pisałam jeszcze. Wiecie, że to mój czuły punkt. Nie chodzi mi o te ładne i czyste dzieci, które mają kochających rodziców i niezłe warunki bytowe. Chodzi mi o dzieci ulicy. W Argentynie jest ich mnóstwo. Zwykle mają ciemniejszą skórę - mieszanki indiańskie. W ogóle na wsiach tu zero antykoncepcji i bardzo liczne, bardzo biedne rodziny. Dzieci te są zawsze tak fajnie kudłate- mają czarne bardzo gęste włosy, brudne buzie, porwane ubrania, piękne uśmiechy i smutne oczy. Dobra, dobra, wiem, że generalizuję i idealizuję, ale często tak jest. Ale co ciekawe, te dzieci tu nie marzą o telewizorach ani nie proszą o pieniądze. Te dzieci proszą o jedzenie. I kilkoro takich dzieci właśnie osaczyło pociąg- nie chodzą do szkoły, odkąd mogą chodzić pomagają rodzicom w ciężkiej pracy. Przejeżdżający Tren de Las Nubes to rozrywka tygodnia. Fajnie jak roztyci pasażerowie, tacy biali, rumiani i uroczo okrąglawi uśmiechną i się i pomachają z okna. Czasem coś się dostanie. I właśnie w szczycie mojego złego humoru czterociastkowego z okna pociągu wysunęła się kobieca ręka i gromadzie dzieci na stacji podała swoje 4 ciastka. Ja swoje ostentacyjnie oddałam obsłudze wcześniej, kiedy to zaatakował mnie ciężki szok, że ktoś to coś nazwał obiadem. I te dzieciaki rzuciły się na te ciastka. Ale nie żeby zabrać drugiemu, tylko wszystko zaniosły siedzącej kilka metrów dalej matce i ta sprawiedliwie dzieliła cztery ciastka pomiędzy stadko dzieci. Z pociągu wyciągały się kolejne ręce z ciastkami i dzieciaki rzuciły się je odbierać. Żebyście widzieli tę ich radość!!
I żebyście widzieli mnie w tej chwili. W życiu nie było mi tak wstyd. O próżności wszelaka. Ale ze mnie burak. Te biedne dzieciaki powycieranych ubraniach były tak szczęśliwe z tego samego powodu, z którego ja właśnie byłam mieszanką wybuchową wściekłości i rozczarowania. Po pierwsze oczywiście się rozryczałam, bo jakoś tak beznadziejnie reaguję na dzieci…a po drugie, kurczę, jakie to straszne, jak człowiek na chwilę zapomni, co jest naprawdę ważne w życiu i co to jest szczęście.
Mieszkam właśnie w kolejnym hotelu pełnym zblazowanych gówniarzy, którzy jeżdżą po świecie, głownie od imprezy do imprezy i od zorganizowanej wycieczki jednej do drugiej. Nawet próbuję nie czuć się do nich lepszaJ W każdym razie chyba przez chwilę, bo wiecie, ej, jestem w Ameryce Południowej, to już nie jest jakaś tania Azja z Air Asią. To jest Ameryka Południowa z Qatar Airways i biletem na Tren de las Nubes za 120 dolców.. No więc chyba prze chwilę chciałam być taka jak oni, ci niby super wyluzowani backpackerzy z tej lepszej rozliczającej się w eurobanknotach Europy. Nawet się za to nie winię. Bardzo lubię pokazywać tym od Poland- Holand? że Polacy dużo podróżują, że są fajni, mądrzy itp. Chciałabym tak jak ci zachodni backpackerzy wybrać eurobanknoty z dwóch ostatnich miesięcy w pracy i zrobić sobie pół roku wakacji bez lęku, że jak wrócę do kraju już nikt mnie nie zatrudni, a pomoc społeczna pomoże, bo zawsze przecież mogę zacząć jakieś studia i będę dostawać kasę od rządu… Chciałabym, ale tak nie jest. Jest tak, że po 2 tygodniach zaczynam tęsknić. Zaczyna się powoli. Za mamą. Za resztą rodziny i przyjaciółmi. Za grzanym piwem na lubelskiej starówce zimową śnieżną nocą. Ostatnio nawet za Pragą. Po miesiącu zaczynają mi się śnić nocami polskie złote łany zbóż sierpniową porą na morenach czołowych na Mazurach. A potem po prostu muszę wracać.. I wiecie, tak mnie to wszytko natchnęło do takich bardzo dziwnych przemyśleń – może to zresztą choroba wysokościowa- że chyba jednak coraz mi bliżej do jednych trzytygodniowych wakacji rocznie, a przez pozostałe 11 miesięcy harówki w NGOsie…A z drugiej strony, rany!, jest tyle takich dzieci w krajach trzeciego świata, które mnie potrzebują (well mogę na razie zajmować się tymi w Polsce)… A tak poważnie: siedziałam w tym pociągu i ryczałam, trochę nad nimi i trochę nad sobą, trochę z zażenowania i trochę ze wstydu. Pociąg ruszył, a uśmiechnięte dzieciaki wesoło machały nam znad ciastek. Widoki za oknem od razu wypiękniały. Naprawdę nie były złe. I to zachodzące słońce na pustynnych górach albo górzystej pustyni, bo jeszcze nie zdecydowałam, które z tych dwóch określeń bardziej pasuje do Andów… Więc mimo iż dziad taksówkarz orżnął mnie na kilkanaście zeta, mimo, iż mam mega długi, mimo iż krwawi boląca rana na palcu u nogi, będę odtąd doceniać każdą chwilę tej wyprawy.
A poza tym naprawdę jest mi trudno nie lubić tych Argentyńczyków: tańczą, śpiewają, gadają, uśmiechają się, dają dzieciom ciastka z okna pociągu… KiepskoJ Albo to była choroba wysokościowa, albo w pociągu w drodze powrotnej najpierw był występ jakiejś folkowej kapeli, a później magika, który wyciągał gołębicę z cylindra.. Wszyscy tańczyli i śpiewali. Jak ich nie lubić?
PS i nauczyłam się spożywać liście koki. I nie, nie ma to nic poprzedniego z powyższym wątkiem. Liści koki wbrew obiegowej opinii się wcale nie żuje. Z 7 kg liści można uzyskać 1 g kokainy. Uprawa koki jest zabroniona w Argentynie, ale już w Peru i Chile nie. Należy wziąć 5 lub 6 świeżych liści koki.. Oderwać ogonki, żeby nie poraniły dziąseł, składać wielokrotnie do uzyskania małej kuleczki lub prostokącika i w takiej postaci włożyć między zęby a policzek - do dziąseł. Nie żuć. Niech leżą, ślina uwolni soki. Działanie: liście koki niwelują objawy choroby wysokościowej.
Czy nie sądzicie, że powinnam pisać książki kucharskie? Chyba mam niezły styl…
Droga przez mękę
Do Tucuman dojeżdżam następnego dnia o 18:59. Mam godzinne opóźnienie. Wyrywam bagażowemu plecak i biegnę do pierwszego lepszego okienka zapytać o autobusy do Salty. Nie ma słyszę, dopiero jutro o 5 rano. Trochę mi krew odpływa z mózgu, ale resztką przytomności umysłu pytam: a inne firmy? W które okienka mam iść (jest ok. 30 kas- nie mam czasu stać w kolejce do każdej). 33 – słyszę. Biegnę. Potrącam kogoś plecakiem. Jest 19:03. Na kasie widzę tablicę- Salta 19.00, autobus jeszcze stoi, ale kolejka jak diabli. Z rozwianym włosem, wielkim plecakiem dyndającym na ramieniu i obłędem w oku podbiegam do kolesia przy kasie i próbuję go zapytać czy czeka na ten autobus. On mówi, że nie i przepuszcza mnie w okienku. Kupuję bilet i w ostatniej chwili wbiegam do autobusu. Uff nie wiem, czy mogę już odetchnąć z ulgą. Wygląda na to, że za 5 godzin, będę o północy w Salcie. Zdążę na Tren de Las Nubes!!!
Autobus jest fatalny, a ja ledwo żywa, nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam, chyba w Misiones, ale co z tego! Wprawdzie kazali się najeść w obawie przed chorobą wysokościową i pić dużo wody (kiedy ostatnio piłam tez nie pamiętam), ale hej, chyba dojadę do Salty. Pewnie przepadł mi hotel i będzie środek nocy, ale nic to.
Jestem w Salcie, zdążam jeszcze kupić bilet powrotny do Buenos Aires na pojutrze i biorę taksę do hotelu. Docieram o 1 w nocy. O 5 muszę wstać na pociąg. Nie mogę uwierzyć, ze się udało.
czwartek, 11 listopada 2010
Znowu jestem w piekle
wtorek, 9 listopada 2010
aaaa!! kupiłam (chyba) bilet na tren de Las Nubes!!
PS czy juz rozpoczeliscie zbiorke do puszki na dozywianie mnie po powrocie kiedy bede klepac biede?
PS 2 nie moge przestac sie usmiechac:):):):)
Aaaaaa! kupiłam bilet do Salty!
San Ignacio i znaki
poniedziałek, 8 listopada 2010
Ucieczka z Ciudad del Este
Paragwaj-Ciudad del Este
Argentyńskie wodospady
Ok. 16 jesteśmy z powrotem w Puerto de Iguazu. Dzień był fantastyczny, choć widzę już czerwień odsłoneczną i czuję, że zaraz zacznie piec.
Mamy dziś jeszcze przemieścić się do Paragwaju do Ciudad del Este. Idzi8emy do hotelu po nasze rzeczy. Próbujemy wygooglować jakiś hostel w Ciudad del Este. Dziwna sprawa –nie ma. Rozważamy czy nie zostać w Puerto de Iguazu. Adam z Martą nas trochę zlewają, ja nie bardzo chcę z rana sama eksplorować Paragwaj, tym bardziej, że moja hostka z dżungli ostrzegała, że kierowcy robią jakieś dziwne akcje i omijają granicę. Masz więc pieczątkę, że wyjeżdżasz z Argentyny, ale nie masz, że wjeżdżasz gdzieś indziej, co rodzi wiele problemów i może uniemożliwić powrót do Europy. Ponoć busiarza trzeba samemu zatrzymać jak ominie granicę. A na dodatek jest niedziela, cała Ameryka Południowa jest wymarła. Nawet nasze żywe minionej nocy Puerto de Iguazu przypomina dziś miasto duchów. Jestem już lekko podkurzona, a wtedy przychodzi Olga i pyta, czy czuję zew przygody. Czuję. Jedziemy do Ciudad del Este. W ciemno, co ma być, to będzie. Olga przekonuje mnie, że nic nie może nam się stać, a ja bardzo chcę jej wierzyć.
niedziela, 7 listopada 2010
Dzień czwarty-Puerto de Iguazu
Teraz będzie mała dygresyjka. Przepraszam Was, ale jak piszę „to ok, jedziemy do Brazylii” czy „to no to na jeden dzień wyskoczyłam z Argentyny do Brazylii” to aż mi się chce śmiać. Jakby to co najmniej było dla mnie coś zwyczajnego zupełnie powszedniego, a u licha nie jest!! Jest to fantastyczne i cudowne, choć totalnie się spłukam i choć mam tylko 11 dni, a słucham wokół historii ludzi, którzy spędzają tu miesiące, to i tak jest to super zarąbiste. Nawet te głupie pieczątki w paszporcie tak mnie totalnie cieszą. Cieszy mnie noc w Katarze i 18 godzin w busie do Iguazu. Chyba w ogóle wyklarował mi się plan na kolejne dni. Po pierwsze primo: nigdy więcej nie jadę nigdzie bez lonely planet i na takim spontanie jak teraz (akurat!). Plan rysuje się tak: jutro argentyńska część wodospadów i popołudniem/wieczorem przenosimy się za granicę do Paragwaju do Ciudad del Este (ponoć niezbyt bezpieczne- nie mówcie mojej mamie, choć i tak nie wierzę w takie wyświechtane opinie). Kolejnego dnia rozdzielam się z Olgą, ona jedzie do Brazylii, a ja w dzikie paragwajskie wioski, bo przyznam wam, że ta dżungla z okna autobusu rozbudziła mój apetyt na Real-Niemiejski lajf Wyszukałam couchsurferkę, która jest wolontariuszką Korpusu Pokoju w jakiejś małej wiosce pomiędzy Ciudad del Este a Asuncion-stolicą Paragwaju i jadę do niej na 1 noc dwa dni. Dziewczyna ma ponoć babcię Polkę i robi super pierogi, mniami Daje kolejnego dnia po nocy u niej jadę do Asuncion, nikt z CS mi nie odpowiada wiec pójdę do hostelu. To będzie noc 9/10. 11. 10. spędzę na zwiedzaniu Asuncion. Potem myślałam o zwiedzaniu tych misji pojezuickich w okolicach Posadas, ale chyba odpuszczę, żeby przez Buenos pojechać do Urugwaju na 2 dni- do Colonii de Santiago i Montevideo. Byłoby git wpaść na 1 dzień do Posadas na te misje i jakby udało się znaleźć autobus omijający Buenos na rzecz północnej drogi przez Urugwaj do Montevideo, byłoby idealnie, ale na razie nikt takiego nie zna.. wiec chyba czeka mnie Buenos… Więc zobaczymy. Na razie Campo9 w Paragwaju i Asuncion.
A teraz wrócę do dzisiaj. Zdecydowałyśmy, że dziś zwiedzimy brazylijską stronę wodospadów. Bus w obie strony z Puerto de Iguazu łącznie 45 peso, niecałe 40 zł, wstęp do parku 90 peso, ok. 80 zł. Drogo. Pierwsze wrażenie: zapach- letnio skoszona trawa. Pełne słońce, niecałe 30 stopni, nie za gorąco, ale milutko, powietrze pachniało latem i wolnością. Dostaję brazylijską pieczątkę w paszporcie – hurra! i jedziemy do parku narodowego, tam wszystko super zorganizowane: transport, trasa itp. Wysiadamy i ruszamy ku wodospadom. Pierwszy widok- rozczarowanie. To mniejsze nawet niż Niagara!! Już mam złu humor. Oldze się podoba.
Idziemy dalej. Ja zero podjary, Oldze się podoba. I tak z godzinkę. Wreszcie dochodzimy do Garganta del Diabolo- Gardzieli Diabła. I wreszcie jestem zachwycona. Stoję niemal pod wielkim rwącym wodospadem, moczę się całkowicie na parusetmetrowym moście w głąb wodospadu i patrzę z zachwytem z tarasu widokowego na rwącą rzekę.
Nie wiem, czy jutro po argentyńskiej stronie będzie fajnie lub fajniej, ale ogólnie był to całkiem przyjemny dzień. No i cieszę się, że mam plan i mój plan mi się podoba a Wam? Dobrej Nocy Kochani. W Polsce jest teraz 3.20, tu 23.20.. Marzy mi się wyskok na miasto po jeszcze jedną empandę, co wy na to?
sobota, 6 listopada 2010
Dzień trzeci- 18 h podróży ku Iguazu Falls
Do zmroku jechaliśmy przez płaskie zielone łąki. Tymczasem dziś rano obudziłam się już w dżungli, w prowincji Misiones. To stare pojezuickie tereny, gdzie zakonnicy chrystianizowali Indian Guarani - rdzennych mieszkańców tych ziem, głównej grupy etnicznej Paragwaju, którzy skąd inąd wynaleźli mate. Jest tu wiele akcentów polskich między innymi wioska Wanda założona przez naszych rodaków. Byłam w WandzieJ
Junga, bieda, wilgoć, ciepło.. od razu poczułam się bardziej swojsko niż w Buenos. Wokół jezdża stare pick-upy. Chaty przypominają mi klimaty Tomka Sawyera i Chaty Wuja Toma. Jakby czas się zatrzymał. Oprócz małych drewnianych chat, często pojawiają się tartaki, czasem jakieś miasteczko z małym dworcem autobusowym i barem i… nic więcej. Jest pięknie.
piątek, 5 listopada 2010
Buenos Aires-primer dia
Mój pierwszy dzień w BA! Trochę już widziałam z taksówki wieczorem, ale ogólne wrażenie jest rozczarowujące. Architektura tandetno-biednie-komunistyczna jak dla mnie. Miasto jest ogromne, ale spokojne, bez pośpiechu. Ludzie obojętni, ani przyjaźni ani wrodzy. Ich hiszpański masakrycznie niewyraźny. System transportu miejskiego to porażka. Metro działa tylko do 22:45, a i tak zwykle jest tak zapchane, że nie wejdziesz i dojeżdża tylko w kilka nielicznych okolic. Autobusy to masakra. Płacisz monetami. Z tym wiąże się problem monetowy. Otóż monet generalnie nie ma. Nikt nie ma i nigdzie nie ma. Nie ma ich w sklepach, a nawet w bankach, a bez monet nie pojedziesz. Na autobus trzeba machać, rozkładów nie ma i zatrzymują się głównie na żądanie. Masakra. Bez hiszpańskiego też ciężko. Ceny niewiele niższe jak w Warszawie. Najprostsza przekąska to ok. 5 zł, kawa czy coś do picia ok. 8 zł, woda butelkowana 1,5 litra w sklepiku to 9 zł.. No i jadę tym brudnym starym autobusem przez brudne szare miasto dziękując Bogu, że jest ze mną Olga płynnie nadająca ich hiszpańskim i siedząca w Buenos od tygodnia czyt. znająca miasto. Mój plan na dziś to La Boca, San Telmo i MikroCentro. La Boca, gdzie uderzamy najpierw, to przyportowa dzielnica artystów, tanga, kurtyzan.. Obecnie to kilka uroczych domków pomalowanych różnokolorową farbą do malowania statków, piękna i bardzo turystyczna. Już na etapie czytania przewodnika wiedziałam, że mi się spodoba i to jak dotąd spodobało mi się niemal jako jedyne. Te kolory są naprawdę super. Pary tańczące tango na ulicy też, nawet sklepy z pamiątkami, a co! W La Boca dołącza do nas Adam i zwiedzamy razem. Obecnie La Boca jest jedną z najniebezpieczniejszych okolic BA. Mała część turystyczna, a dalej są tory, za które lepiej się nie zapuszczać. Nawet był po drodze pewien locals, który stał na tych torach i odradzał nam pójście w tę stronę, bardzo miło. Mnie się generalnie podobało. Po La Boca wzięliśmy autobus do San Telmo. Podobno to tam powstało tango. San Telmo nie było aż tak urzekającą dzielnicą, ale sam skwer /główny Plac San Telmo z kafejkami pomiędzy którymi tańczy się tango, targiem staroci i świeżowyciskanym sokiem z pomarańczy całkiem niczego sobie. Następnie poszliśmy w stronę Makrocentro, Plaza del Mayo, jedną z najszerszych ulic świata- Avenida de 9 Julio itp. Całkiem miły dzień okraszony argentyńskim winem i smakiem empanadas - lokalnej przekąski zapiekanego pierożka zwykle z mięsem. A teraz siedzimy w domu u naszego hosta i jemy pizzę i Fagina – coś jak nasze placki ziemniaczane tylko nie z ziemniaków, a z ciecierzycy. Dzień udany, ale postanowiłam, że nie bardzo jest tu co robić, więc jutro spadamy do Iguazu Falls.
wtorek, 2 listopada 2010
Doha
Kasia w Katarze
Barcelona.
Barcelona to dla mnie jak zwykle dziwne doświadczenie. Po Daanie i naszym katalońskim epizodzie, właściwie nie czuję jakbym była w obcym mieście, a raczej jakbym jechała do siebie. Znam te wszystkie zakamary, nie mam parcia na zwiedzanie. Znajomych też nie mam. Pierwszy dzień- jestem wykończona. Hostel jest miły i spokojny, taki jak chciałam. Wygrzewam się na słońcu w Port Vell, szlajam się Barri Gotic, siedzę na Barcelonecie.. Miło.. Wykończona idę spać ok. 21. Dzień drugi niespiesznie wstaję, piję kawę na tarasie. Uwielbiam te barcelońskie tarasy i to niespieszne tempo życia. Wyjeżdżam znowu do centrum. Nie czuję się najlepiej. Albo to osłabienie, albo jesień, albo początki grypy, albo brak entuzjazmu, bo przecież nie jestem w nowym miejscu. Ok. 15 wracam do hotelu. Czytam maile na tarasie. Nagle odzywa się obcy couchsurfer. Umawiamy się na wieczór. Mieliśmy iść na cmentarz Montjuic, wszak to Zaduszki, ale wygrała sangria w Barri Gotic. Koleś jest Sardyńczykiem, chemikiem, mega pozytywny, pijemy dużo Sangrii i przenosimy się na Ravel, po drodze zaliczając siec kebabowi Maoz. Jest bardzo wesoło. W środku nocy docieram do hostelu, żeby wstać o 6:30 na lot do Kataru.
Katar.
Nie uwierzycie .. ja też nie mogę. Lecimy z Barcelony jednymi z najlepszych linii świata Qatar Airwaves. Lot to poezja, ani pół turbulencji, jedzonko pycha, drinki za free, TV, muzyczka, miła obsługa. Trochę przeraża nas noc na lotnisku, ale co tam, damy radę. Dzwoniłam do ambasady. Nie ma szans na wizę do Kataru, jeśli nie jestem pracownikiem ani rodziną Katarczyków. Nie jestem. Trochę szkoda nocy w Doha na leżenie na lotnisku. Lądujemy i kierujemy się na krzesełka. Nagle jakis locals nas cofa do bramki z hotelami za free. Okazuje się, że nasza super Qatar Airwaves zafundowała nam za free super hotel, żarcie, transfer i nawet.. wizę!!! Bez niczego, a wszyscy z uśmiechem. Nie mogę w to uwierzyć!! Adam mój towarzysz podróży też nie.. W voucher hotelowy trzymany w ręku nie wierzę. Czekam na wizę. Pani z imigration jest przemiła, gadamy łamaną jej angielszczyzną. Ona próbuje wymówić nazwisko Adama: Sienkiewicz jako hien-qui-tłić. Obłędne. Niedowierzając wychodzimy z lotniska. Jesteśmy tak rozentuzjazmowani, że ledwo trzymamy się na nogach. Przed lotniskiem wita nas przemiły pan z busa i zabiera do hotelu. W busie poznajemy cudną parę travellerów z Alicante, jadą do tego samego hotelu, a potem do Buenos. W naszym samolocie było jeszcze 2 Polaków też lecą do Buenos, ale tacy niezbyt przyjaźni. Hotel jest git, dobre 4 gwiazdki. A to wszystko za free. Powiedziano nam, ze zaraz przygotują kolację i zadzwonią. Potem idziemy zwiedzać Doha by night. Ale czad!!!!
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
Pani M i Gekon
Początek sięga chyba 17 mniej więcej lipca, czyli końcówki pierwszego tygodnia trasy koncertowej, koncertu czwartego i ostatniego przed pierwszym weekendem trasy, koncertu w P. Byłam już dość mocno zmęczona koncertami w W, K i C, na dodatek byłam sama, co oznacza, że wiele było na mojej głowie. W drodze z C do P (jakieś 400 a może 500 km), prowadząc mega załadowanego bannerami, ulotkami, prezentami i innymi szpargałami wielkiego busa bez GPSa wisiałam na telefonie z Gosią, P i miliardem innych osób, bo oto nawinął się nowy sponsor. Sponsor sam w sobie kosmiczny. Otóż jakaś babeczka w markecie w X, gdzie rozprowadzaliśmy pewne wydawnictwo za 1 zł przekazywany na marzenia chorych dzieciaków, zagadała naszych wolontariuszy i oburzyła się, że co to ma niby być 1 zł na marzenia umierających dzieciaków. Stwierdziła, że 1 zł to tyle co nic i że każdy, a zwłaszcza ona zobowiązana jest moralnie dać dużo więcej i zażądała natychmiast wskazania jej konkretnego marzenia z okolic X, które bez względu na koszty ona chce i moralnie musi spełnić. Na szczęście trafiła na wolontariuszkę podlegająca Gosi. Gosia jest nowym i chyba najsensowniejszym nabytkiem fundacji. Więc Gosia podjarała się do Pani M, tak jak Pani M podjarała się do dzieci i Gosia zajarała sprawą Iwonkę, a potem mnie. I tak oto niemal od razu znaleziono dziecko z marzeniem. Z listy marzeń oczekujących Pani M wybrała zakup gekona – takiej jaszczury dla Chłopca spod P. Jaszczur miał być podarowany na koncercie w P, co okazało się w dniu koncertu. Niestety Chłopiec dopiero wychodził ze szpitala, jechaliśmy już jednak wszyscy na takiej energii Pani M, z którą nawet jeszcze nie rozmawiałam, że stwierdziłam, że, a co, rozpocznę koncert, zajmę się dziećmi, a kiedy na scenę wejdą muzycy, wsiądę w busa, wezmę Panią M i Gekona i pojedziemy do Chłopca. Sprawy trochę się skomplikowały. Pani M jak się później okazało dzień wcześniej wróciła do Niemiec pod granicę z Holandią, gdzie mieszka, po czym Gosia zadzwoniła do niej z informacją o koncercie, więc Pani M tego samego dnia, w którym wróciła z Polski wsiadła w swoje cabrio i ruszyła w drogę powrotną do ziemi ojczystej. Kiedy dojechała do rodzinnego X, nie miała już siły dalej jechać, czemu trudno się zresztą dziwić, znalazła więc taksówkę i z taksówkarzem, Panem A, przyjechała do P na koncert. Z tego wszystkiego Gekona kupowaliśmy już w trakcie trwania koncertu. Pani M wybrała najrzadszy okaz gekonowatych - Gekona Tygrysiego wraz z kolacją dla gada, czyli pakietem chrząszczy i książką o gekonach dla Chłopca. Poznałyśmy się na scenie. Pani M szaleńczo porywała publikę do dzielenia się z najsłabszymi. Gadała i gadała, ale było to prawdziwe, piękne i dobre. Gdy wreszcie zeszła ze sceny, wzięłam ją i Gekona do busa. Pani M stwierdziła, że Pan Taksówkarz A, skoro już jechał z nią tu 150 km, to jedzie z nami dalej. „Tuż pod P” okazało się wioską 120 km od P (przypominam: jestem po 3 dniach koncertów, od rana jechałam do P z C, potem zapierniczałam z aspektami fizycznymi, a na końcu z konferansjerką podczas koncertu, a teraz jeszcze 240 km… superJ ale jedziemy.. hmm… tylko jak wyjechać bez GPSa z tego paskudnego P? Ktoś podpowiada, żeby zapytać policjantów. Stoją niedaleko. Widzieli mnie na scenie. Pytam, czy także słyszeli co chcemy zrobić. Nie słyszeli. Więc tłumaczę, że mamy Gekona Tygrysiego taką jaszczurkę czyli dla umierającego chłopca i musimy to zawieźć nie wiemy gdzie. Policjanci mówią: ok, podjeżdżaj mała busem, będziemy cię eskortować do właściwej drogi. I tak też się dzieje- jadę z Panią M, Panem Taksówkarzem A i Gekonem Tygrysim w terrarium na kolanach 120 km. Docieramy do domu Chłopca. Jak zwykle w takich chwilach wszyscy ryczymy. Najpierw rozmawiam z Chłopcem o gadach, bo ma super kolekcję dinozaurów, ale czuję, że to czas Pani M, więc zostawiam Chłopca w jej rękach. Pani M się z nim piorunem zaprzyjaźnia, zaprasza go z całą rodziną do siebie do Niemiec, obiecuje zabrać do największego w Europie lunaparku oraz odwiedzić ponownie i nauczyć jeździć na rolkach. Opowiada o szympansie, którego ma w domu- adoptowany z lokalnego zoo i o swoim życiu. Na koniec analizuje wyniki chłopca, bo okazuje się, że jest neurochirurgiem. W drodze powrotnej opowiadamy sobie swoje życia, a raczej Pani M opowiada mi kilka fragmentów swojego życia, a ja opowiadam jej o swojej pracy, która ostatnio i tak stanowi moje życie, więc wszystko się niby zgadza. Pani M jakieś 2 lata temu dowiedziała się, że ma złośliwy nowotwór i że zostało jej pół roku życia. Śmierć oszukała już na jakieś 18 miesięcy. Ta babeczka ma więcej energii niż połowa ludzi, których znam. Swoją chorobę traktuje jak motywację. Rak zabrał jej dwójkę dzieci. Trzecie dziecko pokonało raka dzięki przeszczepowi od niespokrewnionego dawcy. Japończyk. Najgorsze ponoć jest to, że jako lekarz Pani M od początku do końca jest świadoma szans swoich i sowich dzieci. Pani M jest jedną z osób, które przeżyły coś moim zdaniem zupełnie nie do przeżycia. Nie wiem skąd jest w niej tyle siły.
Dziś Pani M zadzwoniła do mnie i ponad 45 minut opowiadała o różnych różnościach. M.in. że jak jej niemiecki mąż wypominał jej polską mięczakowatość, zwaną także wrażliwością na ludzką krzywdę czy zwyczajnie empatią, to zaczęła kopać w jego drzewie genealogicznym aż znalazła tam prababkę Polkę, więc udowodniła mężowi, że on też powinien być z krwi i kości pomagającym mięczakiem. I takim właśnie stał się. Nie wiem, czy Pani M jest szczęśliwa. Podobnie jak nie wiem jakim cudem podniosła się z tragedii, które jej dotknęły. Wiem jednak, że właśnie próbuje załatwić Chłopcu niedostępne w Polsce leki, na które jego rodziny nigdy nie byłoby stać. Nie wiem jeszcze wielu rzeczy. Nie wiem zwłaszcza dlaczego i jak to możliwe, że spośród wszystkich chorych dzieciaków, które poznaję w pracy to akurat Chłopiec spotkał Panią M a Pani M Chłopca. Nie wiem dlaczego to właśnie Pani M ma w sobie siłę i ochotę pomóc Chłopcu. Właśnie Chłopcu. Wierzycie w Przeznaczenie? Ja wierzę. Zawsze wierzyłam, ale jest coś Dramatycznego w tej Nie?-Przypadkowości Losu. Chciałabym żeby więcej dzieciaków, a może wręcz każdy z nas spotkał swoją Panią M. Niesamowite jest, że dzięki jakiejś śmiesznej gazetce w markecie na końcu wszechświata jakieś dziecko z małej wioski zyskuje szansę na życie. Nie wiem, czy ta historia będzie miała happy end. Znam wiele historii, które nie mają. Ale wiem, że ta Szansa, Pani M i Zagadkowa Nie?-Przypadkowa Pajęczyna Losu kręci mi dziś łzę w oku i jednocześnie odchyla usta w lekkim uśmiechu, że nigdy nie wiadomo jaką niespodziankę trzyma dla nas Fatum w odległym markecie w mieście X w zupełnie zwyczajny sobotni poranek. Życzę Wam miłych niespodzianek i jak najwięcej Pań M wokół nas.
niedziela, 8 sierpnia 2010
Bo Lublin pełen jest tkliwej czułości
Często mnie pytacie dlaczego tak regularnie jeżdżę do Lublina. Mrugacie oczami z niedowierzaniem, czasem politowaniem. Ktoś ukuł teorię o nieodciętej pępowinie, ktoś inny o kidult… Pewnie obie częściowo są prawdziwe. Ta pierwsza zdecydowanie bardziej. Bo czy normalne jest, żeby 27-letnia kobieta wynajmująca urocze mieszkanko w pełnej życia i wydarzeń stolicy co drugi weekend, a czasem nawet częściej jeździła do Lublina?
Odpuszczę sobie i wam odpowiedź na pytanie, czy to normalne, bo dopóki dla mnie jest to przyjemne i nikomu krzywdy nie czyni i tak będę to robiłaJ Ale spróbuje wyjaśnić dlaczego.
Po pierwsze primo Lublin ma najładniejszą starówkę na świecie z boskimi zakamarami i cudnymi knajpkami, gdzie przy kawie doskonale czyta się książki raz po raz podrywając znad ich kart oczy ku cudownym niszczejącym kamienicom, których dusze wszyscy mają za nic. Butwieją więc drewniane schody na podwórkach, lokalne męty zajmują Plac Rybny, a ja z sercem na dłoni przemykam po schodkach w Zaułku Hartwigów. Lubelska starówka jest jednym z najładniejszych i, co rzadkie, kompletnie niezniszczonych przez II wojnę światową kompleksów architektonicznych w naszym kraju. Jedna z pierwszych bomb w 1939 r. zabiła wprawdzie Czechowicza w Hotelu Europa, ale większość spadła na Krakowskie Przedmieście, a nie na starówkę. Miasto płonęło wielokrotnie w XVI i XVII stuleciu i poza kilkoma renesansowymi kamienicami ciężko znaleźć tam coś starszego. Starówka nie jest za duża i z tego co wiem napisano o starym Lublinie tylko jedną powieść historyczną, a i to o czasach dużo późniejszych niż te pamiętające budowanie kamienic rynkowych. Mury miejskie, co było tendencją ogólnopolską, zrównano z ziemią w wieku bodajże XVII celem zasypania fos i tak powstał Plac Łokietka. Miasto ma cztery bramy, kaplicę akustyczną w katedrze, jedne z najznamienitszych w Europie fresków bizantyjskich na zamku, który też jest wyjątkowy, bo przerażająco brzydki. W Lublinie mieści się centrum wszechświata, przynajmniej według cadyka Horowitza - Widzącego z Lublina, o którym wiedzą niemal wszyscy Chasydzi, ale mało który Lublinianin. Mało który Lublinian, że o Polakach globalnie nie wspomnę, widział kiedyś na żywo jakikolwiek spektakl w Gardzienicach. Widzieli go za to i doceniali krytycy teatralni z całego świata. Lublinianie mają tyleż samo kompleksów co zapatrzenia w siebie, zwłaszcza kulturalnego. Warszaffka to miropikuś w porównaniu z Lublynkiem. Przy ogólnie tragicznej infrastrukturze turystycznej (kilka hoteli, jedno schronisko młodzieżowe, którego drzwi zamykane są o 22, a noclegi tanie, bo tanie, ale dostępne wyłącznie w wieloosobowych salach), jest to pewnie jedyne w Europie miasto z tyloma wydarzeniami kulturalnymi, w którym nie ma ani jednego hostelu. Nie ma też dróg dwujezdniowych łączących Lublin choćby z oddaloną zaledwie o 163 km stolicą, nie dojeżdżają tu pociągi typu Express, Eurocity, Intercity ani nawet najtańsze Interregio. Koszt podróży z Warszawy do Lublina porównywalny jest z tym ze stolicy do Poznania czy Krakowa, czas niestety też jest zbliżony. To wszystko jest przykre. Z Lublina generalnie dużo łatwiej się wyjeżdża niż do niego przyjeżdża. Wyjeżdżających bardzo często dopada specyficzna lubelska amnezja. Kiedy spotykam w Warszawie Lubelaka, zawsze się cieszę, podobnie jak kiedy spotykam drugiego Polaka gdzieś za granicą. Niestety mój patriotyzm lokalny zwykle nie spotyka się z zrozumieniem, częściej z zawstydzeniem w stylu ”o nie, ona wie, skąd jesteśmy, oby nie chciała powiedzieć tego na głos”. Większość z tych osób nie siedziała nigdy, a przynajmniej od dobrych 20 lat na podwórku przy Teatrze Andersena gapiąc się na bardziej industrialną, kiedyś protestancką część miasta, gdzie ponad 100 lat temu rysowano szkice pierwszych polskich samolotów. Większość tych ludzi nie wie, że w Lublinie znajdował się do 1993 r. największy kawałek krzyża Chrystusa, a historia jego kradzieży (tej i poprzednich) spokojnie mogłaby przyćmić kryminały Dana Browna. Większość z nich nie wie, co ma ten kawałek krzyża wspólnego z kościołem KUL przy Al. Racławickich ani co to jest Domek Kata. Kamień obok Bramy Trynitarskiej jest dla nich zwykłym kamieniem, studnia na dworcu PKS jakąś śmieszną wieżyczką i pewnie nigdy nie odważyli dać się zamknąć na noc w jednym z podwórek Starówki. Mogłabym tak pisać i pisać, bo tak ja faktycznie uwielbiam to miasto, jego zapach, kolory, smak deszczu, zapach pieczonych ziemniaków w skansenie i wielu wielu innych. I między innymi dlatego właśnie tak często przyjeżdżam do Lublina.
