Za mną pierwszy dzień w boskim Buenos. Ale żeby oddać sprawiedliwość, w odpowiedzi na Wasze maile, prośby i zapytania najpierw napiszę kilka słów o 18 godzinach nieprzerwanego lotu. Qatar Airways są niesamowite. Lot był naprawdę komfortowy. Do wyboru była blisko setka filmów, płyt itp., sam decydujesz kiedy i co oglądasz lub słuchasz, a na dodatek co chwila cię karmią. Ponadto jedna ze stewardes mnie zagadała i okazało się, że jest Polką. Pogadałyśmy trochę o życiu, emigracji i Katarze i te 18 godzin jakoś zleciało. Mimo całkiem sporych turbulencji i burzy pod koniec. W Buenos byliśmy mocno po 22. Dojechaliśmy shutllebusem z lotniska do miasta i wzięliśmy taksówkę do naszych hostów. Mój pali w salonie (czyli tam, gdzie śpię), od lat zdaje się nie sprząta i jest nudziarzem. Zrobił mi wykład o historii BA i kolację i poza tym było względnie ok, mimo że podczas niniejszego wykładu zasnęłam. Rano oczywiście źle przestawiłam zegarek, wstałam, przyszła Olga, host zrobił kolejny wykład o historii, tym razem z prezentacją multimedialną. My udawałyśmy, że słuchamy i że rozumiemy jego łamaną angielszczyznę, po czym ruszyłyśmy w miasto.
Mój pierwszy dzień w BA! Trochę już widziałam z taksówki wieczorem, ale ogólne wrażenie jest rozczarowujące. Architektura tandetno-biednie-komunistyczna jak dla mnie. Miasto jest ogromne, ale spokojne, bez pośpiechu. Ludzie obojętni, ani przyjaźni ani wrodzy. Ich hiszpański masakrycznie niewyraźny. System transportu miejskiego to porażka. Metro działa tylko do 22:45, a i tak zwykle jest tak zapchane, że nie wejdziesz i dojeżdża tylko w kilka nielicznych okolic. Autobusy to masakra. Płacisz monetami. Z tym wiąże się problem monetowy. Otóż monet generalnie nie ma. Nikt nie ma i nigdzie nie ma. Nie ma ich w sklepach, a nawet w bankach, a bez monet nie pojedziesz. Na autobus trzeba machać, rozkładów nie ma i zatrzymują się głównie na żądanie. Masakra. Bez hiszpańskiego też ciężko. Ceny niewiele niższe jak w Warszawie. Najprostsza przekąska to ok. 5 zł, kawa czy coś do picia ok. 8 zł, woda butelkowana 1,5 litra w sklepiku to 9 zł.. No i jadę tym brudnym starym autobusem przez brudne szare miasto dziękując Bogu, że jest ze mną Olga płynnie nadająca ich hiszpańskim i siedząca w Buenos od tygodnia czyt. znająca miasto. Mój plan na dziś to La Boca, San Telmo i MikroCentro. La Boca, gdzie uderzamy najpierw, to przyportowa dzielnica artystów, tanga, kurtyzan.. Obecnie to kilka uroczych domków pomalowanych różnokolorową farbą do malowania statków, piękna i bardzo turystyczna. Już na etapie czytania przewodnika wiedziałam, że mi się spodoba i to jak dotąd spodobało mi się niemal jako jedyne. Te kolory są naprawdę super. Pary tańczące tango na ulicy też, nawet sklepy z pamiątkami, a co! W La Boca dołącza do nas Adam i zwiedzamy razem. Obecnie La Boca jest jedną z najniebezpieczniejszych okolic BA. Mała część turystyczna, a dalej są tory, za które lepiej się nie zapuszczać. Nawet był po drodze pewien locals, który stał na tych torach i odradzał nam pójście w tę stronę, bardzo miło. Mnie się generalnie podobało. Po La Boca wzięliśmy autobus do San Telmo. Podobno to tam powstało tango. San Telmo nie było aż tak urzekającą dzielnicą, ale sam skwer /główny Plac San Telmo z kafejkami pomiędzy którymi tańczy się tango, targiem staroci i świeżowyciskanym sokiem z pomarańczy całkiem niczego sobie. Następnie poszliśmy w stronę Makrocentro, Plaza del Mayo, jedną z najszerszych ulic świata- Avenida de 9 Julio itp. Całkiem miły dzień okraszony argentyńskim winem i smakiem empanadas - lokalnej przekąski zapiekanego pierożka zwykle z mięsem. A teraz siedzimy w domu u naszego hosta i jemy pizzę i Fagina – coś jak nasze placki ziemniaczane tylko nie z ziemniaków, a z ciecierzycy. Dzień udany, ale postanowiłam, że nie bardzo jest tu co robić, więc jutro spadamy do Iguazu Falls.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz