poniedziałek, 6 maja 2013

Phi Phi

Triumf, triumf, triumf, wstałyśmy o 6:45 dojechałyśmy do Krabi (mimo iż miałyśmy prom od nas), a łódkowych ani śladu. Śniadanie - zjadłam tu więcej tostów z jajkiem sadzonym niż w całym swym dotychczasowym życiu, dziewczyny już mają mega polewkę, że jestem smakową konserwatystką, bo zasadniczo na śniadania jem tosty z jajkiem a na kolację noodle soup lub Pat Thay lub fried noodles (po wszystkim innym mam problemy żołądkowe albo jest zbyt pikantne). Po tostach o 10.30 za 450 bht (45zł czyli dużo) wsiadłyśmy na prom na Phi Phi. Ja z K. usadowiłyśmy się na decku i tak przez 2,5godz do 13 opalałyśmy się, ja zyskałam nową ksywę od napotkanych Australijczyków: „Sun slut”, bo nie mam dość słońca i zawsze jestem na nie gotowa. Dopłynęłyśmy. No ładnie, ładnie, ale taka Grecja, zwłaszcza, jeśli idzie o kolor morza. Potem rozegrała się mega awantura na miarę wczorajszej między mną a K, bo K. obwiniała mnie o brak miejsc w jej wymarzonych bungalowach… Ostatecznie znalazłyśmy guest house za 200 bht (20 pln) od osoby. Byłyśmy wykończone, a ja i K całe spalone słońcem, ale jak!!! czerwone jak buraki… marzyłyśmy tylko i wyłącznie o kąpieli. Najbliższa nas plaża to party beach. Pub na pubie, lekki syf, imprezowania i sami Brytyjczycy lat 20 ze wzrokiem tęskniącym za rozumiem i mięśniami jak sto diabli, robiący sobie na Phi Phi tatuaże rozliczne w równie rozlicznych przyulicznych stoiskach, bo nie salonach raczej tatuażu, nie spełniających żadnych norm sanitarnych. Koszmar. Ale gorąc straszliwy i nasze spalone ciała wolały o kąpiel w morzu. W wodzie - zupa temperatura ze 30 stopni, pływało też sporo syfu, ale zanurzyłam się, a potem zobaczyłam 2 meduzy…to by było na tyle mojej kąpieli. Nie wiem czy wspominałam wam historię o morzu. Od pewnego czasu mam morzowstręt. Uwielbiam baseny, bo wiem co jest na dnie. Morze to strefa obcego życia, które może mnie zaatakować i nigdy nie wiadomo co jest pod wodą, pod piaskiem etc. Więc jak nie jest super czyste to mnie trochę przeraża. No a na party beach syf był na maksa. Wróciłyśmy do hotelu, net niby jest, ale w sumie go nie ma, pospałyśmy godzinkę nasmarowane aftersunem i wstałyśmy na spacer po miasteczku (stragany, stragany, stragany) i na kolację. Sok prosto z kokosa i pat thay.. czyli makaron z dodatkami, niezbyt smaczny zresztą… ech… ale w cudnej knajpce nad brzegiem morza. Potem spacer po mieście i wyprawa na party beach nocą. O rany!! Co za lunapark, jedna wielka imprezownia dla Brytoli. Masakra, neony, tania muza i pokazy połykaczy ognia. I umpa umpa na cały regulator. Kupiłyśmy więc piwko i usiadłyśmy na plaży, gdzie oczywiście mnie i tylko mnie, pożarły czerwone mrówki i komary. Wróciłyśmy spać, gdyż jutro rano planujemy wyprawę łódką za 650bht (65zł) wokół wyspy Phi Phi).

piątek, 3 maja 2013

Krabi

Wysiadamy na dworcu autobusowym, gdzie w informacji ogarniamy nocleg za 600BHT (20 zł na osobę) oraz busa, za którego przepłacamy, ale alternatywy brak.. Widoki z okna cudne. Mieszkamy jakieś 10 min od boskiej plaży. Jestem zachwycona! Odświeżamy się i ruszamy na podbój okolicy. Plaża długa i piaszczysta, ale przecież nie przyjechałyśmy tu leżeć na plaży, idziemy zwiedzić miasteczko Krabi. 3 km później nadal nie wiemy gdzie jesteśmy, a Krabi jak nie było tak nie ma. Łapiemy taksę. Do Krabi okazuje się jest nadal 6km.. Dojeżdżamy. Chcemy płynąć na Railey-ponoć super klify. 150 bht (15pln) i po pół godzinie na łódce jesteśmy całe mokre, ale widoki są obłędne - typowa Tajlandia, czyli plaża, biały piasek, palmy i sterczące z wody skały.. cudo!! Jest wspaniale, a jest już jakaś prawie 17, wskakujemy prosto z łódki do wody.. jak już się wykąpałysmy, okazało się, że 20 metrów od nas jest inna plaża. Ja proponuję, żeby poszukać łódki powrotnej, ale K. tak zauroczyła naszych łódkowych, że chcą nas odwieźć na Ao Nang, czyli do domu. Idziemy na tę drugą plażę i dostajemy wizualnego orgazmu: małpy, wspaniałe klify, przecudna, rajska niemal plażą, sterczyny wodne… raj, raj, raj.. a woda gorąca, czyściutka. Zostajemy do zachodu słońca i z naszymi łódkowymi wracamy na naszą stronę półwyspu. A tu zonk!! Był odpływ i nasz łódka unieruchomiona. Pogryzły mnie ryby lub meduzy i jestem zła, o łódkę wściekam się po wielokroć brodząc w błocie. Idioci łodkowi, idiotka K., ja idiotka, po co to było zostawać do nocy (już jest ciemno). I brak już łódek, a my na Ao Nang mamy wszystkie rzeczy i opłacony nocleg. I zamiast rzec ahoj przygodo! żremy się z Karolina na maxa. Znajdujemy łodkę z drugiej strony wyspy, za ktorą musimy zdrowo przepłacić i która wywozi nas kompletnie nie tam gdzie chciałyśmy.. lipa lipa lipa. Wyrzuciwszy z siebie złe emocje idziemy na kolacje, a potem do naszego hotelu na odludziu. Spacer po piwko w piżamkach, konsumpcja przy hotelu i spać. Na jutro jesteśmy umowione z łodkowym na wycieczke..

środa, 1 maja 2013

Dzień w drodze

Wstałyśmy o 6 i zaczęłyśmy się kłócić, co dalej robimy, wszystkie miałyśmy niedosyt Kambodży, wszystkie nie chciałyśmy już wracać do Angor. Pogryzły nas komary i tęskniłyśmy za cywilizacją. I na tym podobieństwa się kończyły, a zaczynały się różnice. Bo najpierw Karola chciała jechać do Wietnamu, ja nie. Potem mnie oświecił w Angorze Budda, że ja jednak ja tak, ale że organizacyjnie nikt ni nie dograł, bo mnie już się odwidziało, więc od rana się kłóciłyśmy. Stanęło na tym, że wracamy do Bangkoku, a stamtąd nocnym busem na Krabi i szlajamy się po południu Tajlandii jak planowałam. Najpierw pani powiedziała nam w it, że będzie van o 9:30, była 8, wiec zdecydowałyśmy iść na śniadanie sprawdzić loty z Wietnamu etc. Loty drogie, a przede wszystkim z kilkoma przesiadkami trwające 25h. Odpuszczamy. O 9 wracamy do centrum na busa. To, czego pani w informacji mi nie powiedziała, to fakt, że na vana nie ma miejsc. Wzięłyśmy więc tuk-tuka na bus stadion licząc, że spotkamy tam jeszcze jedną zbłąkaną duszę i podzielimy koszt tax na 4 osoby. Taxi od granicy kosztowała 48 dolców. Na stacji podeszli do nas taksiarze, zaczynamy się targować, wychodzimy od 30 dolców, ok., ok..zeszłysmy do 20 za 3 osoby, a taksówkarze i tak się prawie o nas pobili. Przeszłyśmy granicę nie do końca wiedząc czy i co czeka nas dalej.. Już w Tajlandii przybiegaja naganicze zaciągający nas do swoich busików. 400 BHT (40pln) cena wyjściowa, schodzimy do 250 i jedziemy. W busie poznajemy 3 fajnych Czechów. Ok., 1 fajnego z 2 kolegami. Ale jest całkiem przyjemnie, my im opowiadamy o BKK, a oni nam pożyczają przewodnik o wyspach. Dowożą nas na Khan san Road-meeka backapackerów w BKK. Tam proponują nam autobus na Krabi- mój wyśniony fragment południowego wybrzeża za 750 BHT(75zł). Rany jak drogo. Decydujemy się na taxi na dworzec. Żaden z zatrzymywanych przeze mnie taksiarzy nie chce włączyć taksometru- są godziny szczytu, a BKK to jeden wielki korek. Targujemy na 180 BHT do podziału na 3 i jedziemy na dworzec. Mamy fajną fazę w taksówce, śpiewamy, tańczymy.. jest wesoło tak bardzo, że pan staxi dajwer się zagapił i przejechał nasz dworzec, a nawrotka w BKK to dodatkowy kwadrans. My nie wiemy o której dokładnie SA nocne autobusy na Krabi (jest 19), nie wiemy czy SA miejsca. Doeicieramy w końcu na bardzo cywilizowany dworzec południowy, kupujemy bilety na 20:40 idziemy na chińska szamę i lody i wsiadamy do autobusu. Wow!! Jaki wspaniały autobus. Jak w Argentynie. Siedzenia dokładne niemal do pozycji leżącej z podnożkami, kocyki do przykrycia się, klima, rozdają wodę i kanapki… Cudnie. Jedyny minus to ryczący na cały regulator film.. ale on przecież się skończy. Zasypiam. Budzę się w .. raju!!! Wszędzie piękna dżungla, palmy, porośnięte zielenią formacje skalne, jest 8 rano i dojeżdżamy do Krabi. Jest bosko.

