wtorek, 20 listopada 2012

Garni i Gegard

Jak tylko pomyślałam, że nic ładnego już w Armenii nie zobaczę, pojechałyśmy z Olą na kolejną wycieczkę. Oczywiście nikt nie wie, gdzie jest stacja maszrutek Masif. Taksówkarz też nie wie, cztery razy pyta o drogę. W końcu jesteśmy. Maszrutka prawie rusza, a to znaczy, że a) dobra wiadomość: nie będziemy czekać 2 godzin i b) zła wiadomość: nie ma już miejsc siedzących, więc przez kolejne 25 minut jadę w przygiętej pozycji stojącej. Boli mnie wszystko i wieje mi w plecy. Nie bardzo coś widzę poza podłogą, a za oknem piękne faliste wyschnięte stepy. Uwielbiam je. Dojeżdżamy do Garni. To ruiny starożytnej świątyni, przypominającej mini Akropol. Taksują nas po 1000 AMD za wejście – to dużo jak na Armenię. Szału nie ma. Robimy zakupy, moje ulubione georgian/armenian snickers- czyli orzechy w zaschniętym soku z winogron i ruszamy dalej. Idziemy na drogę, żeby dojechać do położonego w górach 10 km od Garni monastyru Gegard. Proponuję stopa, ale nadjeżdża maszrutka. Maszrutka powozi nas 3 km i kończy bieg, ale ludzie, którzy z niej wysiedli, zabierają nas ze sobą i podwożą kolejne 3 km, a potem jak to zwykle w Armenii na widok 2 nieormiańskich dziewcząt, zatrzymuje się jakiś koleś i podwozi nas do klasztoru. Klasztor najładniejszy z tych, które dotąd widziałam w Armenii. Położony w górach, starawy - z pierwszych wieków naszej ery. Niesamowite kolumny i kamienne wnętrza, chaczkary, czyli typowo ormiańskie krzyże kute w kamieniu, stawiane w miejscu pogańskich uroczysk zanim pierwsi chrześcijanie wybudowali tu kościoły. Klasztor Gegard jest pięknie wbity w skały. Całkiem to pozytywne. Jak tylko wychodzimy, zatrzymuje się jakiś Rosjanin i zabiera nas do samego Erywanu. Spacerujemy po mieście, idziemy na obiad do tradycyjnej knajpy, gdzie na stole wyrabia się ciasto, z którego w wielkim piecu smaży się lawasze i lahmaje. Smakowo jest tu dość bałkańsko, czyli dolmy- gołąbki w liściach winogron, tsadzyki, lawasze, czyli ichni chleb, pita bardziej, no i mnóstwo kuchni gruzińskiej, czyli kinkali i chaczapuri. Ale lubię patrzeć jak to przygotowują. Jutro wracam do Gruzji. Mam nadzieję, że zdążę na samolot. Erewań to było jedno wielkie sowiecko-arabskie szaleństwo i cudownie się tu bawiłam, bo ludzie fantatsyczni, a jak wiadomo podróże to ludzie, których spotykamy na drodze. Wiem, wiem truizm. Więc z truizmem na ustach i odrobinkę ciezszym tobołkiem doświadczeń, przewietrzoną głową i natchniętym duchem wracam do Europy.

Khor Virap

Odkąd z Oramininem nie wypaliło napiszę Wam, co było 2 dni temu. Coraz mniej chce mi się pisać. To znaczy, że moja wyprawa zbliża się ku końcowi i jestem coraz mniej podekscytowana, a coraz bardziej zmęczona. No i znaczy to, że dawno nie było wow. Po całych nocach imprezowania, wstajemy tu po 12, i późnym popołudniem docieramy do monastyrów, z których słynie Armenia. Wczoraj pojechałam do mojego celu- monastyru Khor Virap. Jest na okładce mojego przewodnika, zaledwie 30 km od Araratu. Mały monastyr na skale u stóp wielkiej góry. Jakimś cudem trafiłyśmy na właściwy dworzec maszrutek- jest ich w Erywaniu kilka i nigdy nikt nie wie, gdzie są i z którego jechać gdzie. Znalazłyśmy maszrutkę i.. czekałyśmy 1,5 h na odjazd. W międzyczasie kierowca poczęstował nas gruszami ze swojego sadu, dał nam nawet wodę, żeby je umyć, a potem zjechał z trasy, żeby podwieźć nas pod sam monastyr i powiedział, że on będzie jechał ostatnim kursem powrotnym o 17.20, więc będzie na nas czekał na skrzyżowaniu. Nie byłoby to konieczne, bo na widok 2 dziewczyn zatrzymywał się absolutnie każdy samochód, ale wolałyśmy naszą napchaną po brzegi maszrutkę. Khor Virap jest ładnie położony. Wprawdzie przejrzystość powietrza była kiepska i Ararat prawie niewidoczny, ale poczekałyśmy do zachodu słońca i faktycznie- zachód słońca za Ararat robił wrażenie. Zwłaszcza, że pomiędzy 2 wierzchołkami pokazała się taka jakby mini tęcza. Ararat w ogóle ma w sobie coś magicznego. Ten pięciotysięcznik to podobno góra, na której spoczęła arka Noego. Jest elektryzujący. No więc mamy Ararat, klasztor na małej górce i wokół ogromne przestrzenie pól, taka niby pustynia. Lubię tę armeńską przestrzeń. A sam klasztor słynie ze studni, w której wieziony był św. chyba Grzegorz, ale dla mnie to zbyt klaustrofobiczne doświadczenie. Po powrocie do Erewania jak zwykle stała trasa- koreańska knajpa, Calumet, Iris Pub, Calumet. Moi Koreańczycy, oprócz tego, że nasz szef kuchni, mega jajcarz postanowił mnie poślubić, a potem przeprowadzić się do polski (visa, visa), zaczął wróżyć mi z ręki. Wyczytał mnóstwo pieniędzy, krótkie, ale zdrowe życie i przystojnego męża, ale później, dużo później Zabawne, ze tu nawet w ormiańskiej restauracji, kelner ma problem z zaproponowaniem czegoś typowo ormiańskiego. Ucher, który dziś zaczyna nowa pracę i miał wstać o 8, wstał o 11. Ale oczywiście to Armenia, to nie problem, spóźnić się pierwszego dnia 4 godziny… Naprawdę arabsko tu, ty jesteś czasem, czas nie istnieje obiektywnie. Tak samo z myśleniem. Taksówkarze kompletnie nie znają miasta, nie mają wyobraźni przestrzennej. Droga nie istnieje obiektywnie. Ty jesteś drogą. Którędy pójdziesz, tędy pójdziesz i tyle. Dziś jadę do ruin świątyni Garni i monastyru Gegard, a jutro wracam do Gruzji, tęsknię już trochę za Europą.

ups I did it again...

aaaa!!! swiat zwariował!!! nie wierzę, że znowu to robię!! jest prawie 3 nad ranem, o 8 mialam jechac busem do Tbilisi, wracać, poszłam do Calumet wieczorem, poznałam Ormianina, z którym zaczełam tanzcyć, pierniczę, nie wracam, z którym ozmawiam o Fellinim i Almodovarze i który mówi mi spędźmy ze sobą noc jak w Dolce Vita, a potem śpiewa dla mnie na cały głos New York, New York w parku... dam mu jeden dzień... Tbilisi poczeka.. ciekawe czy mój lot poczeka... aaaa magia!!!

poniedziałek, 19 listopada 2012

Eczmiadzyn

Wstałam rano, czyli o 12, powoli się ogarnęłam, poczekałam na 2. laskę surfującą u Uchera- niemówiącą po angielsku Rosjankę, która brała prysznic przez 40 minut. Wreszcie wyszłyśmy. Chciałyśmy iść pieszo na dworzec autobusowy, ale im dłużej szłyśmy, tym mniej wierzyłyśmy w powodzenie tego planu. Tu jest tak arabsko. Każde, nawet najmniejsze pytanie, nigdy nie spotyka się z prostą odpowiedzią. Wszystko należy skomplikować. Czy ta maszrutka jedzie na dworzec? Musicie pójść tam, potem zrobić to etc. Czy to daleko? To jest tam i tu i tam. Czy prosto? Trochę prosto, a trochę krzywo etc. Maszrutki tu to w ogóle koszmar. Nie dość, że mają za nisko okna i człowiek jeździ w dziwnie niefizjologicznej przygiętej pozycji, jeśli tylko chce coś zobaczyć, to jeszcze mają za nisko sufit, więc jedzie się w pozycji „do ukłonu przystąp”. Zawsze napchane na maxa. Tu jest też bardzo sowiecko. I naprawdę nie umiem tego nazwać. Miasto kontrastów. I bardziej czuję miasto-moloch, metropolię po sowiecku, Ukrainę, bo i miasto rozwijało się głównie w 2. połowie XX w. i mniej czuję Europę… Po 2 godzinach wściekłe i zmęczone dotarłyśmy. Wsiadłyśmy, oczywiście też nie od razu, 3 razy nas przeganiano z jednego miejsca na drugie, do maszrutki do Erczmidzynu. Naprawdę kompletnie nie mogę zapamiętać tej nazwy i mylę ją i zmieniam dowolnie wg potrzeb. To najstarsze miejsce kościoła armeńskiego. 301 r. n.e. Sam kompleks ormiańskiego Watykanu na kolana jakoś mnie nie powalił. Ale Ucher podesłał po nas swojego kolegę, który nas guidował i który zabrał nas do swojej babci. Babcia była super, wyciągnęła ciasteczka, owoce, zrobiła herbatkę. To jest prawdziwa gościnność. Chyba taka o jakiej czytałam w Gruzji, tyle, że w Gruzji już jej nie ma, a w Armenii jest. I to, co ciekawe, to, że każdy w Armenii, komu mówię, że jestem z Polski, z pokolenia moich rodziców, był w Polsce jakieś 20 lat temu. Babcia Arama, nawet pokazywała mi porcelanę, którą kupiła w Polsce kosztem futra. Piękna. Jadłam te ichnie owoce, granaty i to dziwne pomarańczowe, takie pomiędzy pomarańczą a morelą – karaljok się nazywa. Siedzieliśmy w mieszkanku babci pomiędzy Araratem, Aragatem i Arą, z widokiem z okna na góry. Wody nie było w kranie. Ale była herbata w szklankach w koszyczku. Cudnie. Wieczorem wróciliśmy do Erywanu i zaczynamy imprezę. Chyba wkrótce będę musiała uciekać z tego miasta rozpusty. Sprawdzam ile mega intensywnych imprez do 6. rano może przeżyć prawie 30-letnia wydawać by się mogło stateczna dama. Ok, z damą trochę pojechałam. Ale naprawdę. Muzyka świetna, faceci tutaj fantastycznie tańczą, tylko drinki drogie. Ceny jak w Polsce. Wszystko inne jest tańsze, ale drinki w klubach jak w Polsce… No zobaczymy ile wytrzymam.

niedziela, 18 listopada 2012

Odrobina Iranu w Armenii

Zanim przyszło jutro, nadszedł prysznic i całkowite ożywienie. Mój host, którego dotąd, poza przekazaniem kluczy, nie spotkałam, miał spędzić ze mną wieczór, ale ok. 18 przestał odpisywać na smsy. Poszłam w miasto z Libią i resztą i o mały włos nie pozmieniałam planów, żeby jechać z nimi do Mestii lub choćby do Kachetii, ale dziwny host był chyba znakiem, że trzeba ruszać drogę. Wzięłam więc względnie wcześnie taksi do domu i.. padłam ofiara typowo gruzińskiego molestowania seksualnego. Otóż Gruzini uważają, że każda nie Gruzinka jest łatwa. Jak tylko wchodzi się w stadko Gruzinów, to naprawdę rozbierają (i nie tylko) wzrokiem. I to wcale nie jest pochlebiające tylko takie jakieś zbyt, naprawdę zbyt inwazyjne. Taksiarz chciał, żebym się przesiadła na przednie siedzenie i poznakomim sia i kak krasiwaja, kak krasiwaja. Nawet nie wiecie jak w sytuacjach stresowych rozwija się znajomość języka! A muszę dodać, że Gruzinom nie przeszkadza czyś żona czy co, dopóki nie masz faceta w Gruzji. Swoich jakby bardziej szanują. Toteż w ciągu tej jazdy taksówką, gdzie pan zdążył mnie zapytać skąd jestem, ile mam lat, czy u was rybiaty, opowiedzieć, że u nieg niet, toże żony u niego nie, a kak u was, i na to Kasia: u mienia w doma gruzinskij malczyk. Wymiatam, nie? To zamknęło mu usta, ale jeździł ze mną wokół Tbilisi ok. 45 min i po kwadransie chciał się nów poznajomić sia zawtra. Normalny czas jazdy 5 minut. Jak wróciłam, mojego malczika- hosta nadal nie było i jak wstawałam rano na maszrutkę do Armenii nadal niet. Za to podziwiam się, bo po rosyjsku zapytałam o cenę na dworzec Otochala i stargowałam ją do pożądanej przeze mnie wartości (po rosyjsku!!!), a następnie prowadziłam urocza pogawędkę z kierowcą. Jestem z siebie naprawdę dumna. Potem uciekłam naganiaczom i znalazłam prawdziwą maszrutkę do Erywana za 30 lari. I.. Już dla tej samej drogi warto było. Przepiękne góry. Jak tylko przekroczyłam granicę z Armenią wspaniałe pastwiska otoczone wyskoki szczytami. Pięknie. Wreszcie po kilku godzinach ukazał mi się Ararat i byłam na przedmieściach Erywanu. Sama Armenia, może dlatego, ze kompletnie się nie spodziewałam urzekła mnie dużo bardziej niż Gruzja. Za to Erewań.. well chyba nadal jestem w szoku kulturowym. Tbilisi to była Europa. Teraz jestem w kraju arabskim. Miasto niby większe, ale znacznie mniej moje, co mnie chyba paradoksalnie kręci. W ogóle przypomina mi Maroko. Sam kraj, bardzo ubogi, ale ciepły. Także termicznie. Temperatura ok. 13 stopni, cieplej niż w Gruzji, i kiedy w Gruzji żegnały mnie strugi deszczu, tu przywitało mnie pełne słońce. Dworzec autobusowy to koszmar nikt nie mówi po angielsku, mało kto po rosyjsku i mają ceny z miliardem zer, jak my przed denominacja. Musiałam wziąć taksówkę i to był horror po anglijskij niet, po ruskij toże niet, pa polskij nie panimaje. Oczywiście dostałam objazdówkę po mieście. Taksówkarze wszystkich krajów łączcie się! Wreszcie w koreańskiej (sic!) knajpie , do której dotarłam taksówką przez roinud trip po mieście z który słono zapłaciłam, spotkałam się z moim Irańskim hostem. Najpierw było trochę sztywno, ale po noodlach poszliśmy do pobliskiego baru na wino,. Bar to sami przyjaciele Uchera, jak się okazało Koreańczycy z restauracji też, i prawdziwa travellerska mekka Erywanu. Było cudnie, Wino szumiało mi w głowie i czułam coraz większą chemię z Usherem, który jest po prostu taki jak jak. To nie to co myślicie, po prostu nadajemy na tych samych falach.. Mam dziwne wrażenie, że to będzie imprezowy czas. A jutro z niemówiącą po angielsku Rosjanką wybieram się do ormiańskiego Watykanu… zobaczymy. Na razie jest fajnie. Podróżowanie to ludzie i Ucher jest moim człowiekiem, a Armenia jest piękna, choć Erywan trudny.

sobota, 17 listopada 2012

Przez śniegi do Kazbegi

Pobudka o 7. Co za koszmar! I to mają być wakacje? Szybka toaleta, termiczna bielizna i na cebulkę: polar, bluza, drugi polar do plecaka i kurtka. Jadę prawie 200 km na północ w wysokie góry. Będzie zimno. Ku miłemu zaskoczeniu Libia znowu nie zawiódł. Tym razem, przewidziawszy jego spóźnienie, wskoczyłam po drodze po chaczapuri na śniadanie i ruszyliśmy na busa do Kazbegi. Bus teoretycznie rusza o 8. O 8:50 ludzie powoli zaczynają się zbierać i ok. 9 ruszamy. Najpierw przysypiamy. Ja nadal nie mogę wyjść z podziwu na krowami stadami krążącymi po drogach narodowych i gruzińskiej pasji wyprzedzania na zakrętach, chętnie na trzeciego. Dziękuję Grecjo, że mnie przygotowałaś na to, co miało dziś mnie spotkać. Trasa pnąca się niezabezpieczonymi serpentynami nad przepaściami, brak asfaltu etc. Najpierw szok. Wokół mnóstwo śniegu. Jesteśmy w Kaukazie. Przejeżdżamy właśnie zimę, a mniej metaforycznie Gruzińską Drogę Wojenną. Już dla tej drogi warto było tu przyjechać. Jak nasze tatry, pięknie. Po minięciu Przełęczy Krzyżowej, czyli najwyższego miejsca po drodze, zaczynamy zjeżdżać w dół. Zima ustępuje późnej jesieni. Jesteśmy po 3 albo 4 godzinach jazdy wartej 10 lari tj. ok. 20 PLN w Kazbegi, albo jak kto woli Stepancmidzie- wiosce położonej wśród gór u stóp Kazbeku. Kazbek to nieczynny wulkan ponad 5000 m n. p. m. górujący nad okolicą. Jemy śniadanko w lokalnej karczmie o przemiłej atmosferze. Czuję się jak w Bieszczadach.. dopóki nie zobaczę rachunku.. Cenią się w Kazbegi. Jest już 13, a my chcemy wejść do pięknego klasztoru Trójcy Świętej – Cminda Sameba, bagatela 2170 m n. p. m. Zaczepia nas taksiarz, który za 40 lari chce nas wwieźć na samą górę, ale twardo odmawiamy współpracy. Ja twardo, bo choć wiem, że będę jęczeć, sapać i bluzgać, chcę jednak pohajkować. Baha jakby mniej twardo, ale trochę go pościemniałam i idzie za mną. W połowie drogi miałam kompletnie dość. Temperatura ok. 0 stopni, słoneczne przedzimie, a my zamiast iść płaską dłuższą drogą dla aut idziemy wersją dla piechurów - zasuwamy niemal pionowo pod górę. Na dodatek dotąd narzekający Baha jakby się naćpał. Biegnie pięknym szybkim tempem. Zawetowałam taki nierówny układ i przeskoczyliśmy na dłuższą trasę dla mięczaków. Po chwili spotkaliśmy jedynych tego dnia turystów, schodzących z cerkwi Polaków, których kojarzyłam z samolotu. Miło. Weszliśmy wreszcie na szczyt i naszym oczom ukazała się cerkiew na połoninie otoczonej ośnieżonymi szczytami wyższych gór. Bosko. Zmęczenie zacne, widoki przecudowne. Naprawdę nareszcie zajarałam się Gruzją. Gruzja to góry! Jest pięknie. Pełne słońce, śnieg.. ach. Natrafimy na kolejny ślub, potem chcemy schodzić, za 2 godz. Mamy busa do Tbilisi. Mijają nas mnisi z klasztoru i zatrzymują się, żeby nas podwieźć. Gruzini są przemili, jeśli tylko nie muszą na Tobie zarabiać. Zjeżdżamy i łapiemy wcześniejszego busa do stolicy, co mnie gwarantuje po raz kolejny piękne widoki, a Libii 4 godziny snu. Bolą mnie wszystkie mięsnie i zmarzłam nieźle, ale jestem przeszczęśliwa. Jutro Armenia.

piątek, 16 listopada 2012

Odrobina Libii w Gruzji

Po drodze zobaczyłam przez szybę w Macu Tadeusza i Anię i wyciągnęłam ich ze sobą. Biedny Libya czekał na nas pół godziny, a my tymczasem pomyliśmy stacje metra, ale skoro byliśmy przy niewłaściwej, czemu by nie przejechać się tbiliskim metrem. Kupiliśmy karty magnetyczne (inaczej się nie da) i.. przede mną otworzyły się najdłuższe, najgłębsze i chyba najszybsze schody ruchome, jakie w życiu widziałam. Metro w Tbilisi przypomina naprawdę głęboko zakopany bunkier. Ale jest OK. Wreszcie dotarliśmy. Libya był z 2 dziewczynami poznanymi przez CS, z których jedna okazała się Estonką, a druga, jakżeby inaczej, Polką. Polka poradziła nam, żeby jednak jechać do Wardzi jutro i powiedziała skąd. Poszliśmy do tradycyjnej knajpy na, jakżeby inaczej, kinkali. Dodam, że muzyka na żywo mega głośno jak na polskim weselu i wszyscy tańczą. A potem do jednego z lansiarskich pubów w Tbilisi-straszliwa nuda. Fajnych pubów w Tbilisi jest ponoć 2. To był pierwszy. O w pół do pierwszej wzięliśmy taksi do domu, wszak z rana Wardzia. Miałam dziwne przeczucie, że pojadę na wycieczkę sama i wcale mi się to nie uśmiechało. Tadeusz nawalił, ale Libya okazał się wielkim miłym zaskoczeniem. Po pierwsze potrafi poimprezować, pójść do restauracji, załatwić drobne sprawy, ale potrafi tez wstać po alkoholicznej nocy na 8, bo się umówiliśmy. I tak zaczął się naprawdę fajny dzień. Warto dodać, że jak zwykle CS okazał się małym światkiem i w ramach żartu znaleźliśmy wspólnych znajomych z Turcji. Uwierzcie mi, że podróżujący po Gruzji Polka i Libijczyk niemówiący po gruzińsku ani rosyjsku to ciekawostka. Bardzo się ucieszyłam na wyjazd z Tbilisi, bo stolica nigdy nie jest do końca krajem i Tbilisi to nie jest w 100% Gruzja. Okazało się, że nie ma busa do Wardzi, więc zdecydowaliśmy pojechać do innego skalnego miasta – Uplisciche. Najpierw maszrutka do Gori. Czytałam o tym wcześniej i tylko dlatego się nie wściekłam, otóż, nieważne, że odjazd o 9.30. Maszrutka stoi, póki się nie zapełni. Więc po godzinie do zapełnienia maszrutki, ruszyliśmy w godzinną podróż do Gori – miasta, gdzie urodził się Stalin. Wiecie czego najbardziej nie lubię jak jestem w obcym kraju i nie znam języka? Najbardziej nie lubię tego, że nie wiem gdzie wysiąść i nikt nie rozumie jak pytam czy to już tu. Załapałam też fajną rzecz w Gruzji: jak pytam: Gori? Milczenie. A jak pytam eto Gori? To wszyscy niet niet. Nieważne. Dojechaliśmy do Gori, a kierowca trochę na silę wysadził nas przy Muzeum Stalina, mimo, że chcieliśmy na dworzec. Gruzini naprawdę są mili. Nawet bez języka jak idziemy na dworzec i pytam o Gori, zawsze któryś z kierowców bierze nas pod rękę i pomaga znaleźć busa. To bardzo miłe. Rzeczywiście dom Stalina robi wrażenie. Malutka drewniana stara uboga chatka otoczona kolumnadą jako mauzoleum, a za nią wystawiony pałac. Muzeum dopuszczamy, bo nie bardzo muzealne z nas eksponaty i za radą pani z informacji turystycznej mówiącej niespotykanym w Gruzji komunikatywnym angielskim idziemy na dworzec. Po drodze dopadł nas głód, a planowo bus za prawie godzinę, to wskoczyliśmy gdzieś na chaczapuri. Pychota. Dalej bus, spóźniony zaledwie godzinę do Uplisciche. Gori, jak Gori, nic tam nie ma, zwykłe miasto z twierdzą na górze, na którą wdrapaliśmy się później nic szczególnego. Podobnie Uplisciche. Małe przeciętne skalne miasto. Droga do była fajna, wśród skał, ze starszym panem, zagadującym do nas po rosyjsku, krowy na ulicach, psy szczekają, polska wies normalnie. Szału nie było. Wiało za to jak diabli. Wymarzliśmy się jak wariaci. Wracamy do Tbilisi. Gruzja jest jedynym państwem jakie znam, gdzie się blokuje 2-pasmową autostradę, żeby przepędzić owce. Po pierwsze widok niesamowity, po drugie w życiu nie widziałam tylu owiec. Poszliśmy jeszcze na spacer po Starym Tbilisi, nabyłam drogą kupna moje ulubione gruzińskie słodycze, czyli orzechy na sznurku zatopione w zaschniętym soku winogron-gruziński snickers, za który przepłaciłam tylko 3-krotnie, ale, jeny, jak mi się chciało słodyczy. A potem poszliśmy z Libyą, który naprawdę na imię ma Baha, do niego. O 18 umówiliśmy się z CSerką z Niemiec i lokalnym CSem na kolację. Znowu kinkali. Wreszcie zrozumiałam Bahę. Jeśli jeszcze raz zjem kinkali, umrę. Mam dość, z mięskiem (najlepsze), z pieczarkami, z ziemniakami, nieważne, umrę. Potem poszliśmy kolejką linową w super cenie 1 lari na Narinkala - twierdzę nocą. Obłędne widoki. Wreszcie skończyliśmy na lokalnym winie w 2. z 2 jedynych fajnych pubów w mieście. Średnia wieku 17 lat. Przyszedł Tauesz z Anną, pożegnaliśmy się i po 22 poszłam do domu, bo jutro pobudka o 7 i jadę w góry. Czas na Kazbegi. Wiecie co. Ta Gruzja szału nie drobi, choć Tbilisi ładne, zwłaszcza nocą, ale ludzie tu dobrzy i mili i tak swojsko nad tym winem. Daje radę, choć tęsknię za szczęką opadającą z zachwytu.

środa, 14 listopada 2012

Święty Jerzy i Blinkujacy Jezus

Obudziłam się tuz przed 12 i najchętniej spałabym dalej, aby odespać ostatnie dni, ale szkoda mi było dnia w Tbilisi, więc zwlekłam się niechętnie. Pamiętam, że o 10 wychodząc do pracy, mój host uśmiechnął się i powiedział: „wow, ale masz twardy sen” i zostawił mi klucz. I tyle go widziałam jak dotąd. Poszłam oglądać miasto. Niby jest max 10 stopni, ale ze względu na większą wilgotność powietrza nie odczuwa się zimna aż tak jak w Polsce. Sami Gruzini chodzą zwykle bez kurtek. Nabyłam drogą kupna kartę sim i doładowałam telefon, żeby się okazało, że przywieziony mi w akcie dobroci serca na lotnisko telefon Ciasteczka ma .. simlocka. Na szczęście mój nie ma, więc teraz zamiast kochanego 660… mam jedynie gruziński 557. Po zapastowaniu na CS, że może by tak ktoś miły pokazał mi miasto, pozwiedzał ze mną, ruszyłam na podbój przepięknego Starego Tbilisi. Po drodze spotkałam Tadeusza z Anną, a zapomniałam nadmienić, że Tadeusz kupił mnie nad ranem opowieścią o Dagny Przybyszewskiej, narzeczonej Przybyszewskiego, która jest pochowana w Tbilisi, zamordowana przez zakochanego w niej faceta, który zastrzelił potem sam siebie. Oni szli się właśnie zakwaterować w hotelu, a ja w miasto. W Macu spotkałam kolejną przemiłą polską parę, ale postanowiłam odpuścić kolejne wymienienie się numerami, pewnie i tak się gdzieś spotkamy, to takie małe miasto Miasto piękne, zniszczone, prawdziwe, połączenie Barcelony i Paryża, a raczej Ravalu i Montmartre. Odessa i Sarajewo. Stare Tbilisi to już w ogóle wąziutkie kręte uliczki, bruk, bród, małe niszczejące domki. Miasto bardzo bezpieczne, jak dowiedziałam się później city no crime. Choć to się akurat czuje nawet w najbardziej zakapiorskich zakamarach. Poszłam na twierdzę Narinkala, która fantastycznie górowała nad miastem już wczoraj w nocy. Trzy podejścia mega pod górę zakończyły się ślepą uliczką. Cóż oznaczenia tras turystycznych nie są najmocniejszą stroną gruzińskiej turystyki. Sama twierdza, jak dla mnie nic szczególnego, jakoś wole forty Radżasthanu, ale z krzaków wyłoniła się przede mną Matka Gruzja. Wielka monumentalna rzeźba górująca nad miastem. Matka Gruzja jest jakoś pociągająco atrakcyjna. Nie za chuda, całkiem dorzeczna, w jednej ręce trzyma miecz, w drugiej wino, coś Wam to przypomina? Co ciekawe zupełnie inaczej wygląda od strony miecza- uśmiechnięta, zadowolona, pełna siły, a zupełnie inaczej od strony czary z winem, tajemnicza, ciepła.. Polubiłam Matkę Gruzję, zwłaszcza od strony miecza. Chętnie zaczerpnę trochę jej siły, ciepła i godności, jaką opromienia Tbilisi. Zeszłam na dół do Starego Tbilisi, pełnego cerkwi i krętych uliczek. Było ok. 15. Poczułam już nawet głód, a jak wiemy kuchnia gruzińska – dobra kuchnia i nie pytaj czy przytyjesz w Gruzji, tylko ile. Ale wtedy właśnie dostałam smsa: „hej Kasia, it s Gorgi (a to nowość!, w tym mieście nie ma innych męskich imion) from CS, I am free now, can show u the city”. Odpisałam, że krążę w okolicach Rustaweli- głównej ulicy Tbilisi i kiedy może być pod kolumną złocistego świętego Jerzego (Giorgiego, jakżeby inaczej).. Za 10 minut będzie niebieskim oplem. Przypomniało mi się wszystko, co może przydarzyć się dziewczętom wsiadającym z nieznajomymi do samochodów w obcym mieście, o czym nikt nigdy nawet by się nie dowiedział w razie czego, ale moja słynna wiara w człowieka, ba wiara w Gruzję, wygrała. Wsiadam. Chyba nawet inaczej niż zwykle nie poinformowałam go, ż przypuszczam, że jest seryjnym mordercą i porywaczem i chyba dobrze, bo mój Jerzy, okazał się niemal świętym Jerzym. Rany, co się chłopak namachal łapkami, 3 razy żegna się przy każdym kościele, a jak wiemy w Tbilisi cerkwi raczej nie brakuje. I gdzie mnie zabrał.. do kościoła oczywiście. Największego w Tbilisi. Dał świeczkę i zapewnił, że ta konkretna, żadna inna Maryja, spełni wszystkie moje prośby, ale po odpaleniu woskówki już przyjrzeć się Maryji nie pozwolił. W międzyczasie zadzwonił Libijczyk z CS, z którym mailuję od kilku dni, czy jedziemy jutro w góry, a święty Jerzy, co by ci tu teraz pokazać, co by ci tu teraz pokazać, zabrał mnie do Mcchety – dawnej stolicy, głównej cerkwi, wylistowanej w spisie zabytków UNESCO. Zawsze twierdziłam, ze jak podróżuję sama, to wszyscy się o mnie troszczą i pokazują jakieś bonusy. Jerzy jest choreografem i tancerzem. Tańczy tańce ludowe i jeździ po świecie. Lubi fajne samochody. No i jest święty. I tu powinna paść dygresja o ruchu ulicznym w Tbilisi. Jest lepiej niż się spodziewałam, ale nie jest dobrze. Jeżdżą powoli, ale na nawet ja, królowa jazdy na milimetry, muszę nazwać te nanometryczne odległości szaleństwem. Pojecie pasa ruchu jest im kompletnie nieznane, a skręcanie w prawo z maksymalnie lewej jezdni i na odwrót w 100% naturalne. Dodatkowo jechaliśmy co chwila gasnącym samochodem z kierownicą po prawej stronie, który święty pożyczył od dziadka, bo swój dwa dni wcześniej rozbił. Jak usłyszał, że rozmawiam z Libyą o Kazbeku, powiedział, że jutro spróbuje pożyczyć jeepa od szwagra i mnie tam zawieźć. Ciekawe ile jest cerkwi po drodze… Jerzy pokazał mi cudowną ikonę w katedrze w Mcchecie- Jezus zamyka i otwiera oczy. Naprawdę!!! Taki blinkujacy Dżizas. Ponoć nie każdy może to dostrzec. Ale to niesamowite - rozmawiasz sobie z nim, zadajesz pytanie, a Chrystus na ikonie potakująco zamyka oczy. Rzeczywiście cudowna ikona. Paskudna świnia ze mnie, bo nie chciałam jechać do kolejnego kościoła z ikoną św. Gabriela, która spełnia życzenia materialne - dotkniesz jej portfelem i rozmnoży kasę. Tylko musisz naprawdę, naprawdę w to wierzyć. Więc wybrałam obiadek, jako, że w tamtej chwili wierzyłam głównie we własny głód. Przepyszne chaczapuri- czyli niby pizza niby burek, chlebek z nadzieniem, tu akurat serowym i kićkali – czyli pierożki z mięsem i rosołkiem- najpierw wysysasz rosołek, potem jesz pyszne mięsko, końcówkę z ciasta można zostawić. Zapijaliśmy słynną gruzińską zieloną lemoniadą o konsystencji i wyglądzie Ludwika, a smaku płynu do płukania ust i bardzo dobrym lokalnym piwem. Wskutek tego wszystkiego, najedzona, podchmielona, dotleniona, ciut zmęczona, prawie zasnęłam w aucie dziadka świętego i tak dotarłam do domu. Mojego hosta nadal nie ma, a ja mimo wielkiej ochoty na sen, umówiłam się z Libyą na balety wieczorne. Trochę dobija mnie cały czas nie odrobiony permanentny brak snu i słońca, jutro będzie nowy piękny dzień i jutro jest wolne od błędów.

wtorek, 13 listopada 2012

Tbilisi

Czy ktoś może mi wyjaśnić jak to jest możliwe, że jeśli w samolocie jest 1 dziecko, dodam, że wrzeszczące, to dostaje miejsce centralnie przede mną i nie milknie przez 3 godz. Nocnego lotu podobnie jak geografowie za mną. Geografowie jednak, dostawszy reprymendę, zamilkli. PO nieprzespanej nocy, o naszej 2, ich prawie piątej, ląduję. Wymieniam 20 dolarów na lotnisku, pan w informacji informuje, że jest strajk autobusów (Gruzja) i że może być pociąg o 8.30. Wychodzę z lotniska się rozejrzeć- kolejny błąd, bo nie można już wrócić do hali przylotów, a odloty to kolejki, skanery etc. Zagaduję więc parę Polaków, widzę, że szukają taksy, w grupie raźniej. Tadeusz ok. po 40-tce mówi po rosyjsku, więc super, ja rozumiem i da, niet, spasiba oczywiście, w końcu stargowawszy do 20 lari bierzemy taksę do centrum. Naprawdę ciężko się dogadać z taksiarzem i mamy nieodparte wrażenie, że on i tak wie lepiej, gdzie i dlaczego chce jechać. Lech Kaczyński Street, ich prezydent haus, ale Tbilisi jest piękne. Skradło moje srece od pierwszego wejrzenia. Przepieknie oświetlone. Odnowione kamienice z początku 20. wieku przeplatają się z wpływami orientalnymi i klimatami podupadającej Pragi, Magia, autentyzm, czad!! Taksiarz robi nam tour po Starym Tbilisi, w końcu pokazawszy nam gdzie chcemy jechać, okazuje się, że hotel Tadeusza i Ani jest niedaleko mojego CS hosta, ale kierowca wywozi nas, żeby znowu nam cos pokazać. Ostatecznie wysadza nas pod Macdonaledem na Rustaweli-głównej ulicy Tbilisi. Jest tuż przed 6 rano, a na ulicach praktycznie brak żywej duszy. Spokój, porządek, jakaś taka cudna harmonia… Kupuję to. Tadeusz i Ania strzelają ironią troszke rozgoryczeni taksówkarzem… Rozpijamy wino w metrze – miło, że wino małą buteleczkę rozdają celnicy na kontroli paszportowej przy wlocie- Welcom to Georgia. Potem moi nowi towarzysze odprowadzają mnie na poszukiwanie hosta. No jest to zakamar. Ciemna przerażająca śmierdzaca klatak schodowa jak z horroru, a przynajmniej z kryminału. Gdyby ją odnowić-perla secesji. Na szczeście Tadeusz ma latarkę i odprowadzaja mnie na 3. pietro- lądujemy na cudnym prawdziwym drewnianym balkonie rozwieszonym praniem z widokiem na górujaca nad miastem twierdzę, jest świt. Fajny klimat. Odprawiam moich bohaterów i pukam do drzwi. 20 minut i 4 pukania później dzwonię do hosta- roaming 9,98 za minutę auuuaaaa, a on tylko kaze mi naprawdę mocno pchnąć otwarte drzwi. Uuupppsss… obudziłam go i przywitał mnie piękny uśmiech. Po szybkim przywitaniu i idę niemal natychmiast spać. W ubraniu, w śpiworku etc.