środa, 30 czerwca 2010

Ostatni dzień czerwca czy ostatni dzień września..świat jest pełen wariatów:)

Wpis z ostatniego dnia września. Tak napisałam w tytule.. jest ostatni dzień czerwca.. dlaczego czuję wrzesień… Freud by coś o tym powiedział… Ja chyba też nie czuje się wiosennie-letnio ale bardziej jesiennie… Zabawne, że po raz pierwszy w życiu planuje swój świat tylko do listopada. Nie wiem jeszcze co, ale coś musi stać się w listopadzie, COŚ co zmieni wszystko.. Teoria Komety lub Meteorytu. Coś musi walnąć i kompletnie odmienić mój świat i jakoś dziwnym trafem jestem bezgranicznie spokojnie pewna, że będzie to w listopadzie… ż elistopadowa wyprawą do Argentyny... ale to temat na oddzielna historię… Tymczasem dziś 30 czerwca 2010 znowu sąsiad wyłączył router czyli nie ma Internetu.. noga spuchła mi jeszcze bardziej zwiększając dwukrotnie swoją standardową objętość, boli jak diabli i naprawdę przy całym moim ADHD siedzenie w domu prawie bez ruchu jest wcale nie łatwe. Wróciłam z pracy tramwajem z jedna przesiadką i 8 schodkami i.. cóż… dobra rada cioci Kasi: nie zostawiajcie resztek kurczaka curry nawet bez kurczaka na więcej niż 24 godziny na słońcu i w upale.. to się nie sprawdzi J no chyba że to sałatka z kraba.. ? tak czy siak fetor straszny, Suskind wymięka.. Pachniało? Gorzej niż w praskim tramwaju.. Aż z ochotą porwałam się do zmywania… ten dzień pewnie byłby nudny i nijaki, poczytałabym Newswweeka z kwietnia (zbieram czasem od znajomych przeczytane gazety.. sądzę, że moja wiedza o Birmie nawet przeczytana 2 miesiące od publikacji w Newsweeku nadal się wzbogaci… a poza tym taki bank wymiany przeczytanych gazet, które ktoś i tak by wyrzucił jest super chomikowo-eko), wykonałabym 38. podejście do podręcznika nt. inteligencji emocjonalnej i obejrzała Dra House’a po czym poszłabym spać.. ale… w ręce me, a nawet wręcz oczy, wpadła jakaś powtórka „Uwagi” na TVN. O jakimś facecie, co je koniki polne. Tak mi się przynajmniej wydawało kiedy zaczynałam oglądać program. 25 minut później patrzyłam urzeczona ze łzami w oczach, bo oto ktoś opowiedział mi historię o upostaciowanej Prawdzie, Pięknie i Dobru w jednej osobie. Pasjonat, prawdziwy naukowiec, badacz wręcz, wariat, świr, dziwadło, geniusz… Dr Łukasz Łuczaj. Na zmianę wykłada biologię (zdaje się) tudzież szlaja po Bieszczadach organizując kursy kulinarne. Na kursach włóczy się z ludźmi po lasach i łąkach Polski Południowej i szuka dawno zapomnianych ziół i owadów. Ponoć koniki polne należy zbierać o świcie, bo ty jesteś po kawie, a one nie i potem prażyć pod przykryciem, bo nawet martwe wskutek skurczów mięsni czasem wyskakują. Mrówki w miodzie tez ponoć mniami. Dr Łuczaj włóczy się po łąkach i nazywa róże postaci zielska poważnymi nazwami naukowymi opowiadając na przykład, że warto jeść pokrzywę (o czym akurat wiedziałam, wszak jestem z Dzikiej Pięknej Kochanej Lubelszczyzny, gdzie gusła nadal kryją się na strychach, strachy mieszkają pod lóżkami, a dusze zmarłych ukrywają się w nieodwróconych lustrach), że paproć trzeba długo gotować, żeby przestała być trująca, że coś tam u nas dawno się nie je, a je się nadal np. w Korei.. niesamowite… Zaczarował mnie dr Łuczaj ze szklanego ekranu z beskidzkiej łąki (że beskidzka to tylko moje przypuszczenia, ale na północy i zachodzie nie ma takich wariatów). Miał ciepłe mądre piękne oczy. Takie uśmiechnięte oczy mój dawny znajomy określał jako oczy przez które patrzą Stare Dusze.. Stare Dusze to dusze inkarnowane wiele razy.. Przyjrzyjcie się kiedyś Drogie Dziatki.. ludzkie oczy, zwierciadła dusz mają różną głębokość… niektóre są jasne, płytkie, niemal przezroczyste, puste.. inne wciągają swą głębią… To były właśnie stare oczy. Postanowiłam, że pewnego dnia odnajdę Dra Łuczaja. Mam dziwne wrażenie, ze nasze losy się przetną… Odnajdę go, albo Los nas odnajdzie, bo kompletnie świruję na samą myśl o bieganiu po lesie i słuchaniu ciekawostek o ziołach… I myślę, że zupa z zielska, oprócz tego, że jest cholernie trendy (tylko w Polsce koledzy naukowcy mają Dra Łuczaja za wariata, w USA byłby już milionerem..), jest też niezwykle interesujące… Uwielbiam upostaciowane skarbnice wiedzy.. Przypomina mi to mój kurs pilotów wycieczek i kompletnie odjechane cudownie rozwijające zajęcia z historii sztuki z Drem Żywickim… Chylę czoła przed pasją i idę rozmarzać się na temat lasów, łąk i poznawania świata smakiem…czego sobie i Wam…itd.

wtorek, 29 czerwca 2010

Przypomnienie

własnie sobie przypomniałam dlaczego postanowiłam nigdy nie prowadzić durnego darmowego bloga, skad inąd że już jednego mam, załozżyłam wyjeżdżając na Kretę, ale potem szlag mnie trafił kiedy to dziadostwo zjadło pierwszego posta i stwierdziłam, że chcę mieć prawdziwą www z opłaconą domeną, a nie bloga-śmoga... a potem się podjarałam, że R mi założył bloga, choć w sumie sama założyłam sobie takiego samego rok temu.. ech głupota... spróbuje zmieścić megadługą relację z Tunezji, jak nie wyjdzie, to i tego bloga zarzucę...

dzień jak co dzień..

kasia unieruchomiona w domu z nogą unieruchomioną, bo skręconą w trakcie wykonywania czynności służbowych, co orzekl lekarz na ostrym dyzurze gdzie kasię zawieziono po wybudzeniu z omdlenia z bólu, gipsu nie chciała, chodzić nie może, L4 nie dali... fajnie...

i jak ja będę żeglować w sobotę?

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Bieszczadzkie spotkania

Zatrzymywałam wczoraj czas, dotykałam jądra swojego jestestwa i stapiałam się w jedność ze Wszechswitem wraz z innym wiecznym bieszczadzkim sierotą przy ogniu gdzieś wiele kilometrów od cywilizacji pośród jarów, wąwozów i pagórków lessowych.. wyły wilki, błyskała burza i szumiały wierzby..

niedziela, 13 czerwca 2010

sobota, 12 czerwca 2010

Start

A więc zaczynamy... moja podróż życia trwa, a teraz także znalazła swój wizualny zapis. Zapraszam do czytania i komentowania :)