Świątynie Angkoru

Wstałyśmy po 9, żeby jak najszybciej zacząć zwiedzanie. Zaczęłyśmy od wybrania miejsca na śniadanie i wynajęcia rowerów (1 dollar per day). Następnie pojechałyśmy 8km w stronę Angor Wat. Po drodze okazało się, że K. pracuje w pewnej organizacji społecznej, która działa globalnie i ma oddział także w Siem Reap tuż przy drodze dp Ankor. Wpadłyśmy tam więc, gdzie obsiadły nas dzieciaki (organizacja zajmuje się sierotami). Następnie po 14.00 wyruszyłyśmy do Angkoru. Świątynia Ankor Wat zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Chyba tylko dlatego że pierwsza. Podróżników muszę przestrzec - dalej jest tylko fajniej. Każda kolejna świątynia była jeszcze piękniejsza. Dzienny bilet kosztuje 20 dolców, mówią, że zamykają o zmierzchu, nieprawda, bo od 17:30 nas przeganiali. Założyłam, że slońce zajdzie o 19, zaszło ok. 17:45 i w ciągu 5 min zrobiło się kompletnie ciemno, ale o tym w swoim czasie. Na forach i od znajomych słyszałam, że 3 dni na swiątynie to za mało.. no my objechałyśmy wszystko rowerem od 15 do 17:30.. OK, zdążyłyśmy wejść do połowy świątyń, ale jakbyśmy wstały wcześniej zrobiłybyśmy spokojnie wszystko w 1 dzień. Po świątyni Angor Karola się odłączyła, żeby wrócić do swojego NGO. My pojechałyśmy dalej. Kazda świątynia była inna i była piękna. I te wyeksponowane i te ukryte w drzewach, i te bardziej zniszczone i mniej, wysokie na kilkadziesiąt metrów i parterowe. Bosko. Wszystko we wspaniałym pachnącym lesie, localsi uśmiechnięci (wiemy, bo zgubiłyśmy się na prostej asfaltowej drodze i dojechałyśmy do jakiejś wioski). Dzień był wspaniały mimo iż zmrok zastał nas w jednej ze świątyń. Od tej pory przeżyłam prawdziwy koszmar-powrót 10km w nocy bez światełka rowerowego w mega azjatyckim trafficu. Kosmos!!! Dodam, że tego dnia przejechałam ze 30km na .. rowerze, a wiecie dobrze, że w przeciwieństwie do tych dwóch rowerowych wymiataczek, ja nie darzę roweru jakąś szczególną atencją… Udało się dostarłyśmy do hotelu. W ogóle to, co lubię w Kambodży to ludzie. Nie tak jak w Indiach agresywni, tylko nawet jak odmawiasz naciągaczom, to oni grzecznie dziękują i pozdrawiają cię. To jest super fajne. Po prysznicu poszłyśmy na kolację – cambodian noodle soup-moja ulubiona i coconut shake.yummy. a wszystko takie tanie, max 3 dolary.. nie wiem jak to się stało w takim razie ale w niecałe 2 dni w Kambodży wydałam 110 dolców. Kupiłam 2 pary spodni, mamusiu alladynki, w których tak mnie lubisz, ale stargowałam do 5 dolców za sztukę… Uważam, że dobry deal. No i wieczorem znowu pół godziny masażu pleców, głowy, rąk i szyi, potem jeszcze 10min samych pleców i 10 minut stopki. No plecki bolą mnie nadal, a minęło 24h… wieczorem rozwodnione piwko za pół dolara w knajpie i spać.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Kambodża

Nie spałyśmy. O 3 wyszłyśmy łapać taksówkę, biedny Steve właśnie zasnął. 120 bahtów (12 zł) dalej, byłyśmy na Dworcu MorChit, z którego o 5 miał być autobus do Siem Rep czy mieściny koło mojego marzenia świątyń Angkoru. Ściśle do granicy, gdzie zgodnie ze wszystkimi przeczytanymi przeze mnie forami i blogami dzieją się dantejskie sceny. Na blogach pisano, że autobus jedzie do granicy, stamtąd tuk-tuk do przejścia granicznego tam chmara naciągaczy dantejskie sceny, potem znowu naciągacze, targowanie i taxi do Siem Reap. Okazało się, że jest w ogóle bezpośredni autobus do Siem Reap z BKK o 9 rano, ale bez sensu byłoby czekać 5 godzin. Więc ahoj przygodo! Jedziemy z przesiadkami z przygodami. O 5 wsiadamy w autobus. Ja byłam pewna, że to będzie autobus jak w Indiach, taki z kurami, syf brud i kurz.. A tu podjeżdża piękny wypasiony nowy z mega klimą, przez którą co chwila się budziłam szczękając zębami, i bułeczką na śniadanie w cenie. 5 godzin widoków Tajlandii z okna autobusu zostało w 100% zostało przespane. Kierowca obudził nas na końcowym. My nieprzytomne w środku nie wiadomo czego. Podbiegają do nas tuk-tukowcy, my nawet nie wiemy czy dobrze wysiadłyśmy, nie wiemy w ogóle gdzie jesteśmy ani co się dzieje. Za 30 bahtów od osoby (3 zł) bierzemy wreszcie tuk-tuka do przejścia granicznego. Tam mnie przejście zajęło 3 sek, ale dziewczęta nie do końca wiedzące co się dzieje jedna zgubiła card of departure druga ponoć nigdy nie dostała, wiec stres i wypełnianie .. dalej spokojny spacer w strefie eksterytorialnej, gdzie jedna z koleżanek była pewna, że jesteśmy już w Kambodży i że po co nam były te e-wizy.. Po kolejnej odprawie okazało się, że naciągacze naganiacze to jeden wielki mit. Przyszedł do nas koleś zatrudniony przez rząd Kambodży i wsadził nas do darmowego shuttle busa na dworzec autobusowy. Mogłyśmy wybrać albo autobus za 10 dolarów (w Kambodży można się równie dobrze rozliczać w ichniej walucie rialach jak i w dolarach amerykańskich) albo taxi za 48dolców, czyli przy 4 osobach 12 dolców na głowę. Zgarnęłyśmy samotną Kanadyjkę i wybrałyśmy klimatyzowaną taksi. I znowu mimo iż bardzo chciałam podziwiać Kambodżę z okna taksówki, zasnęłam „na skarbonkę” jak tylko auto ruszyło. Po kolejnych chyba niemal 3 godzinach snu wreszcie taksówka dowiozła nad na jakieś podwórko w środku nicości i kazali nam się przesiąść w tuk tuka, który chciał nas zabrać za free do zaprzyjaźnionych guest houseów.Narobiłysmy rabanu i jechali za free do center. Niby. De facto wywieźli nas oczywiście do zaprzyjaźnionych guest houseów. Wkurzone odmówiłyśmy wszelkiej współpracy i rozpoczęłyśmy samotny spacer pełen nagabywań tuktukowców. Ołłł yes.. nareszcie jestem w Azji i jest mi tu dobrze. Wspaniale wręcz, brud, bieda, kurz, a w nim stragany z żywnością nie spełniającą żadnych norm sanitarnych i tuk tuki Bieda dużo większa niż w Tajlandii, porównywalna z Indiami, ale ludzie, przyjaźni uśmiechnięci, nienatarczywi, wspaniale. Dimy na palach i fanastyczne ceny. Nie pamiętałam nazwy guest housu polecanego na frach. Więc usiadłyśmy w piewszym lepszym miejscu z wifi.Tam zaproponowano nam pokój. Obejrzawszy 14 dolarów amer. Za dobę za 3 osoby, jest ok., Bierzemy. O ironio, mój gues jhouse był po 2. strpnie ulicy. Zamówiłyśmy cambodian noodle soup i Fred rice. O rany, jednak tajskie jedzenie lepsze i tansze. To było fatalne. Jka się okazałao, trafiłyśmy na najgorsza jdlodajnie w miescie. Na domiar zlego lunelo. Po deszczu, który trwal 20 min. Ruszyłyśmy w miasto. Wypożyczyłyśmy rowerki po dolarze ze dobe i zjeździłyśmy Siem Rep w te i z powrotem. Potem poszliśmy na kolacje 1 dollar za cambodian noodle soup duzo lepsza niż ta w pensjonacie.Na masaz (10mins=1 dollar), foot massage (1 dollar 10 mins), rybki obgryzające ci stopy z martwego naskórka (1dollar)=10min) i wreszcie na piwo, oczywiście 1 dollar. W siem Rep powstala prawdziwa turystyczna wisoka, troche meczaca troche sztuczna, ale piwo z woda za 50 centow daje rade. Ogolnie calkiem przyjemny dzien. Jutro swiątynie Angkoru.

sobota, 27 kwietnia 2013

Bangkok, czyli brak chemii z miastem i wielka chemia z ludźmi

Spałyśmy do 11, czyli do 5 rano czasu polskiego. Olka niby nas obudziła, ale zaraz znowu zasnęła, więc ja zwlekłam się z łóżka, a potem powoli, powoli, powoli… dziewczyny. Wyszłyśmy z domu przed 12, poszłyśmy na szybkie zakupy, bo jak zwykle dopadły mnie problemy żołądkowe… tak, tak, Kasia welcome to Asia… szybkie zakupy, potem dziewczyny na pyszną zupę, ja na sucharka… potem do centrum. BTS czyli naziemna kolejka była bardzo nowoczesna, zwłaszcza w kontekście szczurów i karaluchów. Pojechałyśmy na Central Pier, żeby łódką popłynąć do świątyń. Większość ważnych turystycznie miejsc w Bangkoku jest przy rzece. Upał 43 stopnie, ogromna wilgotność, problemy żołądkowe. Dwa pierwsze uwielbiam, trzecie psuło mi odbiór dwóch pierwszych. Zaczęłyśmy od świątyni Wat Po. Zastanawiałyśmy się czy płacić 100BHT tj 10 PLN za wejście do posągu wielkiego Buddy, ale na szczęście weszłyśmy. To było tak wiele. Budda długi na 43 metry i wysoki na chyba z 15m.. mnóstwo zabudowań klasztornych, piękne ornamenty. Spędziłyśmy tam min. 3godz. Potem ja szybki sok ze świeżego kokosa, który kocham, dziewczyny świeże mango i niebieską herbatę. Trochę się nawet na nie wkurzyłam, bo one od straganu do straganu, od jedzenia do jedzenia… A ja tu low budżet traveller, sknera i jeszcze stomach problems… słowem upierdliwus na Maksa..ech… 2 nifuroksazydy i wiele przygód żołądkowych później wróciłam do żywych. Tymczasem poszłyśmy pieszo pod The Great Palace, ale było po 15.30 i był zamknięty. Poszlajałyśmy się więc po China Town, po doko-slumsach-marketach nad rzeką i o 19 przy zachodzie słońca podziwiałyśmy Świątynię Świtu zza rzeki-piękna. Potem ruszyłyśmy na spotkanie ze Stevem naszym boskim hostem. Niestety Steve miał randkę i zabrał nas do koszmarnie pretensjonalnego drogiego miejsca, gdzie młodzi Tajowie udawali, że w życiu nie widzieli na ulicy szczura.. Jak najszybciej zostawiłyśmy towarzystwo i uciekłyśmy same łódką aż na północ do Grand Place by night. Wyszłyśmy na dziób łodzi i było naprawdę magicznie! Pięknie oświetlone świątynie nocą. Wysiadałyśmy w kompletnej ciemnicy wśród, nomen omen szczurów i karaluchów i chciałyśmy znaleźć Koa San Road, czyli mekkę backpackerów. Ale było ciemno i mało ludzi i umierałyśmy z głodu, więc po pół godzinie rzuciłyśmy się na pierwszy napotkany street market. Zjadłam jakieś paskudne mega pikantne noodle ryżowe z dziwnymi klusami o posmaku ryby. Zła i głodna nie miałam zamiaru dłużej krążyć po nocy w Bangkoku i próbowałyśmy złapać taxi do dzielni Steve’a. Z taksówkarzami, a musze przyznać, że to chyba jedyni niezbyt mili Tajowie, oczywiście się pożarłyśmy, po czym, i tak nas oszwabili, ale wreszcie dotarłyśmy w nasze okolice na food market ze szczurami i karaluchami. Byłyśmy wykończone, nawet nie miałyśmy siły na wczorajszy bar. Dziewczyny zaproponowały, żeby usiąść w „świetlicy”, czyli ni to barze ni to wspólnej przestrzeni sąsiedzkiej w bloku Steve’a. Sami Tajowie. Usiadłyśmy z boku, ale oblazły nas szczury i karaluchy, więc my w podskoki i piski. Tajowie zaprosili nas więc do stołu. Kupiłyśmy jedno litrowe piwko na 3, a oni jak to Tajowie śmiertelnie poważnie uprawiali właśnie karaoke. To ich narodowe hobby. Jak zmówiłyśmy piwo, zaczęli nam donosić lodu, potem postawili kolejne piwo, przystawki, kolejne piwko… Karolina i Ola śpiewały. Tajowie byli zachwyceni. Potem doszedł Steve z 2 nowymi surferami i tak już wszyscy piliśmy, śpiewaliśmy (po tajsku) i tańczyliśmy z localsami (również po tajsku). Było przemiło. Ci ludzie są przefantastyczni! Panowie. Bo jedna pani chyba poczuła się zazdrosna o atencję panów skierowaną w naszą stronę i byliśmy nawet świadkami awantury rodzinnej po tajsku z wymachiwaniem łapami i rozdzielaniem zwaśnionej pary po 50-tce przez resztę rodziny na czele z babcią. Czad. Ola próbowała przekupić zazdrosną Panią słodyczami, ale wyluzowała dopiero jak przyszli chłopcy. Ogólnie Bangkok i ja jakoś bez chemii. Ani miasto robi na mnie wrażenie pozytywne ani negatywne, takie jakieś nijakie, nic szczególnego. Za to ludzie cudowni!! Uśmiechnięci i życzliwi. Ale mamy dość 4-stopniwego upału w mieście, spadami jutro do Kambodży. Ściślej spadamy dziś, bo jest 2 w nocy a o 3 musimy wstać na pociąg o 5.

piątek, 26 kwietnia 2013

Bangkok czyli Kraina Szczurów, Karaluchów i Naprawdę Fajnych Ludzi

No to doleciałyśmy, jak przewidywano Karola chciała ans zabić, zrobiła larum na pół Tajlandii, że na pewno nas obrabowano z telefonu, więc wydzwaniała do hosta i do wszystkich znajomych. Kiedy wreszcie dotarłyśmy, a nasz lot miał kolejne 2h opóźnienia, więc wylądowałyśmy po 19. Wzięłyśmy taksówkę z bardzo niefajnym taksówkarzem, który regularnie uciszał sczebioczacą na przednim siedzeniu Karolę. Wreszcie za 30 zł dowiózł nas do nicości. Najpierw próbował nas wysadzić niewiadomo gdzie. Zadzwonił do naszego hosta, który jest Brytyjczykiem, i nadal kompletnie nie widzieliśmy gdzie jesteśmy. Potem ywiózł nas na 2. koiec ulicy i kazał wysiadać, bo nasza Dingdong Street number 8 to cała ta okolica to Dingdong 8. Zostawiałm dziewczyny w taksówce i posząłm do skleu zweryfikować gdze jest nasz adres. Nikt nie mówił po angielsku, ale dali mi telefon, żeby zadzwoniła do hosta i się z nim dogadała, byli przemili. Rozmowa nic nie pomogła. Ale wysiadłyśmy z taksówki. Pytałyśmy kilka osób o drogę, wszyscy przemili kompletnie niemówiący po angielsku. Wszyscy pytali znajomych (jak w Armenii), dawali nam telefony, żeby dzwonić do hosta, to było cudowne, nic nie chcieli w zamian. Wreszcie jakaś pani nas ogarnęła i zaprowadziła gdzie trzeba. Cóż Hilton to to nie jest, a Steve jest super i jest czyste. Po zapoznaniu wyszliśmy w miasto. Poszliśmy do straganów ulicznych z jedzniem, super noodle za 30BHT czyli 3 zł. Pycha, aczkolwiek śledził nas zapach siarkowodoru. No i te szczury biegające wszędzie wokół.. wszak Bangkok lezy na kanałach.. Dobrze, że się nie boję. A potem poszliśmy do lokalnego baru z karaoke. Super klimat ale zaczęły po nas biegać karaluchy. I było ich tysiące. Jak zabiło się jednego, przychodziły 3 nowe. O 2 wróciłyśmy do domu. Ok., ja ze Stevem, dziewczyny postanowiły tańczyć i śpiewać. Czas spać.