Wstałam spokojnie po Tren de Las Nubes. Jak tylko wyszłam z domu, dopadły mnie trwające do teraz problemy żołądkowe. Nie wiem, czy to niechęć do ciastek czy choroba wysokościowa, ale mam zdecydowanie dość argentyńskiego jedzenia. Boże! Jak ja marzę o jakiejś zupie!!! W cenę tego słynnego megadrogiego biletu na Tren de Las Nubes miałam wliczone darmowe wejście do muzeum archeologicznego w Salcie, gdzie mogłam obejrzeć mumię odnalezionego w 1999 r. na szczycie wulkanu Lilicośtam inkaskiego dziecka sprzed parutysięcy (?-nie jestem dobra z liczbamiJ) lat oraz wjazd kolejką linową na wzgórze widokowe nad Saltą. Zaciskając więc żeby i zajadając się kolejnymi dawkami stoperanu poszłam do centrum. Muzeum Archeologiczne jest przy głównym placu. Nawet ta Salta nie taka brzydka za dnia. Nie żeby jakaś znowu piękna, ale zła nie jest. I, co widziałam pierwszy raz w Argentynie, tu jest agencja turystyczna na agencji i chyba faktycznie bardziej opłaca się przyjechać do Salty i w lokalnych biurach kupować day-tripsy w różne części regionu niż szarpać się za niewiele niższą cenę na własna rękę ich super autobusami. Jeśli będę kiedyś jeszcze w Argentynie, chętnie to zrobię. Przypominam, że tym razem musiałam z braku czasu odpuścić formacje skalne na miarę Wielkiego Kanionu w Cafayate. Muzeum archeologiczne jest bardzo mizerne. Składa się z 4 pokoików z mini zbiorami znalezionymi przy zakonserwowanej przez lód mumii (ściślej znaleziono 3 mumie, ale warunki do utrzymania ich są tak trudne do odtworzenia, że na widok publiczny wystawiona jest jedna). Bałam się tej mumii, że będzie mi się nić po nocach itp… Wiecie mam trochę problemów z życiem pozagrobowym… ale mumia z Salty wyglądała wielce niestrasznie, normalnie wręcz. Otóż ta trójka dzieci została złożona w ofierze Bogom. Tak Inkowie obchodzili swoje najważniejsze święta – składając ofiary z najlepszych zwierząt i dzieci z najlepszych rodów. Dzieci zostały w tym celu wysłane na najwyższą w okolicy górę (ściślej wulkan) i tam zamarzli chyba. Niestety wszystko w muzeum jest po hiszpańsku… więc bardzie się domyślam niż wiem.. Ale chętnie poczytam o tym więcej po powrocie do Polski, bo to jakaś grubsza sprawa z tymi poszukiwaniami była.
Potem poszłam na kolejkę linową. Jeszcze poprosiłam o własny wagonik. A kiedy tylko drzwi się zamknęły przypomniałam sobie o moim cudownym lęku wysokości, który z wiekiem chyba się pogłębia, bo niewiele brakowało, żebym sama się tam zmumifikowała. Punkt widokowy fajny, ale nic powalającego. Wróciłam więc do hostelu, zabrałam plecaczysko i ruszyłam pieszo na dworzec. Myślałam, że umrę z bólu brzucha, a tu przede mną 20 godzin podróży w autobusie. Po drodze poznałam jakiegoś starszego Holendra, który przyjeżdża do Salty od 10 lat, a na Sylwestra od 10 lat jeździ na Bali i generalnie nie wychodzi już nawet z hotelu, bo wszystko zna, ale podpowiedział mi kilka fajnych rzeczy. Jechaliśmy razem tym autobusem do Buenos. Większość drogi przespałam.
Obudziłam się w Buenos Aires. Dzień wcześniej zarezerwowałam hostel. Nie jest zły. A jego główna zleta to absolutna bliskość metra. Zawiozłam bagaż i pojechałam przez Montserrat do Recolety. I wiecie, jakoś nawet to Buenos nie takie brzydkie jak poprzednio mi się wydaje… I nawet oswoiłam autobusy. Montserrat ma całkiem ładne kamienice. Recoleta też. Niektóre. Choć dziś, w sobotę, zmieniła się w jeden wielki targ. Potem pojechałam szukać dla R domu Gombrowicza do San Telmo. Udało się. Było już prawie całkiem ciemno. Nie wiem właściwie, ale nawet zanim R kazał mi szukać śladów Witolda w Buenos Aires, wiedziałam, że musiał mieszkać w San Telmo. Mieszkał niedaleko fikuśnego domu z wieżyczką. Pierwszego dnia w Buenos przechodziłam obok. Tym razem zatrzymałam się i zrobiłam kilka fot dla R, żeby móc dokładnie opowiedzieć mu jak wygląda dzielnia Witka. Mieszkał niedaleko metra, bardzo blisko centrum, ale i bardzo blisko serca San Telmo, gdzie pewnie wieczorami nie raz przechadzał się oglądać pary tańczące tango. Na najbliższym mu skrzyżowaniu jest wiele grafitti. Pewnie groził laską chłopcom ze sprayem w ręku. San Telmo wydaje mi się idealną okolicą dla pisarza. I centralna i peryferyjna zarazem. I wielkomiejska i prowincjonalna… Myślę, że był tu szczęśliwy.
I ja też wreszcie szlajnęłam się nocą po San Telmo pomiędzy parami tańczącymi tango na Plaza Dorrigo. Za rogiem huczał występ policyjnej orkiestry dętej. Ludzie spacerowali powoli, niespiesznie pili wino, bili brawo…. Nie jest takie złe to Buenos może.
Jutro pooglądam jeszcze Buenos - Palermo i może Puerto Madero, a potem wracam do Europy. To już koniec relacji z podróży do Argentyny. Dziękuję za to, że byliście ze mną i do następnego razu.
Dzieki Kasiu! dla zainteresowanych Gombrem: http://czytelnia.onet.pl/0,67084,0,15376,recenzje.html
OdpowiedzUsuń