Wczoraj kolejna sobota pod żaglami na Zegrzu - rany jak ja lubię słodkie lenistwo na łajbie, wieczorny powrót do stolycy, zahaczanie o wyprzedaże w Złotych Tarasach (PS 3 topy, 1 T-shirt, 1 super alladyńskie gatki, 70 zł total.. :) , bieg do busa, bo wyprzedaże wciągają, 3 godziny podróży do Lublina, bo trzeba zagłosować i dlatego, że uwielbiam to miasto i moją krejzolską rodzinę. A dziś konstruowanie swojego życiorysu w nadziei na wkręcenie sie w projekt marzeń i uciekanie przed wypaleniem słomianego zapału i mail od najbardziej kosmicznego kosmity jakiego w życiu spotkałam, list z przeszłości. List od B.
Zaprosiłam B. do czytania mojego bloga. B. napisał, że bardzo mu sie podoba. To miłe. Nie wiem czy B. wie, choć mówiłam mu to wielokrotnie, że moje pisanie przy jego pisaniu to mikro-pikuś. Że listy (maile) od B. są dla mnie zawsze jak karma duchowa, jak butelka tlenowa. Że czytam je zawsze z uśmiechem i że takie miłe ciepełko zawsze mnie wypełnia jak je chłonę. Bo ja je własaciwie chłonę a ie tylko czytam, karmię się nimi wręcz. Są bezczelnie diabelnie inteligentne (tak jak B. z naciskiem na diabelnie), niesamowicie humorystyczne, pełne celnych uwag i puent, a przy tym zawsze są miłe (B. zawsze wie chyba, co chcę usłyszeć) i zawsze poprawiają mi humor. Niesamowite, że B. zagościł w moim życiu bardzo dawno temu na w sumie dość krótki czas. Ale sporo mnie nauczył. Otworzył na wiele kwestii. A potem chciał uciec do .. czekaj czekaj B. chyba do Hong Kongu? (Boże Drogi, czy ktoś wie jak pisze się Hong Kong?) Nie! do Singapuru! Tak, do Singapuru. Chciałeś tam Drogi B. po opuszczeniu paskudnej nieludzkiej korporacji sprzedawać owoce na ulicy:) w końcu jednak wylądowałeś w zupełnie innej branży w zupełnie innym zakamarku świata. Ale jednak nieco później B. dotarł do Chin, a potem w różne inne zakamary Azji Południowo-Wschodniej, zresztą do Azji w ogóle. Pamiętam maile z Mongolii, z Gruzji, z Tajlandii, z Chin... Rany, B. wiesz, że ostatnio widzieliśmy sie ponad 5 lat temu? Potem zawsze jedno z nas gdzieś wywiewało. Pamiętam też, Drogi B., że mimo iż Tajlandię odkrywałeś sam, to właśnie ja pokazałam Ci Bieszczady. Zabrałeś na Połoninę Wetlińską zamiast wody wino. Nie, nie ma w tym nic ewangelicznego, a może trochę jest, jako że B. chciał uświęcić lub zwyczajnie świętować swój pierwszy raz w Bieszcadach, swoją pierwszą Połoninę. Nie wiem, czy wszyscy tak o Tobie myślą, B., ale ja zdecydownaie uważam, że pięknie pojawiłeś się w moim życiu i pięknie zniknąłeś, a zwłaszcza to ostatnie nastręcza wielu osobom duży problem. Ludzie nie potrafią znikać. Zabijają poezję prozą życia coraz mniej pasjonujacych kontaktów. Chyba czasem po prostu przeraża ich dotknięcie magii i wolą się wycofać. Totalny brak syndromu ćmy. I to byłoby ok, gdyby pasowało obu stronom, ale wydaje mi się, że My, Wieczne Sieroty, nie koniecznie lubimy się w taką prozę bawić. My ćmy płonące poświecające jutro w imię dziś. I pewnie dlatego Mój Drogi B. będę zawsze czytać Twoje maile z uśmiechem i przy każdym z nich wspominać Cię dobrze i ciepło. Trzymam kciuki za to, żebyś znalazł swoją ścieżkę, tak jak trzymałam za to, żebyś był Wielkim Fizykiem, Wielki Biologiem (pamiętasz szczepionkę na starość?), Wielkim Podróżnikiem, bo dla mnie jesteś i zawsze byłeś Wielkim Kosmitą w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa, który kiedyś odkrył pewną żyłę wodną od której wszystko sie zaczęło. Takich Magicznych Kosmitów i Wariatów zdecydownaie lubimy i będziemy promować w tym blogu:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz