piątek, 12 listopada 2010

Tren de las Nubes

Nie mogę w to uwierzyć! Po tym wszystkim co przeszłam, żeby tu dotrzeć, po zapłaceniu 700 zł za bilety do Salty i 350 za Tren de Las Nubes, po odpuszczeniu formacji skalnych w Cayafate, po przesiadaniu się z busa na busa taranując ludzi w Tucuman. Po pół nocy na dworze w San Ignacjo… Tren de Las Nubes to jakaś masakra. Znaczy nie, no bez przesady. Fajna świadomość, że jest się na wysokości 4000 m npm i widoki też całkiem przyjemne, ale kiedy się płaci 1000 zł, żeby tu dotrzeć, a 120 dolców za sam bilet na pociąg człowiek, chyba zresztą zupełnie zrozumiale, oczekuje, że dotknie nieba. Nie dotknęłam. Moje morale natomiast sięgnęło dna, kiedy okazało się, że wyżywienie podczas podróży w bilecie, tzw. śniadanie i obiad, okazało się najpierw 2 croissantami – śniadanie - to jeszcze mogę zrozumieć, ale kiedy po 9 godzinach podróży na obiad dostaliśmy pakiet 4 ciasteczek za 120 dolców… What da hell??? Rozumiecie to?? Za każdym razem jak okazuje się, że generalnie ta Argentyna nie jest taka do końca zła i coś mi się uda, oni odwalają taki numer, że ręce mi opadają. Cały ten Tren de Las Nubes to 8 godzin najpierw w jedną stronę (pierwsze pół godziny w ciemności - musisz mieć zasłonięte rolety, gdyż localsi ze slumsów, przez które się przejeżdża, rzucają w ciebie kamieniami), a potem są już Andy, czyli ładne górki i formacje skalne, ale nic, co rzuciłoby na kolana… Nie mogę w to uwierzyć. Ludzie mdleją i słabną z choroby wysokościowej (nawet obok mnie) dla takiego nic??? Pociąg dojeżdża do stalowego mostu, można zrobić sobie zdjęcie i kupić chusty z lamy od localsów, tudzież cyknąć fotę z lamą, a potem ruszamy z powrotem stając jeszcze tylko raz w obciachowej wiosce, gdzie nie robię nawet jednego zdjęcia, bo nie ma czemu!!!! Jestem wściekła!! Andy mogą być piękne, może w Boliwii, może w Chile, ale Argentyna jest jednym wielkim rozczarowaniem. I czemu ci localsi są z niej tak dumni?? Nie będę więcej pisać pogrążę się w rozpaczy. Słowem podsumowania mojej argentyńskiej przygody- drogo tu i nieszczególnie. Wybacz Azjo, żem Cię zdradziła. Ameryka Południowa to nie jest wydatek, który się opłaca.

Napisałam powyższe w pociągu i padła mi bateria w laptopie. Kilak godzin później w hotelu:

No dobra, oddam sprawiedliwość. Było kilka niezłych formacji skalnych. Przesadziłam w negatywnym nastawieniu. To przez te ciasteczka. Nikt nie powinien nazywać 4 ciastek posiłkiem, a nie daj Boże tym bardziej obiadem. Powinno się nazywać.. w sumie nie, w ogóle się nie powinno nazywać 4 ciastek. Nieważne. Ale po tym jak to napisałam i padł mi laptop podobnie jak baterie w aparacie, pojawiło się kilka powiedzmy akceptowalnych formacji skalnych. Gdybym nie była zepsuta formacjami w Maroku i Kapadocji, pewnie w ogóle byłabym zachwycona. Ale niestety wcześniej widziałam te fajniejszeJ I kiedy tak się trochę nad sobą użalałam, trochę marudziłam na tę całą Argentynę, pociąg stanął na stacji. Do okna podbiegło kilkoro dzieci lokalnych. O dzieciach w Argentynie nie pisałam jeszcze. Wiecie, że to mój czuły punkt. Nie chodzi mi o te ładne i czyste dzieci, które mają kochających rodziców i niezłe warunki bytowe. Chodzi mi o dzieci ulicy. W Argentynie jest ich mnóstwo. Zwykle mają ciemniejszą skórę - mieszanki indiańskie. W ogóle na wsiach tu zero antykoncepcji i bardzo liczne, bardzo biedne rodziny. Dzieci te są zawsze tak fajnie kudłate- mają czarne bardzo gęste włosy, brudne buzie, porwane ubrania, piękne uśmiechy i smutne oczy. Dobra, dobra, wiem, że generalizuję i idealizuję, ale często tak jest. Ale co ciekawe, te dzieci tu nie marzą o telewizorach ani nie proszą o pieniądze. Te dzieci proszą o jedzenie. I kilkoro takich dzieci właśnie osaczyło pociąg- nie chodzą do szkoły, odkąd mogą chodzić pomagają rodzicom w ciężkiej pracy. Przejeżdżający Tren de Las Nubes to rozrywka tygodnia. Fajnie jak roztyci pasażerowie, tacy biali, rumiani i uroczo okrąglawi uśmiechną i się i pomachają z okna. Czasem coś się dostanie. I właśnie w szczycie mojego złego humoru czterociastkowego z okna pociągu wysunęła się kobieca ręka i gromadzie dzieci na stacji podała swoje 4 ciastka. Ja swoje ostentacyjnie oddałam obsłudze wcześniej, kiedy to zaatakował mnie ciężki szok, że ktoś to coś nazwał obiadem. I te dzieciaki rzuciły się na te ciastka. Ale nie żeby zabrać drugiemu, tylko wszystko zaniosły siedzącej kilka metrów dalej matce i ta sprawiedliwie dzieliła cztery ciastka pomiędzy stadko dzieci. Z pociągu wyciągały się kolejne ręce z ciastkami i dzieciaki rzuciły się je odbierać. Żebyście widzieli tę ich radość!!

I żebyście widzieli mnie w tej chwili. W życiu nie było mi tak wstyd. O próżności wszelaka. Ale ze mnie burak. Te biedne dzieciaki powycieranych ubraniach były tak szczęśliwe z tego samego powodu, z którego ja właśnie byłam mieszanką wybuchową wściekłości i rozczarowania. Po pierwsze oczywiście się rozryczałam, bo jakoś tak beznadziejnie reaguję na dzieci…a po drugie, kurczę, jakie to straszne, jak człowiek na chwilę zapomni, co jest naprawdę ważne w życiu i co to jest szczęście.

Mieszkam właśnie w kolejnym hotelu pełnym zblazowanych gówniarzy, którzy jeżdżą po świecie, głownie od imprezy do imprezy i od zorganizowanej wycieczki jednej do drugiej. Nawet próbuję nie czuć się do nich lepszaJ W każdym razie chyba przez chwilę, bo wiecie, ej, jestem w Ameryce Południowej, to już nie jest jakaś tania Azja z Air Asią. To jest Ameryka Południowa z Qatar Airways i biletem na Tren de las Nubes za 120 dolców.. No więc chyba prze chwilę chciałam być taka jak oni, ci niby super wyluzowani backpackerzy z tej lepszej rozliczającej się w eurobanknotach Europy. Nawet się za to nie winię. Bardzo lubię pokazywać tym od Poland- Holand? że Polacy dużo podróżują, że są fajni, mądrzy itp. Chciałabym tak jak ci zachodni backpackerzy wybrać eurobanknoty z dwóch ostatnich miesięcy w pracy i zrobić sobie pół roku wakacji bez lęku, że jak wrócę do kraju już nikt mnie nie zatrudni, a pomoc społeczna pomoże, bo zawsze przecież mogę zacząć jakieś studia i będę dostawać kasę od rządu… Chciałabym, ale tak nie jest. Jest tak, że po 2 tygodniach zaczynam tęsknić. Zaczyna się powoli. Za mamą. Za resztą rodziny i przyjaciółmi. Za grzanym piwem na lubelskiej starówce zimową śnieżną nocą. Ostatnio nawet za Pragą. Po miesiącu zaczynają mi się śnić nocami polskie złote łany zbóż sierpniową porą na morenach czołowych na Mazurach. A potem po prostu muszę wracać.. I wiecie, tak mnie to wszytko natchnęło do takich bardzo dziwnych przemyśleń – może to zresztą choroba wysokościowa- że chyba jednak coraz mi bliżej do jednych trzytygodniowych wakacji rocznie, a przez pozostałe 11 miesięcy harówki w NGOsie…A z drugiej strony, rany!, jest tyle takich dzieci w krajach trzeciego świata, które mnie potrzebują (well mogę na razie zajmować się tymi w Polsce)… A tak poważnie: siedziałam w tym pociągu i ryczałam, trochę nad nimi i trochę nad sobą, trochę z zażenowania i trochę ze wstydu. Pociąg ruszył, a uśmiechnięte dzieciaki wesoło machały nam znad ciastek. Widoki za oknem od razu wypiękniały. Naprawdę nie były złe. I to zachodzące słońce na pustynnych górach albo górzystej pustyni, bo jeszcze nie zdecydowałam, które z tych dwóch określeń bardziej pasuje do Andów… Więc mimo iż dziad taksówkarz orżnął mnie na kilkanaście zeta, mimo, iż mam mega długi, mimo iż krwawi boląca rana na palcu u nogi, będę odtąd doceniać każdą chwilę tej wyprawy.

A poza tym naprawdę jest mi trudno nie lubić tych Argentyńczyków: tańczą, śpiewają, gadają, uśmiechają się, dają dzieciom ciastka z okna pociągu… KiepskoJ Albo to była choroba wysokościowa, albo w pociągu w drodze powrotnej najpierw był występ jakiejś folkowej kapeli, a później magika, który wyciągał gołębicę z cylindra.. Wszyscy tańczyli i śpiewali. Jak ich nie lubić?

PS i nauczyłam się spożywać liście koki. I nie, nie ma to nic poprzedniego z powyższym wątkiem. Liści koki wbrew obiegowej opinii się wcale nie żuje. Z 7 kg liści można uzyskać 1 g kokainy. Uprawa koki jest zabroniona w Argentynie, ale już w Peru i Chile nie. Należy wziąć 5 lub 6 świeżych liści koki.. Oderwać ogonki, żeby nie poraniły dziąseł, składać wielokrotnie do uzyskania małej kuleczki lub prostokącika i w takiej postaci włożyć między zęby a policzek - do dziąseł. Nie żuć. Niech leżą, ślina uwolni soki. Działanie: liście koki niwelują objawy choroby wysokościowej.

Czy nie sądzicie, że powinnam pisać książki kucharskie? Chyba mam niezły styl…

2 komentarze:

  1. Kasiu, do tej pory nie komentowałam... to skomentuje... wpisy super, opisy, wkurzanie się, zachwyty,... tylko jedno mnie niepokoi - Ty i pisanie książek kucharskich! przecież Ty nie masz pojęcia o dobrym jedzeniu ;) dlaczego nie chcesz pisać książek podróżniczych! to jest Twój konik - zastanów się nad tym :)
    buziaki
    m

    OdpowiedzUsuń
  2. wzruszyla mnie twoja historia. naprawde :). nie jestem fanem Twoich "metafizycznych" opowiesci, ale te spoleczne i auto-krytyczne sa naprawde wzruszajace.

    OdpowiedzUsuń