poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Pani M i Gekon

O Pani M (i Gekonie R) miałam napisać już dawno temu. Potem mi przeszło i miałam jednak nie pisać. Potem byłam zmęczona. Zresztą nadal jestem, bo wciąż nie wiem jak się nazywam z wycieńczenia. Osiągam właśnie chyba granice zmęczenia psychofizycznego po organizacji w ciągu 3 tygodni 10 koncertów charytatywnych w 10 różnych zakamarach Polski, podczas których byłam kierowcą, pracownikiem fizycznym do noszenia pudeł, wieszaczem i zrywaczem bannerów, PRowcem, konferansjerem, opiekunką do dzieci, sekretarką, specjalistą do kontaktów ze sponsorami i osobą do zadań specjalnych i nieprzewidzianych, których jak to zwykle przy eventach nie brakowało. Więc Pani M i Gekon, czyli jedna z największych przygód trasy koncertowej, niemal zatarli się w mej pamięci. Ale dziś Pani M zdzwoniła i opowiadała mi przez 45 minut różne mniej lub bardziej fajne historie, co skądinąd przypomniało mi, że ta totalna wariatka w jak najbardziej pozytywnym znaczenia łacińskiego varia, variae - inna, różna, w mojej prywatnej interpretacji wyróżniająca się, nieprzeciętna, jest jedną z najbardziej pozytywnych osób jakie ostatnio poznałam. Ale zacznijmy od początku.

Początek sięga chyba 17 mniej więcej lipca, czyli końcówki pierwszego tygodnia trasy koncertowej, koncertu czwartego i ostatniego przed pierwszym weekendem trasy, koncertu w P. Byłam już dość mocno zmęczona koncertami w W, K i C, na dodatek byłam sama, co oznacza, że wiele było na mojej głowie. W drodze z C do P (jakieś 400 a może 500 km), prowadząc mega załadowanego bannerami, ulotkami, prezentami i innymi szpargałami wielkiego busa bez GPSa wisiałam na telefonie z Gosią, P i miliardem innych osób, bo oto nawinął się nowy sponsor. Sponsor sam w sobie kosmiczny. Otóż jakaś babeczka w markecie w X, gdzie rozprowadzaliśmy pewne wydawnictwo za 1 zł przekazywany na marzenia chorych dzieciaków, zagadała naszych wolontariuszy i oburzyła się, że co to ma niby być 1 zł na marzenia umierających dzieciaków. Stwierdziła, że 1 zł to tyle co nic i że każdy, a zwłaszcza ona zobowiązana jest moralnie dać dużo więcej i zażądała natychmiast wskazania jej konkretnego marzenia z okolic X, które bez względu na koszty ona chce i moralnie musi spełnić. Na szczęście trafiła na wolontariuszkę podlegająca Gosi. Gosia jest nowym i chyba najsensowniejszym nabytkiem fundacji. Więc Gosia podjarała się do Pani M, tak jak Pani M podjarała się do dzieci i Gosia zajarała sprawą Iwonkę, a potem mnie. I tak oto niemal od razu znaleziono dziecko z marzeniem. Z listy marzeń oczekujących Pani M wybrała zakup gekona – takiej jaszczury dla Chłopca spod P. Jaszczur miał być podarowany na koncercie w P, co okazało się w dniu koncertu. Niestety Chłopiec dopiero wychodził ze szpitala, jechaliśmy już jednak wszyscy na takiej energii Pani M, z którą nawet jeszcze nie rozmawiałam, że stwierdziłam, że, a co, rozpocznę koncert, zajmę się dziećmi, a kiedy na scenę wejdą muzycy, wsiądę w busa, wezmę Panią M i Gekona i pojedziemy do Chłopca. Sprawy trochę się skomplikowały. Pani M jak się później okazało dzień wcześniej wróciła do Niemiec pod granicę z Holandią, gdzie mieszka, po czym Gosia zadzwoniła do niej z informacją o koncercie, więc Pani M tego samego dnia, w którym wróciła z Polski wsiadła w swoje cabrio i ruszyła w drogę powrotną do ziemi ojczystej. Kiedy dojechała do rodzinnego X, nie miała już siły dalej jechać, czemu trudno się zresztą dziwić, znalazła więc taksówkę i z taksówkarzem, Panem A, przyjechała do P na koncert. Z tego wszystkiego Gekona kupowaliśmy już w trakcie trwania koncertu. Pani M wybrała najrzadszy okaz gekonowatych - Gekona Tygrysiego wraz z kolacją dla gada, czyli pakietem chrząszczy i książką o gekonach dla Chłopca. Poznałyśmy się na scenie. Pani M szaleńczo porywała publikę do dzielenia się z najsłabszymi. Gadała i gadała, ale było to prawdziwe, piękne i dobre. Gdy wreszcie zeszła ze sceny, wzięłam ją i Gekona do busa. Pani M stwierdziła, że Pan Taksówkarz A, skoro już jechał z nią tu 150 km, to jedzie z nami dalej. „Tuż pod P” okazało się wioską 120 km od P (przypominam: jestem po 3 dniach koncertów, od rana jechałam do P z C, potem zapierniczałam z aspektami fizycznymi, a na końcu z konferansjerką podczas koncertu, a teraz jeszcze 240 km… superJ ale jedziemy.. hmm… tylko jak wyjechać bez GPSa z tego paskudnego P? Ktoś podpowiada, żeby zapytać policjantów. Stoją niedaleko. Widzieli mnie na scenie. Pytam, czy także słyszeli co chcemy zrobić. Nie słyszeli. Więc tłumaczę, że mamy Gekona Tygrysiego taką jaszczurkę czyli dla umierającego chłopca i musimy to zawieźć nie wiemy gdzie. Policjanci mówią: ok, podjeżdżaj mała busem, będziemy cię eskortować do właściwej drogi. I tak też się dzieje- jadę z Panią M, Panem Taksówkarzem A i Gekonem Tygrysim w terrarium na kolanach 120 km. Docieramy do domu Chłopca. Jak zwykle w takich chwilach wszyscy ryczymy. Najpierw rozmawiam z Chłopcem o gadach, bo ma super kolekcję dinozaurów, ale czuję, że to czas Pani M, więc zostawiam Chłopca w jej rękach. Pani M się z nim piorunem zaprzyjaźnia, zaprasza go z całą rodziną do siebie do Niemiec, obiecuje zabrać do największego w Europie lunaparku oraz odwiedzić ponownie i nauczyć jeździć na rolkach. Opowiada o szympansie, którego ma w domu- adoptowany z lokalnego zoo i o swoim życiu. Na koniec analizuje wyniki chłopca, bo okazuje się, że jest neurochirurgiem. W drodze powrotnej opowiadamy sobie swoje życia, a raczej Pani M opowiada mi kilka fragmentów swojego życia, a ja opowiadam jej o swojej pracy, która ostatnio i tak stanowi moje życie, więc wszystko się niby zgadza. Pani M jakieś 2 lata temu dowiedziała się, że ma złośliwy nowotwór i że zostało jej pół roku życia. Śmierć oszukała już na jakieś 18 miesięcy. Ta babeczka ma więcej energii niż połowa ludzi, których znam. Swoją chorobę traktuje jak motywację. Rak zabrał jej dwójkę dzieci. Trzecie dziecko pokonało raka dzięki przeszczepowi od niespokrewnionego dawcy. Japończyk. Najgorsze ponoć jest to, że jako lekarz Pani M od początku do końca jest świadoma szans swoich i sowich dzieci. Pani M jest jedną z osób, które przeżyły coś moim zdaniem zupełnie nie do przeżycia. Nie wiem skąd jest w niej tyle siły.

Dziś Pani M zadzwoniła do mnie i ponad 45 minut opowiadała o różnych różnościach. M.in. że jak jej niemiecki mąż wypominał jej polską mięczakowatość, zwaną także wrażliwością na ludzką krzywdę czy zwyczajnie empatią, to zaczęła kopać w jego drzewie genealogicznym aż znalazła tam prababkę Polkę, więc udowodniła mężowi, że on też powinien być z krwi i kości pomagającym mięczakiem. I takim właśnie stał się. Nie wiem, czy Pani M jest szczęśliwa. Podobnie jak nie wiem jakim cudem podniosła się z tragedii, które jej dotknęły. Wiem jednak, że właśnie próbuje załatwić Chłopcu niedostępne w Polsce leki, na które jego rodziny nigdy nie byłoby stać. Nie wiem jeszcze wielu rzeczy. Nie wiem zwłaszcza dlaczego i jak to możliwe, że spośród wszystkich chorych dzieciaków, które poznaję w pracy to akurat Chłopiec spotkał Panią M a Pani M Chłopca. Nie wiem dlaczego to właśnie Pani M ma w sobie siłę i ochotę pomóc Chłopcu. Właśnie Chłopcu. Wierzycie w Przeznaczenie? Ja wierzę. Zawsze wierzyłam, ale jest coś Dramatycznego w tej Nie?-Przypadkowości Losu. Chciałabym żeby więcej dzieciaków, a może wręcz każdy z nas spotkał swoją Panią M. Niesamowite jest, że dzięki jakiejś śmiesznej gazetce w markecie na końcu wszechświata jakieś dziecko z małej wioski zyskuje szansę na życie. Nie wiem, czy ta historia będzie miała happy end. Znam wiele historii, które nie mają. Ale wiem, że ta Szansa, Pani M i Zagadkowa Nie?-Przypadkowa Pajęczyna Losu kręci mi dziś łzę w oku i jednocześnie odchyla usta w lekkim uśmiechu, że nigdy nie wiadomo jaką niespodziankę trzyma dla nas Fatum w odległym markecie w mieście X w zupełnie zwyczajny sobotni poranek. Życzę Wam miłych niespodzianek i jak najwięcej Pań M wokół nas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz