poniedziałek, 6 maja 2013

Phi Phi

Triumf, triumf, triumf, wstałyśmy o 6:45 dojechałyśmy do Krabi (mimo iż miałyśmy prom od nas), a łódkowych ani śladu. Śniadanie - zjadłam tu więcej tostów z jajkiem sadzonym niż w całym swym dotychczasowym życiu, dziewczyny już mają mega polewkę, że jestem smakową konserwatystką, bo zasadniczo na śniadania jem tosty z jajkiem a na kolację noodle soup lub Pat Thay lub fried noodles (po wszystkim innym mam problemy żołądkowe albo jest zbyt pikantne). Po tostach o 10.30 za 450 bht (45zł czyli dużo) wsiadłyśmy na prom na Phi Phi. Ja z K. usadowiłyśmy się na decku i tak przez 2,5godz do 13 opalałyśmy się, ja zyskałam nową ksywę od napotkanych Australijczyków: „Sun slut”, bo nie mam dość słońca i zawsze jestem na nie gotowa. Dopłynęłyśmy. No ładnie, ładnie, ale taka Grecja, zwłaszcza, jeśli idzie o kolor morza. Potem rozegrała się mega awantura na miarę wczorajszej między mną a K, bo K. obwiniała mnie o brak miejsc w jej wymarzonych bungalowach… Ostatecznie znalazłyśmy guest house za 200 bht (20 pln) od osoby. Byłyśmy wykończone, a ja i K całe spalone słońcem, ale jak!!! czerwone jak buraki… marzyłyśmy tylko i wyłącznie o kąpieli. Najbliższa nas plaża to party beach. Pub na pubie, lekki syf, imprezowania i sami Brytyjczycy lat 20 ze wzrokiem tęskniącym za rozumiem i mięśniami jak sto diabli, robiący sobie na Phi Phi tatuaże rozliczne w równie rozlicznych przyulicznych stoiskach, bo nie salonach raczej tatuażu, nie spełniających żadnych norm sanitarnych. Koszmar. Ale gorąc straszliwy i nasze spalone ciała wolały o kąpiel w morzu. W wodzie - zupa temperatura ze 30 stopni, pływało też sporo syfu, ale zanurzyłam się, a potem zobaczyłam 2 meduzy…to by było na tyle mojej kąpieli. Nie wiem czy wspominałam wam historię o morzu. Od pewnego czasu mam morzowstręt. Uwielbiam baseny, bo wiem co jest na dnie. Morze to strefa obcego życia, które może mnie zaatakować i nigdy nie wiadomo co jest pod wodą, pod piaskiem etc. Więc jak nie jest super czyste to mnie trochę przeraża. No a na party beach syf był na maksa. Wróciłyśmy do hotelu, net niby jest, ale w sumie go nie ma, pospałyśmy godzinkę nasmarowane aftersunem i wstałyśmy na spacer po miasteczku (stragany, stragany, stragany) i na kolację. Sok prosto z kokosa i pat thay.. czyli makaron z dodatkami, niezbyt smaczny zresztą… ech… ale w cudnej knajpce nad brzegiem morza. Potem spacer po mieście i wyprawa na party beach nocą. O rany!! Co za lunapark, jedna wielka imprezownia dla Brytoli. Masakra, neony, tania muza i pokazy połykaczy ognia. I umpa umpa na cały regulator. Kupiłyśmy więc piwko i usiadłyśmy na plaży, gdzie oczywiście mnie i tylko mnie, pożarły czerwone mrówki i komary. Wróciłyśmy spać, gdyż jutro rano planujemy wyprawę łódką za 650bht (65zł) wokół wyspy Phi Phi).

piątek, 3 maja 2013

Krabi

Wysiadamy na dworcu autobusowym, gdzie w informacji ogarniamy nocleg za 600BHT (20 zł na osobę) oraz busa, za którego przepłacamy, ale alternatywy brak.. Widoki z okna cudne. Mieszkamy jakieś 10 min od boskiej plaży. Jestem zachwycona! Odświeżamy się i ruszamy na podbój okolicy. Plaża długa i piaszczysta, ale przecież nie przyjechałyśmy tu leżeć na plaży, idziemy zwiedzić miasteczko Krabi. 3 km później nadal nie wiemy gdzie jesteśmy, a Krabi jak nie było tak nie ma. Łapiemy taksę. Do Krabi okazuje się jest nadal 6km.. Dojeżdżamy. Chcemy płynąć na Railey-ponoć super klify. 150 bht (15pln) i po pół godzinie na łódce jesteśmy całe mokre, ale widoki są obłędne - typowa Tajlandia, czyli plaża, biały piasek, palmy i sterczące z wody skały.. cudo!! Jest wspaniale, a jest już jakaś prawie 17, wskakujemy prosto z łódki do wody.. jak już się wykąpałysmy, okazało się, że 20 metrów od nas jest inna plaża. Ja proponuję, żeby poszukać łódki powrotnej, ale K. tak zauroczyła naszych łódkowych, że chcą nas odwieźć na Ao Nang, czyli do domu. Idziemy na tę drugą plażę i dostajemy wizualnego orgazmu: małpy, wspaniałe klify, przecudna, rajska niemal plażą, sterczyny wodne… raj, raj, raj.. a woda gorąca, czyściutka. Zostajemy do zachodu słońca i z naszymi łódkowymi wracamy na naszą stronę półwyspu. A tu zonk!! Był odpływ i nasz łódka unieruchomiona. Pogryzły mnie ryby lub meduzy i jestem zła, o łódkę wściekam się po wielokroć brodząc w błocie. Idioci łodkowi, idiotka K., ja idiotka, po co to było zostawać do nocy (już jest ciemno). I brak już łódek, a my na Ao Nang mamy wszystkie rzeczy i opłacony nocleg. I zamiast rzec ahoj przygodo! żremy się z Karolina na maxa. Znajdujemy łodkę z drugiej strony wyspy, za ktorą musimy zdrowo przepłacić i która wywozi nas kompletnie nie tam gdzie chciałyśmy.. lipa lipa lipa. Wyrzuciwszy z siebie złe emocje idziemy na kolacje, a potem do naszego hotelu na odludziu. Spacer po piwko w piżamkach, konsumpcja przy hotelu i spać. Na jutro jesteśmy umowione z łodkowym na wycieczke..

środa, 1 maja 2013

Dzień w drodze

Wstałyśmy o 6 i zaczęłyśmy się kłócić, co dalej robimy, wszystkie miałyśmy niedosyt Kambodży, wszystkie nie chciałyśmy już wracać do Angor. Pogryzły nas komary i tęskniłyśmy za cywilizacją. I na tym podobieństwa się kończyły, a zaczynały się różnice. Bo najpierw Karola chciała jechać do Wietnamu, ja nie. Potem mnie oświecił w Angorze Budda, że ja jednak ja tak, ale że organizacyjnie nikt ni nie dograł, bo mnie już się odwidziało, więc od rana się kłóciłyśmy. Stanęło na tym, że wracamy do Bangkoku, a stamtąd nocnym busem na Krabi i szlajamy się po południu Tajlandii jak planowałam. Najpierw pani powiedziała nam w it, że będzie van o 9:30, była 8, wiec zdecydowałyśmy iść na śniadanie sprawdzić loty z Wietnamu etc. Loty drogie, a przede wszystkim z kilkoma przesiadkami trwające 25h. Odpuszczamy. O 9 wracamy do centrum na busa. To, czego pani w informacji mi nie powiedziała, to fakt, że na vana nie ma miejsc. Wzięłyśmy więc tuk-tuka na bus stadion licząc, że spotkamy tam jeszcze jedną zbłąkaną duszę i podzielimy koszt tax na 4 osoby. Taxi od granicy kosztowała 48 dolców. Na stacji podeszli do nas taksiarze, zaczynamy się targować, wychodzimy od 30 dolców, ok., ok..zeszłysmy do 20 za 3 osoby, a taksówkarze i tak się prawie o nas pobili. Przeszłyśmy granicę nie do końca wiedząc czy i co czeka nas dalej.. Już w Tajlandii przybiegaja naganicze zaciągający nas do swoich busików. 400 BHT (40pln) cena wyjściowa, schodzimy do 250 i jedziemy. W busie poznajemy 3 fajnych Czechów. Ok., 1 fajnego z 2 kolegami. Ale jest całkiem przyjemnie, my im opowiadamy o BKK, a oni nam pożyczają przewodnik o wyspach. Dowożą nas na Khan san Road-meeka backapackerów w BKK. Tam proponują nam autobus na Krabi- mój wyśniony fragment południowego wybrzeża za 750 BHT(75zł). Rany jak drogo. Decydujemy się na taxi na dworzec. Żaden z zatrzymywanych przeze mnie taksiarzy nie chce włączyć taksometru- są godziny szczytu, a BKK to jeden wielki korek. Targujemy na 180 BHT do podziału na 3 i jedziemy na dworzec. Mamy fajną fazę w taksówce, śpiewamy, tańczymy.. jest wesoło tak bardzo, że pan staxi dajwer się zagapił i przejechał nasz dworzec, a nawrotka w BKK to dodatkowy kwadrans. My nie wiemy o której dokładnie SA nocne autobusy na Krabi (jest 19), nie wiemy czy SA miejsca. Doeicieramy w końcu na bardzo cywilizowany dworzec południowy, kupujemy bilety na 20:40 idziemy na chińska szamę i lody i wsiadamy do autobusu. Wow!! Jaki wspaniały autobus. Jak w Argentynie. Siedzenia dokładne niemal do pozycji leżącej z podnożkami, kocyki do przykrycia się, klima, rozdają wodę i kanapki… Cudnie. Jedyny minus to ryczący na cały regulator film.. ale on przecież się skończy. Zasypiam. Budzę się w .. raju!!! Wszędzie piękna dżungla, palmy, porośnięte zielenią formacje skalne, jest 8 rano i dojeżdżamy do Krabi. Jest bosko.

Świątynie Angkoru

Wstałyśmy po 9, żeby jak najszybciej zacząć zwiedzanie. Zaczęłyśmy od wybrania miejsca na śniadanie i wynajęcia rowerów (1 dollar per day). Następnie pojechałyśmy 8km w stronę Angor Wat. Po drodze okazało się, że K. pracuje w pewnej organizacji społecznej, która działa globalnie i ma oddział także w Siem Reap tuż przy drodze dp Ankor. Wpadłyśmy tam więc, gdzie obsiadły nas dzieciaki (organizacja zajmuje się sierotami). Następnie po 14.00 wyruszyłyśmy do Angkoru. Świątynia Ankor Wat zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Chyba tylko dlatego że pierwsza. Podróżników muszę przestrzec - dalej jest tylko fajniej. Każda kolejna świątynia była jeszcze piękniejsza. Dzienny bilet kosztuje 20 dolców, mówią, że zamykają o zmierzchu, nieprawda, bo od 17:30 nas przeganiali. Założyłam, że slońce zajdzie o 19, zaszło ok. 17:45 i w ciągu 5 min zrobiło się kompletnie ciemno, ale o tym w swoim czasie. Na forach i od znajomych słyszałam, że 3 dni na swiątynie to za mało.. no my objechałyśmy wszystko rowerem od 15 do 17:30.. OK, zdążyłyśmy wejść do połowy świątyń, ale jakbyśmy wstały wcześniej zrobiłybyśmy spokojnie wszystko w 1 dzień. Po świątyni Angor Karola się odłączyła, żeby wrócić do swojego NGO. My pojechałyśmy dalej. Kazda świątynia była inna i była piękna. I te wyeksponowane i te ukryte w drzewach, i te bardziej zniszczone i mniej, wysokie na kilkadziesiąt metrów i parterowe. Bosko. Wszystko we wspaniałym pachnącym lesie, localsi uśmiechnięci (wiemy, bo zgubiłyśmy się na prostej asfaltowej drodze i dojechałyśmy do jakiejś wioski). Dzień był wspaniały mimo iż zmrok zastał nas w jednej ze świątyń. Od tej pory przeżyłam prawdziwy koszmar-powrót 10km w nocy bez światełka rowerowego w mega azjatyckim trafficu. Kosmos!!! Dodam, że tego dnia przejechałam ze 30km na .. rowerze, a wiecie dobrze, że w przeciwieństwie do tych dwóch rowerowych wymiataczek, ja nie darzę roweru jakąś szczególną atencją… Udało się dostarłyśmy do hotelu. W ogóle to, co lubię w Kambodży to ludzie. Nie tak jak w Indiach agresywni, tylko nawet jak odmawiasz naciągaczom, to oni grzecznie dziękują i pozdrawiają cię. To jest super fajne. Po prysznicu poszłyśmy na kolację – cambodian noodle soup-moja ulubiona i coconut shake.yummy. a wszystko takie tanie, max 3 dolary.. nie wiem jak to się stało w takim razie ale w niecałe 2 dni w Kambodży wydałam 110 dolców. Kupiłam 2 pary spodni, mamusiu alladynki, w których tak mnie lubisz, ale stargowałam do 5 dolców za sztukę… Uważam, że dobry deal. No i wieczorem znowu pół godziny masażu pleców, głowy, rąk i szyi, potem jeszcze 10min samych pleców i 10 minut stopki. No plecki bolą mnie nadal, a minęło 24h… wieczorem rozwodnione piwko za pół dolara w knajpie i spać.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Kambodża

Nie spałyśmy. O 3 wyszłyśmy łapać taksówkę, biedny Steve właśnie zasnął. 120 bahtów (12 zł) dalej, byłyśmy na Dworcu MorChit, z którego o 5 miał być autobus do Siem Rep czy mieściny koło mojego marzenia świątyń Angkoru. Ściśle do granicy, gdzie zgodnie ze wszystkimi przeczytanymi przeze mnie forami i blogami dzieją się dantejskie sceny. Na blogach pisano, że autobus jedzie do granicy, stamtąd tuk-tuk do przejścia granicznego tam chmara naciągaczy dantejskie sceny, potem znowu naciągacze, targowanie i taxi do Siem Reap. Okazało się, że jest w ogóle bezpośredni autobus do Siem Reap z BKK o 9 rano, ale bez sensu byłoby czekać 5 godzin. Więc ahoj przygodo! Jedziemy z przesiadkami z przygodami. O 5 wsiadamy w autobus. Ja byłam pewna, że to będzie autobus jak w Indiach, taki z kurami, syf brud i kurz.. A tu podjeżdża piękny wypasiony nowy z mega klimą, przez którą co chwila się budziłam szczękając zębami, i bułeczką na śniadanie w cenie. 5 godzin widoków Tajlandii z okna autobusu zostało w 100% zostało przespane. Kierowca obudził nas na końcowym. My nieprzytomne w środku nie wiadomo czego. Podbiegają do nas tuk-tukowcy, my nawet nie wiemy czy dobrze wysiadłyśmy, nie wiemy w ogóle gdzie jesteśmy ani co się dzieje. Za 30 bahtów od osoby (3 zł) bierzemy wreszcie tuk-tuka do przejścia granicznego. Tam mnie przejście zajęło 3 sek, ale dziewczęta nie do końca wiedzące co się dzieje jedna zgubiła card of departure druga ponoć nigdy nie dostała, wiec stres i wypełnianie .. dalej spokojny spacer w strefie eksterytorialnej, gdzie jedna z koleżanek była pewna, że jesteśmy już w Kambodży i że po co nam były te e-wizy.. Po kolejnej odprawie okazało się, że naciągacze naganiacze to jeden wielki mit. Przyszedł do nas koleś zatrudniony przez rząd Kambodży i wsadził nas do darmowego shuttle busa na dworzec autobusowy. Mogłyśmy wybrać albo autobus za 10 dolarów (w Kambodży można się równie dobrze rozliczać w ichniej walucie rialach jak i w dolarach amerykańskich) albo taxi za 48dolców, czyli przy 4 osobach 12 dolców na głowę. Zgarnęłyśmy samotną Kanadyjkę i wybrałyśmy klimatyzowaną taksi. I znowu mimo iż bardzo chciałam podziwiać Kambodżę z okna taksówki, zasnęłam „na skarbonkę” jak tylko auto ruszyło. Po kolejnych chyba niemal 3 godzinach snu wreszcie taksówka dowiozła nad na jakieś podwórko w środku nicości i kazali nam się przesiąść w tuk tuka, który chciał nas zabrać za free do zaprzyjaźnionych guest houseów.Narobiłysmy rabanu i jechali za free do center. Niby. De facto wywieźli nas oczywiście do zaprzyjaźnionych guest houseów. Wkurzone odmówiłyśmy wszelkiej współpracy i rozpoczęłyśmy samotny spacer pełen nagabywań tuktukowców. Ołłł yes.. nareszcie jestem w Azji i jest mi tu dobrze. Wspaniale wręcz, brud, bieda, kurz, a w nim stragany z żywnością nie spełniającą żadnych norm sanitarnych i tuk tuki Bieda dużo większa niż w Tajlandii, porównywalna z Indiami, ale ludzie, przyjaźni uśmiechnięci, nienatarczywi, wspaniale. Dimy na palach i fanastyczne ceny. Nie pamiętałam nazwy guest housu polecanego na frach. Więc usiadłyśmy w piewszym lepszym miejscu z wifi.Tam zaproponowano nam pokój. Obejrzawszy 14 dolarów amer. Za dobę za 3 osoby, jest ok., Bierzemy. O ironio, mój gues jhouse był po 2. strpnie ulicy. Zamówiłyśmy cambodian noodle soup i Fred rice. O rany, jednak tajskie jedzenie lepsze i tansze. To było fatalne. Jka się okazałao, trafiłyśmy na najgorsza jdlodajnie w miescie. Na domiar zlego lunelo. Po deszczu, który trwal 20 min. Ruszyłyśmy w miasto. Wypożyczyłyśmy rowerki po dolarze ze dobe i zjeździłyśmy Siem Rep w te i z powrotem. Potem poszliśmy na kolacje 1 dollar za cambodian noodle soup duzo lepsza niż ta w pensjonacie.Na masaz (10mins=1 dollar), foot massage (1 dollar 10 mins), rybki obgryzające ci stopy z martwego naskórka (1dollar)=10min) i wreszcie na piwo, oczywiście 1 dollar. W siem Rep powstala prawdziwa turystyczna wisoka, troche meczaca troche sztuczna, ale piwo z woda za 50 centow daje rade. Ogolnie calkiem przyjemny dzien. Jutro swiątynie Angkoru.

sobota, 27 kwietnia 2013

Bangkok, czyli brak chemii z miastem i wielka chemia z ludźmi

Spałyśmy do 11, czyli do 5 rano czasu polskiego. Olka niby nas obudziła, ale zaraz znowu zasnęła, więc ja zwlekłam się z łóżka, a potem powoli, powoli, powoli… dziewczyny. Wyszłyśmy z domu przed 12, poszłyśmy na szybkie zakupy, bo jak zwykle dopadły mnie problemy żołądkowe… tak, tak, Kasia welcome to Asia… szybkie zakupy, potem dziewczyny na pyszną zupę, ja na sucharka… potem do centrum. BTS czyli naziemna kolejka była bardzo nowoczesna, zwłaszcza w kontekście szczurów i karaluchów. Pojechałyśmy na Central Pier, żeby łódką popłynąć do świątyń. Większość ważnych turystycznie miejsc w Bangkoku jest przy rzece. Upał 43 stopnie, ogromna wilgotność, problemy żołądkowe. Dwa pierwsze uwielbiam, trzecie psuło mi odbiór dwóch pierwszych. Zaczęłyśmy od świątyni Wat Po. Zastanawiałyśmy się czy płacić 100BHT tj 10 PLN za wejście do posągu wielkiego Buddy, ale na szczęście weszłyśmy. To było tak wiele. Budda długi na 43 metry i wysoki na chyba z 15m.. mnóstwo zabudowań klasztornych, piękne ornamenty. Spędziłyśmy tam min. 3godz. Potem ja szybki sok ze świeżego kokosa, który kocham, dziewczyny świeże mango i niebieską herbatę. Trochę się nawet na nie wkurzyłam, bo one od straganu do straganu, od jedzenia do jedzenia… A ja tu low budżet traveller, sknera i jeszcze stomach problems… słowem upierdliwus na Maksa..ech… 2 nifuroksazydy i wiele przygód żołądkowych później wróciłam do żywych. Tymczasem poszłyśmy pieszo pod The Great Palace, ale było po 15.30 i był zamknięty. Poszlajałyśmy się więc po China Town, po doko-slumsach-marketach nad rzeką i o 19 przy zachodzie słońca podziwiałyśmy Świątynię Świtu zza rzeki-piękna. Potem ruszyłyśmy na spotkanie ze Stevem naszym boskim hostem. Niestety Steve miał randkę i zabrał nas do koszmarnie pretensjonalnego drogiego miejsca, gdzie młodzi Tajowie udawali, że w życiu nie widzieli na ulicy szczura.. Jak najszybciej zostawiłyśmy towarzystwo i uciekłyśmy same łódką aż na północ do Grand Place by night. Wyszłyśmy na dziób łodzi i było naprawdę magicznie! Pięknie oświetlone świątynie nocą. Wysiadałyśmy w kompletnej ciemnicy wśród, nomen omen szczurów i karaluchów i chciałyśmy znaleźć Koa San Road, czyli mekkę backpackerów. Ale było ciemno i mało ludzi i umierałyśmy z głodu, więc po pół godzinie rzuciłyśmy się na pierwszy napotkany street market. Zjadłam jakieś paskudne mega pikantne noodle ryżowe z dziwnymi klusami o posmaku ryby. Zła i głodna nie miałam zamiaru dłużej krążyć po nocy w Bangkoku i próbowałyśmy złapać taxi do dzielni Steve’a. Z taksówkarzami, a musze przyznać, że to chyba jedyni niezbyt mili Tajowie, oczywiście się pożarłyśmy, po czym, i tak nas oszwabili, ale wreszcie dotarłyśmy w nasze okolice na food market ze szczurami i karaluchami. Byłyśmy wykończone, nawet nie miałyśmy siły na wczorajszy bar. Dziewczyny zaproponowały, żeby usiąść w „świetlicy”, czyli ni to barze ni to wspólnej przestrzeni sąsiedzkiej w bloku Steve’a. Sami Tajowie. Usiadłyśmy z boku, ale oblazły nas szczury i karaluchy, więc my w podskoki i piski. Tajowie zaprosili nas więc do stołu. Kupiłyśmy jedno litrowe piwko na 3, a oni jak to Tajowie śmiertelnie poważnie uprawiali właśnie karaoke. To ich narodowe hobby. Jak zmówiłyśmy piwo, zaczęli nam donosić lodu, potem postawili kolejne piwo, przystawki, kolejne piwko… Karolina i Ola śpiewały. Tajowie byli zachwyceni. Potem doszedł Steve z 2 nowymi surferami i tak już wszyscy piliśmy, śpiewaliśmy (po tajsku) i tańczyliśmy z localsami (również po tajsku). Było przemiło. Ci ludzie są przefantastyczni! Panowie. Bo jedna pani chyba poczuła się zazdrosna o atencję panów skierowaną w naszą stronę i byliśmy nawet świadkami awantury rodzinnej po tajsku z wymachiwaniem łapami i rozdzielaniem zwaśnionej pary po 50-tce przez resztę rodziny na czele z babcią. Czad. Ola próbowała przekupić zazdrosną Panią słodyczami, ale wyluzowała dopiero jak przyszli chłopcy. Ogólnie Bangkok i ja jakoś bez chemii. Ani miasto robi na mnie wrażenie pozytywne ani negatywne, takie jakieś nijakie, nic szczególnego. Za to ludzie cudowni!! Uśmiechnięci i życzliwi. Ale mamy dość 4-stopniwego upału w mieście, spadami jutro do Kambodży. Ściślej spadamy dziś, bo jest 2 w nocy a o 3 musimy wstać na pociąg o 5.

piątek, 26 kwietnia 2013

Bangkok czyli Kraina Szczurów, Karaluchów i Naprawdę Fajnych Ludzi

No to doleciałyśmy, jak przewidywano Karola chciała ans zabić, zrobiła larum na pół Tajlandii, że na pewno nas obrabowano z telefonu, więc wydzwaniała do hosta i do wszystkich znajomych. Kiedy wreszcie dotarłyśmy, a nasz lot miał kolejne 2h opóźnienia, więc wylądowałyśmy po 19. Wzięłyśmy taksówkę z bardzo niefajnym taksówkarzem, który regularnie uciszał sczebioczacą na przednim siedzeniu Karolę. Wreszcie za 30 zł dowiózł nas do nicości. Najpierw próbował nas wysadzić niewiadomo gdzie. Zadzwonił do naszego hosta, który jest Brytyjczykiem, i nadal kompletnie nie widzieliśmy gdzie jesteśmy. Potem ywiózł nas na 2. koiec ulicy i kazał wysiadać, bo nasza Dingdong Street number 8 to cała ta okolica to Dingdong 8. Zostawiałm dziewczyny w taksówce i posząłm do skleu zweryfikować gdze jest nasz adres. Nikt nie mówił po angielsku, ale dali mi telefon, żeby zadzwoniła do hosta i się z nim dogadała, byli przemili. Rozmowa nic nie pomogła. Ale wysiadłyśmy z taksówki. Pytałyśmy kilka osób o drogę, wszyscy przemili kompletnie niemówiący po angielsku. Wszyscy pytali znajomych (jak w Armenii), dawali nam telefony, żeby dzwonić do hosta, to było cudowne, nic nie chcieli w zamian. Wreszcie jakaś pani nas ogarnęła i zaprowadziła gdzie trzeba. Cóż Hilton to to nie jest, a Steve jest super i jest czyste. Po zapoznaniu wyszliśmy w miasto. Poszliśmy do straganów ulicznych z jedzniem, super noodle za 30BHT czyli 3 zł. Pycha, aczkolwiek śledził nas zapach siarkowodoru. No i te szczury biegające wszędzie wokół.. wszak Bangkok lezy na kanałach.. Dobrze, że się nie boję. A potem poszliśmy do lokalnego baru z karaoke. Super klimat ale zaczęły po nas biegać karaluchy. I było ich tysiące. Jak zabiło się jednego, przychodziły 3 nowe. O 2 wróciłyśmy do domu. Ok., ja ze Stevem, dziewczyny postanowiły tańczyć i śpiewać. Czas spać.

Hongkong Airport

Przede wszystkim mój mózge zeświruje. W Polsce jest godzina X, w Finlandii X+1, w Tajlandii x+1-6, a w Hongkongu jakaś kolejna kombinacja… nie chce przestawić zegarka na czas inny niż tajski, żeby nie mieć jet lagu, ale już się kompletnie pogubiłam. Lot do Hongkongu przespałam totalnie wykończona. Nawet do łazienki nie wstałam przez 8 godzin, oczywiście siedziała w środku ostatnich miejsc, przy WC między znerwicowaną niewiasta z niekontrolowanymi ruchami, a starszym korpulentnym mężczyzną. Olka gdzie indziej, farciara. Po przylocie na lekkim opóźnieniu czekał nas bieg przez wielkie hongkońskie lotnisko, czekali na nas z naszymi nazwiskami wypisanymi na kartce welcome to Hongkong i kazali biec dalej. Jak już byłyśmy pewne, że nie zdążymy przy bramce okazało się, że nas zlot jest opóźniony. Siedzimy więc i czekamy, ale to co widzę z okna bardzo mi się podoba:) Lotnisko niemal na wodzie otoczone górami i ta cudna azjatycka wilgotność:) w sumie nie obraziłabym się za 24h postoju tu:) ale marzę o prysznicu i czuję się jak zwłoki, więc a niech to, już polecę do Bangkoku. Pozdrawiam Tomasza, wiernego fana mojego bloga:)

czwartek, 25 kwietnia 2013

Złe znaki i złe przeczucia, czyli Kasia chce znowu do Azji, ale czy Azja chce znowu Kasię?

Wiecie jak to jest kiedy wszystko zdaje się do Was mówić, tylko akurat nie jak nie trafia do Was ten komunikat? U mnie wszystko idzie od wczoraj nie tak. Choć jak tak sobie myślę, los złośliwy w tym temacie jest jednak już chwilę dłużej. Jakoś późną jesienią koleżanka Olka namówiła mnie na Tajlandię wiosną. Planowałam wprawdzie zakup mieszkania, ale przecież zawsze się na coś zbiera i jakby dać się ogarnąć temu podejściu to by człowiek nie tylko z polski nie wyjeżdżał, ale nawet z domu na piwo nie wyszedł, więc w sumie czemu nie.. mieszkania pewnie jeszcze długo nie będzie, stać mnie.. Kupiłyśmy bilety w regularnej niewygórowanej, zwłaszcza jak na majówkę cenie. Ja starzeje się, więc chciałam, żeby było z Warszawy i bez miliarda przesiadek, godzin spędzonych na lotnisku etc. Nawet choćbym miała za to więcej zapłacić. Kupiłam bilety, choć cały czas odrzucało moja płatność karta (aha! Początek pecha!). Miesiąc później pojawiło się mieszkanie (czyt. trzeba oszczędzać, remontować, wyposażać etc) , potem Najpierw weszły do Polski Emiratem Airlines i zrobiły mi paskudnego psikusa, bo bilety były w cenie o 30% tańszej niż to co ja zapłaciłam (znaczy wtedy już bym nic nie zapłaciła, bo mieszkanie, remont etc). Potem to samo zrobił Qatar Airways (kocham tę linię!!!). Na tydzień przed wylotem zadzwoniła Karola, że się przyłącza i kupiła bilety tak tanio jak my… (super, ja moje wyszperałam pół roku wcześniej…). Wreszcie dzień przed wylotem miałam jakiś koszmarny dzień w pracy, nie mogłam wynająć roweru (przeklęte veturilo), klucz do domu, gdzie miałam kolację przestał działać i trzeba było wzywać ślusarza. Ślusarz wziął jakąś kosmiczną kasę, nie ode mnie, nic z tym nie mam wspólnego, ale to kolejna zła rzecz, która się zadziała. Ser na kolację się zepsuł. Byłam wykończona. Nie ugryzłam się w język i wściekłam się na M, że nie podoba mi się jak prowadzi, po czym dojechałam do domu o 23 i ..zasnęłam jak zwłoki. Lypa lypa lypa. A ja niespakowana ani nic. Następnego ranka spakowałam się i.. zadzwoniła mama, że mój kot nie żyje. Przeryczałam resztę poranka. Pojechałam na lotnisko. SKMka utknęła w szczerym polu i miała spore opóźnienie. Dostałyśmy smsa od Finnaira, że nasz lot do Helsinek też opóźniony godzinę. Opóźnił się potem dodatkowe 20 min. Kiedy wreszcie doleciałyśmy przebiegłyśmy całe lotnisko, żeby zobaczyć nasz samolot, ale nie chcieli nas już wpuścić. Za późno. Pięknie. Olka tuż przed wyjazdem przeżyła awarię prądu i złamała ząb. W Helsinkach powiedziano nam, że możemy poczekać do 23.40 (była 16) i polecieć do Hongkongu, gdzie po 1,5h będzie lot do BKK. Oczywiście przy założeniu, że tym razem będziemy na czas, wszak to Finnair, to nie wiadomo. Najbliższy lot bezpośrednio do BKK jest jutro, ale nie ma miejsc… więc właściwie nie miałyśmy wyboru. W ramach rekompensaty dostałyśmy po kuponie na 17euro , co przy dogłębnym reserachu w lotniskowych knajpach mnie wystarczyło (prawie) na: kanapkę, sałatkę owocową (czyt. kilka kawałków winogron, jabłka, pomarańczy i melona w kubku) oraz cidra, a Olce na kanapkę, sałatkę z krewetek bez smaku i sałatkę owocową. Wszystko rozmiar lotniskowy, żebyśmy się przejadły to nie powiem.. i tak siedzimy, czytamy przewodnik o Tajlandii, z nudów jemy chipsy ech…. Tajlandio, gdzie jesteś?

poniedziałek, 18 lutego 2013

Dzień drugi miał się rozpocząć od Kreuzbergu, a potem, ech, Moabit, East Side Gallery, może Charlottenburg… Plany piękne, ale Kreuzberg nas wciągnął totalnie i całkowicie i 7 godzin spacerów później nadal byłyśmy na Kreuzbergu odkrywając kolejne jego oblicza i absolutnie nie mając dość. Jako wisienkę na torcie zostawiłam sobie Muzeum Żydów, ale ostatecznie w końcu tam nie dotarłam. Ponoć piękny budynek Daniela Libeskinda zostawiam więc sobie na jutro. Co zrobiłyśmy dzisiaj? Zaczęłyśmy jakoś totalnie od złej strony. Dojechałyśmy do Mehring Platz (zły pomysł na start) i ruszyłyśmy w stronę Tempodromu. Naprawdę patrzyłam na okolicę i zastanawiałam się, czy to Kreuzberg? Czy to jest to coś, co parę osób porównywało do mojej Pragi?? Por que?? Ok, może tu i dzieje się jakieś offowe rzeczy, ale, o ironio, to jest droga dojazdowa do city, do Potsdamer Platz, droga, która, myślałam, nazywa się Stresman Strasse… czyli droga stresu do pracy. Jednak nie, po prostu bez okularów nie mogę doczytać nazwy ulicy jakiegoś Stressemanna.. Potem odkryłam tzw. Topografie Terroru. Dziwne miejsce z dziwną energią. Pozostałości muru berlińskiego, fundamenty siedziby głównej gestapo i nudne muzeum ofiar nazizmu. Dziwne... Dalej ruszyłam prosto do Checkpoint Charlie, czyli historycznego przejścia w murze… o rany jaka tania popkultura! Atrakcja dla Amerykanów, którzy cykają tu fory z gadżetami… nuda, nuda, nuda i rozczarowanie.. Trochę się zrobiło zimno, więc zdecydowałam się zostawić Muzeum Żydów na koniec, skręciłam w Oranien Strasse, chcąc odnaleźć mityczny Kreuzberg w innym miejscu. Mój super przewodnik lokalizował alternatywną dzielnicę w co najmniej 3 niepołączonych ze sobą geograficznie obszarach. Moje obserwacje i obserwacje mamy zresztą też, są takie, że Berlin to takie spokojne miasto bez pędu i bez zadęcia. Bardzo nam się podoba. Takie dobre miasto do życia, aczkolwiek jednak szare i brudne, choć może to pogoda, brak słońca i pora roku. No i wreszcie za Oranien Platz to było to!! Squaty, kolorowe graffiti, flagi w oknach, syf i kolorowi ludzie:) Coraz ładniejsze kamieniczki, mnóstwo kafejek, mnóstwo Turków..:) bosko! Po obiadku z Turkami, gdzie dzięki opryszczce podrywali bardziej mamusię;(, a potem powiedzieli nam, że właściwie mają kiepskie żarcie u siebie i zabrali nas do sąsiadów Chińczyków na pyszne noodle – przepraszam, ale po spróbowaniu typowo berlińskich curry wurst, czyli mniej więcej parówek o posmaku curry tonących na dodatek w ketchupie z frytkami – fu fuj, miałam mdłości i szukałam falafela:) tak trafiłam na najlepsze noodle jakie jadałam w życiu:) Po obiadku ruszyłyśmy w kolejną część chyba nadal Kreuzbergu, nie zaznaczoną na mojej mapie, ale bardzo mi się podobającą, czyli okolice metra Sudstern. Zaczęło się robić nieco mieszczańsko, ładne kamieniczki, ale nadal fajne knajpki. Jednak celem był obszar zaznaczony jako 3. Kreuzberg w moim przewodniku, czyli okolice Chamisso Platz (Word poprawia mi z uporem maniaka na Chamisko platz) i Victoriapark. Ni diabła nie wiem czy i dlaczego to miałby być Kreuzberg… Chamisso Platz obłęd, cudowne mieszczańskie, ładniutkie, równiutkie, odnowione kamieniczki. Piękne! Taka mieszczańska małomiasteczkowa starówka trochę… a cała reszta.. well nie czułam tego… tym niemniej cały dzień był taki miły, oczyszczający, przyjemny… pozytywny, bardzo tego potrzebowałam. Dotleniona, wyspana, obżarta czekoladą… A jutro ostatni dzień mojej super city break w Berlinie i wszystkie spady z dziś i wczoraj, będzie intensywnie. Acha i obserwacja z dziś, bo to niedziela, czyli słowo na niedzielę od mieszkanki ultrakatolickiego kraju: czy wiecie, że tu z moich obserwacji wynika, że zaledwie 1 kościół na 5 pełni w Berlinie pełni tu funkcje kościelne. Jak w Albanii!! Pozostałe są przeznaczone na cele kulturalno-rozrywkowe: kluby, księgarnie, sale koncertowe, kawiarnie, a nawet jadłodajnie. Czad! :)

niedziela, 17 lutego 2013

Berlin, czyli bardzo osobista historia miłosna

To miał być zwyczajny, miły babski weekend z mamą w Berlinie. Z każdą godziną okazuje się jednak, że wyprawa jest bardzo emocjonalna dla nas obu niż zakładałyśmy i że w sumie to ciekawe doświadczenie, choć dla każdej w nieco inny sposób. Pomysł był prosty: tak mało mamy dla siebie czasu, ja zaganiana już prawie nie przyjeżdżam do ukochanego rodzinnego Lublina, matczydło też nie młodnieje, a czas, choć wiem, że to straszny banał, tak szybko ucieka. Wiecie, odkąd nie ma taty, chyba jeszcze bardziej niż zwykle, doceniam te drobne momenty, małe radości bycia ze sobą. To takie proste. Nie ważne gdzie, nie ważne po co, ważne, żeby być ze sobą. No więc plan był banalnie prosty.. kupione w mega promocji bajecznie tanie bilety autobusowe, tani trzygwiazdkowiec z booking.com, destination: Berlin. Berlin, bo mama tu mieszkała i pracowała i dawno nie była, a ja nie byłam nigdy. Więc dlaczego nie. Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z doniosłości faktu, że Berlin to także miejsce, gdzie poznali się moi rodzice. Ściślej, gdzie tata zobaczył mamę i trafiony berlińskim (?) piorunem, zakochał się w niej na zabój na kolejne 30 lat. Choć historia chyba nigdy nie była do końca cukierkowa, w każdym razie nie ze strony mamy, a i tata wady swoje miał, a wręcz nawet posiadał, hołubił i pielęgnował, to jednak legenda ta poważnie ukształtowała moje widzenie świata i koncepcję miłości w ogóle. Historia mamy i taty to właściwie dwie różne historie opowiadane miliardy razy w ciągu ostatnich 30 lat przez dwa różne podmioty, z czego jeden zdecydowanie mógłby uchodzić za podmiot liryczny (Wojtek), a drugi od zawsze twardo stąpał po ziemi (Mama). Ale wróćmy na chwilę do Berlina. Od 3 dni mama wydzwaniała do mnie, że może jednak nie jechałybyśmy, że ten remont, że jestem zmęczona, że chora, że coś tam, że może jednak nie… Jak powiedziałam jej, że jedziemy litewskim autokarem, to już całkiem odleciała, roztaczając wokół wizje pijanych Rosjan (skąd Rosjan to nie wiem, aa.. wiem… ze Związku Radzieckiego, bo moja mam nadal uważa, że na granicy z NRD się stoi w kolejce…), w najlepszym wypadku zaledwie niedających nam spać. Nie ukrywam, że lubię czasem stymulować jej lęki, opowiadałam więc z pewną perwersyjną radością, że autobus będzie w stylu starych Roburów, pełen dzikich robotników itp. Nutę podróżniczą mam raczej po tatusiu, który najchętniej podróżował czym się dało po dawnym Związku Radzieckim, bo jego zdaniem ludzie byli tam najmilsi na świecie i dzielili się z tobą ostatnią kromką chleba, ciepłym słowem i piękną pieśnią. Wódka w pakiecie jest tak oczywista, że nie trzeba jej nawet wspominać. Mimo, iż N (mama) mówi, że kiedyś była tak rozentuzjazmowana wyjazdami jak ja, ale teraz nie ma 30, tylko 55 lat i już jej się nie chce, trochę trudno mi w to uwierzyć. Kiedy przyjechał całkiem „europejski” autokar, w którym, o zdziwienie, nie było nawalonych Litwinów, ba, nie było w ogóle nawalonych jednostek, trochę się uspokoiła. Jedyne wkurzające obiekty to polscy studenci co chwila przyzywający się niezwykle drażniącym dla ucha ciut za głośnym syczeniem kilkakrotnych kombinacji głosek: „ksz-ksz”, co ewidentnie wydawało im się szczytem dyskrecji. Tych jednak N dość szybko spacyfikowała pedagogiczną przemową, że mogą po prostu podejść i sobie poszeptać, zamiast „krzykszać” na pół autobusu. Nieco uspokojone zasnęłyśmy, żeby obudzić się jakieś 8 godz. później, o 7 rano na berlińskim dworcu autobusowym na końcu świata. Próbowałyśmy pomóc mówiącym wyłącznie w rodzimym języku Litwinom znaleźć coś, co ja z ich mowy ciała i litewskiego odczytałam jako pociąg a N jako autobus albo śniadanie, a ostatecznie wszyscy trafiliśmy do metra. Metro berlińskie całkiem przyzwoite, moją ulubioną nitkę U3 odkryję dopiero później w drodze do hotelu. Jest najstarsza, albo przynajmniej tak wygląda, no, ok, pewne najstarsza jest U1, ale U3 jest zdecydowanie najładniejsza. Berlin, choć wiem, że dworzec jest na peryferiach, wydał mi się miejscem szarym, brudnawym i brzydkim, czyli bardzo w moim stylu. Automat do biletów przyjmuje tylko MasterCard, ja mam Visę oraz monety, a w ramach ekstrawagancji inne maszyny także banknoty 5E i 10E, ja jak zwykle, bo to się już staje tradycją powoli, zapomniałam europortfela, w którym mam drobne, więc miałam eurasy od 20.. super… ale Berlinersi całkiem mili i chyba w moim stylu, bo znalazłam pana, który najpierw rozmienił mi 2 dychy, a potem jeszcze głaskał wypluwającą moje nowe piątki z uporem maniaka maszynę tak długo aż bidulka wchłonęła wreszcie banknoty. Jakoś tak spontanicznie zaproponowałam, żeby jechać od razu pozwiedzać, a z maminych opowieści pamiętałam nazwę Alexander Platz, wiec nie wiedząc dokładnie co tam jest ani czego się spodziewać, pojechałyśmy właśnie tam. Ja już nie wiem, czy to przypadek czy palec boży, ale wychodzimy z metra i.. tu będzie cd historii miłosnej, więc jak nie chcecie czytać, możecie od razu przeskoczyć w kolejny akapit. Bo oto wychodzę sobie z metra na Alexander Platz, a N zaczyna się śmiać i mówi: „nie uwierzysz, w jakim historycznym miejscu się właśnie znajdujemy…”. Szukam szybko w głowie, Alexander.. pustka… no nie wiem… N mówi: wyluzuj… otóż popatrz na tę „piekną” halę dworca Berlin Ost. To jest właśnie miejsce, gdzie twój tatuś poznał twoją mamusię. Mamusia poznała tatusia kilkadziesiąt kilometrów później, bo kiedy tatusia trafiał właśnie piorun uczucia na dworcu Berlin Wschodni, mamusię porywał Morfeusz i nic poza zaspokojeniem jej podstawowej potrzeby fizjologicznej jaką jest sen nie miało kompletnie znaczenia. Historia tej miłości była opowiadana przez tatusia miliardy razy, historia mamusi drugie tyle.. ale naprawdę fajnie jest zobaczyć takie miejsce, gdzie wszystko miedzy twoimi rodzicami, a wiec także ty, zaczęło. Bo może gdyby nie Berlin Wschodni, może gdyby nie tłok w pociągu, może gdyby nie kolega z kolonii, którego mama spotkała na dworcu i który zajął jej miejsce w przedziale, w którym jechał z Wojtkiem, może gdyby nie letnie praktyki N, może gdyby nie letnie praktyki Wojtka, może gdyby któryś pociąg się wtedy spóźnił, albo nie daj boże w ogóle nie przyjechał, może mnie by w ogóle nie było… a historia jest zwykłą banalną historią o piorunie. W każdym razie taką była przez prawie 30 lat małżeństwa w ustach taty. Siedział sobie Wojtek znudzony w przedziale pociągu na stacji Berlin Wschodni i nagle do tego smutnego przedziału weszła najpiękniejsza istota jaką w życiu widział (to cytat z Wojtka). I biedny Wojtek trafiony