Oczywiście teoria pępowiny tez jest słuszna i niewątpliwie charyzma mojej matki sprawia, ze jestem od niej uzależniona i każda chwila spędzona z nią jest dla mnie ogromną przyjemnością i nie widzę najmniejszych przyczyn, dla których miałabym sobie tej właśnie przyjemności odmawiać.
Lubię Lublin oczywiście także dla i przez ludzi, których kocham i którzy tu mieszkają. To dzięki nim ukułam kiedyś swoją pierwszą definicję miłości. Do dziś zresztą chyba jedną z trafniejszych. Miłość to jest 500 g łososia. Wiecie dlaczego? Bo wiele lat temu nieopatrznie, żeby mojemu tacie było miło, bo przygotował na mój przyjazd łososia w czymśtam i ja chciałam go docenić więc jakoś supermocno mlaskałam nad tym łososiem i podkreślałam, że taki pyszny. I oto mój ojciec, który generalnie ma spore problemy z wyrażaniem uczuć, od tamtej pory zwykle kupuje na mój przyjazd łososia… Ten płat martwej ryby jest jego ”kocham cię”. Miłość mojej lubelskiej rodziny do mnie ma też kształt (i zapach) sera pleśniowego. Historia dokładnie taka sama jak z łososiem tym bardziej ckliwa, że cała ta rodzina nie cierpi nawet zapachu sera pleśniowego, który zawsze czeka na mnie w lodówce… W Lublinie rany goją się szybciej, a dusza łatwiej wypluwa z siebie treści niewypowiedziane przy herbatce mojej mamy na małym stołeczku przy kaloryferze w kuchni.
Ale Lublin to też przyjaciele, znajomi i te anioły, które kiedyś musnęły mnie swoim skrzydłem odmieniając moje życie. Lublin to Weronika i Afryka, gdzie zawsze wpadam niezapowiedziana z paskudnie beznadziejną nieregularnością i zawsze dostaję kawę z historią. Lublin to BraHo z Zuzanną, wsparcie w testach oraz lęki przed porodem (BraHo oczywiście). Lublin to wyzwania upostaciowanie w Joannie i wiele wiele lat temu w Katarzynie. Lublin to Grześki, dom w Łęcznej, zrzucanie fotek i robienie zdjęcia na kartę miejską albo do CV o nieprzyzwoitych porach z cudnym widokiem na panoramę Lublina z ostatniego pietra wieżowca przy Głębokiej. Lublin to moja siostra - mistrz kierownicy i opustoszałe drogi nad Zalewem Zemborzyckim, które łaskawie nie urwały mi podwozia kiedy po powrocie z Krety chciałam się znowu nauczyć jeździć po Polsce. Lublin to Tomasz i Olga, którzy wyciągają nad jezioro albo na wino. Lublin to te wszystkie inne osoby które czasem mniej lub bardziej świadomie spotyka się na starówce.
Także nie dziwcie się, że wpadam tu czasem choćby na pół dnia na herbatę u mamusi czy kawkę na Starówce, bo Lublin to moje piękne wspomnienia, to moja pierwsza miłość, Lublin to ja jaką lubię i chcę pamiętać. Podobno, żeby poznać i pokochać jakieś miejsce trzeba do niego wrócić.. Ja Lublin żegnałam już tak wiele razy i im dłużej mnie tu nie ma tym bardziej znam i kocham to miasto. Więc jeśli nie macie planów na weekend to zaledwie 160 km od Warszawy, a ta dziewczyna z wąsami z bitej śmietany nad kawą po wiedeńsku u Szewca zaczytana w Wyborczej i/lub Wysokich Obcasach to ja. Podejdźcie wtedy i zaczepcie mnie pod byle pretekstem. Przysiądźcie się i wymieńmy się swoimi historiami. Kto wie, może będziemy dla siebie nawzajem lubelskimi aniołami, które wskazują właściwe kierunki i pchają ku Nowemu… Bo Lublin to czysta magia.
Kurcze mam ewidentnie problem z zakończeniami. Kończę więc bez zakończenia, rozmarzona i niedokończona jak zwykle w Lublinie (i nie tylko).
środa, 4 sierpnia 2010
Dlaczego Kasia nie postuje nic nowego
PS wszyscy, którzy ponoć nieczytacie, moglibyście zapodać komentarzyk jakiś czasem, żebym wiedziała, że nie piszę dla siebie:)
piątek, 9 lipca 2010
Senator i zielona pierś
środa, 7 lipca 2010
Kasia-typowa gospodyni
Przypadkiem nieuwaznie rutynowo wręcz omiotłam wzrokiem mój tajny stragan z tanimi książkami i nagle zobaczyłam JE!
Może nie była to wyczekiwana miesiącami miłość, bardziej sycylisjki piorun, a raczej stricte pragmatyczny zmysł oszczędnościowy. Ale uczucie wybuchło dość intensywnie i ogarniająco- czyste pożądanie. 3 fascynujące grubiutkie pulchniutkie śliczniutkie przewodniki Baedeckera- Chiny, Meksyk i Grecja. Znaczy było ich więcej, ale te od razu połączyły się ze mną mentalnie i wiedziałam, że muszę je mieć:) cena rynkowa 84,90 (Grecja)+89,90+89,90. Cena w moim tajnym sklepie - czterokrotnie niższa!!! Przy mojej pensji nadal nie niska, ale przecież, no przecież wcześniej czy później wybiorę się do Meksyku, Chin, że o Grecji nie wspomnę, i będę ich potrzebować, więc tak naparwdę to był zakup niemal pierwszej potrzeby. A poza tym taka okazja! no taka okazja! Poprosiłam panią, żeby mi je schowała pod ladę (napewno zaraz pojawią się przewodnikowi zakupoholicy i mi wykupią) i ruszyłam na te nudne zakupy żywieniowe, skądinąd wzruszona swoim zmysłem praktycznym, że znalazałam tak funkcjonalne rozwiązanie dylematu nosić czy nie nosić trzy grube knigi po wielkim supermarkecie. Koszt zakupów żywieniowych: 60 zł (dla niewtajemniczonych po tym jak kompletnie nie wiem gdzie ginie co miesiąc moja niewielka pensja postanowiłam oszczędzać a przynajmniej uważać na swoje wydatki). Więc za 60 zł będzie kilka dni jedzenia. Będą też 3 super przewodniki:) Gospodarna gospodyni domowa spakowana w dwie wielkie siaty ruszyła szczęśliwa Pragą do domu. Idzie i idzie kuśtykając, po parydziesieciu krokach słania sież prawie na nogach. Dwie ciężkie siaty ciągną ją do ziemi. Powłóczy zepsutą kostką. Znowu zapomniała kuli z pracy i be ztego atrybutu nikt nie ustapił jej miejsca w tramwaju. Ludzie patrzą dziwnie. A ona promienieje. Niesie w jednej siateczce jedzenie, a drugiej 3 nowe wspaniałe przewodniki Baedeckera. I nagle zobaczyłam w tym obrazku, że oto jestem to to dokładnie cała ja. Że dokładnie tak będę wyglądać za 30 lat - polska gospodyni (gospo-dynia??-oby nie:P) uprawiająca siatkówkę zakupową. Mam nadzieję, że siatka z książkami będzie większa, ale wiecie taką gospodynią domową mogę być:) Uśmiechnęłam się do samej siebie w szybie sklepowej, popieściłam czule wzrokiem siatkę z książkami i .. dostałam zadyszki:) te książki jednak trochę ważą... Ale czyż to nie jest słodki ciężar. Wiem, wiem zepsułam romantyczne zakończenie. Pozdrawiam was więc zatopiona w podstawowej, ale dla mnie nadal odkrywczej, lekturze historii Meksyku.
niedziela, 4 lipca 2010
Żagle i mail z Przeszłości
Zaprosiłam B. do czytania mojego bloga. B. napisał, że bardzo mu sie podoba. To miłe. Nie wiem czy B. wie, choć mówiłam mu to wielokrotnie, że moje pisanie przy jego pisaniu to mikro-pikuś. Że listy (maile) od B. są dla mnie zawsze jak karma duchowa, jak butelka tlenowa. Że czytam je zawsze z uśmiechem i że takie miłe ciepełko zawsze mnie wypełnia jak je chłonę. Bo ja je własaciwie chłonę a ie tylko czytam, karmię się nimi wręcz. Są bezczelnie diabelnie inteligentne (tak jak B. z naciskiem na diabelnie), niesamowicie humorystyczne, pełne celnych uwag i puent, a przy tym zawsze są miłe (B. zawsze wie chyba, co chcę usłyszeć) i zawsze poprawiają mi humor. Niesamowite, że B. zagościł w moim życiu bardzo dawno temu na w sumie dość krótki czas. Ale sporo mnie nauczył. Otworzył na wiele kwestii. A potem chciał uciec do .. czekaj czekaj B. chyba do Hong Kongu? (Boże Drogi, czy ktoś wie jak pisze się Hong Kong?) Nie! do Singapuru! Tak, do Singapuru. Chciałeś tam Drogi B. po opuszczeniu paskudnej nieludzkiej korporacji sprzedawać owoce na ulicy:) w końcu jednak wylądowałeś w zupełnie innej branży w zupełnie innym zakamarku świata. Ale jednak nieco później B. dotarł do Chin, a potem w różne inne zakamary Azji Południowo-Wschodniej, zresztą do Azji w ogóle. Pamiętam maile z Mongolii, z Gruzji, z Tajlandii, z Chin... Rany, B. wiesz, że ostatnio widzieliśmy sie ponad 5 lat temu? Potem zawsze jedno z nas gdzieś wywiewało. Pamiętam też, Drogi B., że mimo iż Tajlandię odkrywałeś sam, to właśnie ja pokazałam Ci Bieszczady. Zabrałeś na Połoninę Wetlińską zamiast wody wino. Nie, nie ma w tym nic ewangelicznego, a może trochę jest, jako że B. chciał uświęcić lub zwyczajnie świętować swój pierwszy raz w Bieszcadach, swoją pierwszą Połoninę. Nie wiem, czy wszyscy tak o Tobie myślą, B., ale ja zdecydownaie uważam, że pięknie pojawiłeś się w moim życiu i pięknie zniknąłeś, a zwłaszcza to ostatnie nastręcza wielu osobom duży problem. Ludzie nie potrafią znikać. Zabijają poezję prozą życia coraz mniej pasjonujacych kontaktów. Chyba czasem po prostu przeraża ich dotknięcie magii i wolą się wycofać. Totalny brak syndromu ćmy. I to byłoby ok, gdyby pasowało obu stronom, ale wydaje mi się, że My, Wieczne Sieroty, nie koniecznie lubimy się w taką prozę bawić. My ćmy płonące poświecające jutro w imię dziś. I pewnie dlatego Mój Drogi B. będę zawsze czytać Twoje maile z uśmiechem i przy każdym z nich wspominać Cię dobrze i ciepło. Trzymam kciuki za to, żebyś znalazł swoją ścieżkę, tak jak trzymałam za to, żebyś był Wielkim Fizykiem, Wielki Biologiem (pamiętasz szczepionkę na starość?), Wielkim Podróżnikiem, bo dla mnie jesteś i zawsze byłeś Wielkim Kosmitą w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa, który kiedyś odkrył pewną żyłę wodną od której wszystko sie zaczęło. Takich Magicznych Kosmitów i Wariatów zdecydownaie lubimy i będziemy promować w tym blogu:)
środa, 30 czerwca 2010
Ostatni dzień czerwca czy ostatni dzień września..świat jest pełen wariatów:)
wtorek, 29 czerwca 2010
Przypomnienie
dzień jak co dzień..
i jak ja będę żeglować w sobotę?