piorunem od razu zrozumiał, że to jest szansa jedna na milion i że musi zrobić wszystko, żeby ten Anioł mu nie wyfrunął. Anioł natomiast obrzucił pobieżnie okiem jakichś brzydkich chłopaków w przedziale, przeciągnął się leniwie i powiedział, że chciałby się tu jakoś wyciągnąć celem drzemki. Jakiś Brzydki Chłopak użyczył kolan w roli poduszki, Anioł skwapliwie skorzystał. I tu historie nieco się rozjeżdżają. Brzydki Chłopak wpatrzony z rozmiłowaniem w Anioła trzymał na kolanach swych tę najpiękniejszą na świecie głowę i kombinował w rozmowie z koleżanką Anioła jak ją odnajdzie. Okazało się, że i Anioł i Brzydki Chłopak są z Lublina i mają wspólnych znajomych, co Brzydki Chłopak skrzętnie notował w zakamarkach pamięci, aby tuż po powrocie do domu wykorzystać celem ustalenia dyskretnie adresu Anioła. Anioł natomiast obudził się kilkadziesiąt kilometrów dalej, pewnie na granicy, nie pamięta dokładnie, i pomyślał: „o rany!!! Jaki brzydki chłopak robi mi za poduszkę”. Kiedy Brzydki Chłopak kilka dni później przez deszcze i błota przerażony dotarł do domu Anioła, którego zresztą nie zastał i musiał zadzierzgnąć więzy przyjaźni ze swoim przyszłym teściem, a nigdy nie była to łatwa przyjaźń, siedział biedny i przerażony w kuchni czekając na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Przeznaczenie przyszło kilka godzin później, obrzuciło Brzydkiego Chłopaka nieuważnym spojrzeniem i jak zwykle przytomnie, a zarazem niezbyt krzepiąco, kusząco, nawet nie przyjacielsko, zapytało: co tu robisz? Brzydki Chłopak, który zresztą wcale nie był taki brzydki, tylko Anioł był nieco rozwydrzony, odpowiedział: przyszedłem cię zobaczyć. Anioł z wyćwiczoną empatią odparł: no to zobaczyłeś, to cześć, wziął jabłko i sobie poszedł… Rodzina Anioła spojrzała współczująco na Wojtka, który niezrażony, wszak wiadomo, Anioły mają swoje anielskie prawa, przychodził jeszcze wielokrotnie, wystawiany jeszcze wiele razy na wcale nie anielskie próby, wymagające od niego anielskiej cierpliwości… No i stało się tak, że przez splot okoliczności jakiś anielski chyba, po jakimś czasie w pewnej chwili słabości Anioła dostał swoją szansę, którą szybko przekuł w małżeństwo szantażując Anioła niechybną próbą samobójczą … a że Anioł chyba chciał po prostu w to uwierzyć, to z niewielkimi perypetiami takimi jak próba ucieczki po drodze do ołtarza, jednak szczęśliwie został żoną Wojtka. I tak przeżyli dość burzliwe 29 lat. Anioł wyrzucała czasem ubrania Wojtka przez balkon w chwilach szału, Wojciech czasem marudził, że Anioł nie umie gotować, w ogóle strasznie marudził czasem, czasem był paskudnie niekomunikacyjny, czasem w swoim świecie, czasem nie ogarniał, czasem patologicznie kupował patelnie na wyprzedażach – takie hobby.. czasem zrzucał realne życie na barki Anioła skupiając się na aspektach towarzyskich… nikt nie jest idealny, ale zawsze, zawsze, od początku do końca N była zawsze najpiękniejszym, najukochańszym, najwspanialszym misiem, słoneczkiem, kwiatuszkiem… Aniołem. A kiedy Wojtek odszedł, tak niespodziewanie, że Anioł kompletnie nie zreflektował, nie spodziewał się tego i jak to Anioły, nie pozwolił sobie na zbyt dużo ludzkich słabości w tym temacie, Anioł mówił, że przez kolejne pół roku czuł ciepło dłoni Brzydkiego Chłopaka, trzymającego dziarsko dłoń Anioła, żeby Anioł się nie załamał… zapomniałam zapytać, czy nadal to czuje… Dobra kończę, bo się rozklejam. No więc wracając do wątku Berlina, naprawdę emocjonalnie jest zobaczyć Dworzec Berlin Wschodni, na którym Brzydki Chłopak spotkał Anioła, bo wtedy właśnie przed oczami przelatuje ci powyższa historia i kolejne 30 lat, i takie głupie szczegóły jak stare zdjęcia jak kadry z filmu o wielkiej miłości i fajnych ludziach, którzy tak się składa na moje szczęście poczęli i próbowali wychować to diabelskie anielątko którym jestem A potem spacerowałyśmy z N obok wieży telewizyjnej i Rathaus (Kasia: dom szczurów? N: nie kochanie, ratusz, dom burmistrza…), dzielnicę świętego mikołaja, czyli dość starówkową część Berlina, bardzo amsterdamskie nabrzeże Sprewy, Unter den Linde, czyli ulicę dawniej ambasad z pasem zieleni po środku, obecnie jeden wielki plac budowy podobnie jak Alexander Platz, uniwerek Humboldta, na którym pracowała i studiowała N, małe skwery, gdzie przesiadywała z koleżankami, Bramę Brandenburską, gdzie wtedy jeszcze były zasieki i mur berliński, przeszłyśmy Bramą do Reichstagu z tą przedziwną kopułą, która z niezrozumiałych dla mnie przyczyn mogłaby się komuś podobać. Nie wiem, czy zauważyliście, ale Brama Brandenburska jest znacznie mniejsza niż na zdjęciach i kompletnie nie wiem czemu fotografują ją bez tych bocznych pawilonów. To, co lubię w Berlinie, to ludziki na światłach ulicznych. Czerwony ludzik stop wygląda jak ukrzyżowany, a zielony jak wyskakujący entuzjastycznie pod niebiosa… Pomnik Ofiar Holocaustu to dość ciekawa koncepcja, która zrobiła na mnie wrażenie i zdjęcia muru i terytorium między Berlinem wschodnim a zachodnim przy siedzibie UNESCO. Dodam, że zwiedzanie zaczęłyśmy o 8, a Berlin w sobotę chyba lubi pospać, więc była to trochę wycieczka po opustoszałym zamglonym nieco mieście…fajnie… Taki Berlin w 1 dzień, takie must-see a potem poszłyśmy na Potsdamer Platz i muszę przyznać, że dostałam architektonicznego orgazmu. Wielokrotnego. Wiem, że wszyscy zachwycają się Sony Center, oczywiście nie jest złe, zwłaszcza wkomponowanie salonu cesarza, ale piękno tkwi tu nawet w zwykłych blokach mieszkalnych…Daimler Chrysler Center i Potsdamer Platz Arkaden – Renzo Piano wymiata.. wow.. wow.. wow… jakie detale, ile tam się dzieje… Nawet oddzielona pasmem zieleni (genialne, i mam nadzieję, że tam się ludzie latem opalają) ta niby nudziarska dzielnica bloków koloru ziemnego ma fajny rytm i fajnie łamie biurowcowatość okolicy. Naprawdę dla mnie ta okolica Berlina jest światową mekką dobrej współczesnej architektury w mega kumulacji. Choć oczywiście nie jestem architektem ani nawet do końca estetką, więc to tylko moje subiektywne odczucie, jak w całym tym blogowaniu. Dalej wybrałyśmy się na Kulturforum, gdzie jest mnóstwo interesujących architektonicznie obiektów kulturalnych, muzeów etc. Mój typ to filharmonia, której nie powstydziłby się Gaudi. A dalej krążąc pomiędzy architektonicznymi perłami ambasad ruszyłyśmy do Tiergarten, czyli całkiem przyzwoitego parku. Zahaczyłyśmy o zoo, ale ja już byłam mocno zmęczona, była 14 i postanowiłam, że czas dotrzeć do hotelu. Ale powiem Wam, że Berlin wydaje się naprawdę fajnym miejscem. Jutro Kreuzberg, czyli taka berlińska Praga Północ. Nie mogę się doczekać.