niedziela, 14 listopada 2010

Buenos, boskie Buenos..

Wstałam spokojnie po Tren de Las Nubes. Jak tylko wyszłam z domu, dopadły mnie trwające do teraz problemy żołądkowe. Nie wiem, czy to niechęć do ciastek czy choroba wysokościowa, ale mam zdecydowanie dość argentyńskiego jedzenia. Boże! Jak ja marzę o jakiejś zupie!!! W cenę tego słynnego megadrogiego biletu na Tren de Las Nubes miałam wliczone darmowe wejście do muzeum archeologicznego w Salcie, gdzie mogłam obejrzeć mumię odnalezionego w 1999 r. na szczycie wulkanu Lilicośtam inkaskiego dziecka sprzed parutysięcy (?-nie jestem dobra z liczbamiJ) lat oraz wjazd kolejką linową na wzgórze widokowe nad Saltą. Zaciskając więc żeby i zajadając się kolejnymi dawkami stoperanu poszłam do centrum. Muzeum Archeologiczne jest przy głównym placu. Nawet ta Salta nie taka brzydka za dnia. Nie żeby jakaś znowu piękna, ale zła nie jest. I, co widziałam pierwszy raz w Argentynie, tu jest agencja turystyczna na agencji i chyba faktycznie bardziej opłaca się przyjechać do Salty i w lokalnych biurach kupować day-tripsy w różne części regionu niż szarpać się za niewiele niższą cenę na własna rękę ich super autobusami. Jeśli będę kiedyś jeszcze w Argentynie, chętnie to zrobię. Przypominam, że tym razem musiałam z braku czasu odpuścić formacje skalne na miarę Wielkiego Kanionu w Cafayate. Muzeum archeologiczne jest bardzo mizerne. Składa się z 4 pokoików z mini zbiorami znalezionymi przy zakonserwowanej przez lód mumii (ściślej znaleziono 3 mumie, ale warunki do utrzymania ich są tak trudne do odtworzenia, że na widok publiczny wystawiona jest jedna). Bałam się tej mumii, że będzie mi się nić po nocach itp… Wiecie mam trochę problemów z życiem pozagrobowym… ale mumia z Salty wyglądała wielce niestrasznie, normalnie wręcz. Otóż ta trójka dzieci została złożona w ofierze Bogom. Tak Inkowie obchodzili swoje najważniejsze święta – składając ofiary z najlepszych zwierząt i dzieci z najlepszych rodów. Dzieci zostały w tym celu wysłane na najwyższą w okolicy górę (ściślej wulkan) i tam zamarzli chyba. Niestety wszystko w muzeum jest po hiszpańsku… więc bardzie się domyślam niż wiem.. Ale chętnie poczytam o tym więcej po powrocie do Polski, bo to jakaś grubsza sprawa z tymi poszukiwaniami była.

Potem poszłam na kolejkę linową. Jeszcze poprosiłam o własny wagonik. A kiedy tylko drzwi się zamknęły przypomniałam sobie o moim cudownym lęku wysokości, który z wiekiem chyba się pogłębia, bo niewiele brakowało, żebym sama się tam zmumifikowała. Punkt widokowy fajny, ale nic powalającego. Wróciłam więc do hostelu, zabrałam plecaczysko i ruszyłam pieszo na dworzec. Myślałam, że umrę z bólu brzucha, a tu przede mną 20 godzin podróży w autobusie. Po drodze poznałam jakiegoś starszego Holendra, który przyjeżdża do Salty od 10 lat, a na Sylwestra od 10 lat jeździ na Bali i generalnie nie wychodzi już nawet z hotelu, bo wszystko zna, ale podpowiedział mi kilka fajnych rzeczy. Jechaliśmy razem tym autobusem do Buenos. Większość drogi przespałam.

Obudziłam się w Buenos Aires. Dzień wcześniej zarezerwowałam hostel. Nie jest zły. A jego główna zleta to absolutna bliskość metra. Zawiozłam bagaż i pojechałam przez Montserrat do Recolety. I wiecie, jakoś nawet to Buenos nie takie brzydkie jak poprzednio mi się wydaje… I nawet oswoiłam autobusy. Montserrat ma całkiem ładne kamienice. Recoleta też. Niektóre. Choć dziś, w sobotę, zmieniła się w jeden wielki targ. Potem pojechałam szukać dla R domu Gombrowicza do San Telmo. Udało się. Było już prawie całkiem ciemno. Nie wiem właściwie, ale nawet zanim R kazał mi szukać śladów Witolda w Buenos Aires, wiedziałam, że musiał mieszkać w San Telmo. Mieszkał niedaleko fikuśnego domu z wieżyczką. Pierwszego dnia w Buenos przechodziłam obok. Tym razem zatrzymałam się i zrobiłam kilka fot dla R, żeby móc dokładnie opowiedzieć mu jak wygląda dzielnia Witka. Mieszkał niedaleko metra, bardzo blisko centrum, ale i bardzo blisko serca San Telmo, gdzie pewnie wieczorami nie raz przechadzał się oglądać pary tańczące tango. Na najbliższym mu skrzyżowaniu jest wiele grafitti. Pewnie groził laską chłopcom ze sprayem w ręku. San Telmo wydaje mi się idealną okolicą dla pisarza. I centralna i peryferyjna zarazem. I wielkomiejska i prowincjonalna… Myślę, że był tu szczęśliwy.

I ja też wreszcie szlajnęłam się nocą po San Telmo pomiędzy parami tańczącymi tango na Plaza Dorrigo. Za rogiem huczał występ policyjnej orkiestry dętej. Ludzie spacerowali powoli, niespiesznie pili wino, bili brawo…. Nie jest takie złe to Buenos może.

Jutro pooglądam jeszcze Buenos - Palermo i może Puerto Madero, a potem wracam do Europy. To już koniec relacji z podróży do Argentyny. Dziękuję za to, że byliście ze mną i do następnego razu.

piątek, 12 listopada 2010

Tren de las Nubes

Nie mogę w to uwierzyć! Po tym wszystkim co przeszłam, żeby tu dotrzeć, po zapłaceniu 700 zł za bilety do Salty i 350 za Tren de Las Nubes, po odpuszczeniu formacji skalnych w Cayafate, po przesiadaniu się z busa na busa taranując ludzi w Tucuman. Po pół nocy na dworze w San Ignacjo… Tren de Las Nubes to jakaś masakra. Znaczy nie, no bez przesady. Fajna świadomość, że jest się na wysokości 4000 m npm i widoki też całkiem przyjemne, ale kiedy się płaci 1000 zł, żeby tu dotrzeć, a 120 dolców za sam bilet na pociąg człowiek, chyba zresztą zupełnie zrozumiale, oczekuje, że dotknie nieba. Nie dotknęłam. Moje morale natomiast sięgnęło dna, kiedy okazało się, że wyżywienie podczas podróży w bilecie, tzw. śniadanie i obiad, okazało się najpierw 2 croissantami – śniadanie - to jeszcze mogę zrozumieć, ale kiedy po 9 godzinach podróży na obiad dostaliśmy pakiet 4 ciasteczek za 120 dolców… What da hell??? Rozumiecie to?? Za każdym razem jak okazuje się, że generalnie ta Argentyna nie jest taka do końca zła i coś mi się uda, oni odwalają taki numer, że ręce mi opadają. Cały ten Tren de Las Nubes to 8 godzin najpierw w jedną stronę (pierwsze pół godziny w ciemności - musisz mieć zasłonięte rolety, gdyż localsi ze slumsów, przez które się przejeżdża, rzucają w ciebie kamieniami), a potem są już Andy, czyli ładne górki i formacje skalne, ale nic, co rzuciłoby na kolana… Nie mogę w to uwierzyć. Ludzie mdleją i słabną z choroby wysokościowej (nawet obok mnie) dla takiego nic??? Pociąg dojeżdża do stalowego mostu, można zrobić sobie zdjęcie i kupić chusty z lamy od localsów, tudzież cyknąć fotę z lamą, a potem ruszamy z powrotem stając jeszcze tylko raz w obciachowej wiosce, gdzie nie robię nawet jednego zdjęcia, bo nie ma czemu!!!! Jestem wściekła!! Andy mogą być piękne, może w Boliwii, może w Chile, ale Argentyna jest jednym wielkim rozczarowaniem. I czemu ci localsi są z niej tak dumni?? Nie będę więcej pisać pogrążę się w rozpaczy. Słowem podsumowania mojej argentyńskiej przygody- drogo tu i nieszczególnie. Wybacz Azjo, żem Cię zdradziła. Ameryka Południowa to nie jest wydatek, który się opłaca.

Napisałam powyższe w pociągu i padła mi bateria w laptopie. Kilak godzin później w hotelu:

No dobra, oddam sprawiedliwość. Było kilka niezłych formacji skalnych. Przesadziłam w negatywnym nastawieniu. To przez te ciasteczka. Nikt nie powinien nazywać 4 ciastek posiłkiem, a nie daj Boże tym bardziej obiadem. Powinno się nazywać.. w sumie nie, w ogóle się nie powinno nazywać 4 ciastek. Nieważne. Ale po tym jak to napisałam i padł mi laptop podobnie jak baterie w aparacie, pojawiło się kilka powiedzmy akceptowalnych formacji skalnych. Gdybym nie była zepsuta formacjami w Maroku i Kapadocji, pewnie w ogóle byłabym zachwycona. Ale niestety wcześniej widziałam te fajniejszeJ I kiedy tak się trochę nad sobą użalałam, trochę marudziłam na tę całą Argentynę, pociąg stanął na stacji. Do okna podbiegło kilkoro dzieci lokalnych. O dzieciach w Argentynie nie pisałam jeszcze. Wiecie, że to mój czuły punkt. Nie chodzi mi o te ładne i czyste dzieci, które mają kochających rodziców i niezłe warunki bytowe. Chodzi mi o dzieci ulicy. W Argentynie jest ich mnóstwo. Zwykle mają ciemniejszą skórę - mieszanki indiańskie. W ogóle na wsiach tu zero antykoncepcji i bardzo liczne, bardzo biedne rodziny. Dzieci te są zawsze tak fajnie kudłate- mają czarne bardzo gęste włosy, brudne buzie, porwane ubrania, piękne uśmiechy i smutne oczy. Dobra, dobra, wiem, że generalizuję i idealizuję, ale często tak jest. Ale co ciekawe, te dzieci tu nie marzą o telewizorach ani nie proszą o pieniądze. Te dzieci proszą o jedzenie. I kilkoro takich dzieci właśnie osaczyło pociąg- nie chodzą do szkoły, odkąd mogą chodzić pomagają rodzicom w ciężkiej pracy. Przejeżdżający Tren de Las Nubes to rozrywka tygodnia. Fajnie jak roztyci pasażerowie, tacy biali, rumiani i uroczo okrąglawi uśmiechną i się i pomachają z okna. Czasem coś się dostanie. I właśnie w szczycie mojego złego humoru czterociastkowego z okna pociągu wysunęła się kobieca ręka i gromadzie dzieci na stacji podała swoje 4 ciastka. Ja swoje ostentacyjnie oddałam obsłudze wcześniej, kiedy to zaatakował mnie ciężki szok, że ktoś to coś nazwał obiadem. I te dzieciaki rzuciły się na te ciastka. Ale nie żeby zabrać drugiemu, tylko wszystko zaniosły siedzącej kilka metrów dalej matce i ta sprawiedliwie dzieliła cztery ciastka pomiędzy stadko dzieci. Z pociągu wyciągały się kolejne ręce z ciastkami i dzieciaki rzuciły się je odbierać. Żebyście widzieli tę ich radość!!

I żebyście widzieli mnie w tej chwili. W życiu nie było mi tak wstyd. O próżności wszelaka. Ale ze mnie burak. Te biedne dzieciaki powycieranych ubraniach były tak szczęśliwe z tego samego powodu, z którego ja właśnie byłam mieszanką wybuchową wściekłości i rozczarowania. Po pierwsze oczywiście się rozryczałam, bo jakoś tak beznadziejnie reaguję na dzieci…a po drugie, kurczę, jakie to straszne, jak człowiek na chwilę zapomni, co jest naprawdę ważne w życiu i co to jest szczęście.

Mieszkam właśnie w kolejnym hotelu pełnym zblazowanych gówniarzy, którzy jeżdżą po świecie, głownie od imprezy do imprezy i od zorganizowanej wycieczki jednej do drugiej. Nawet próbuję nie czuć się do nich lepszaJ W każdym razie chyba przez chwilę, bo wiecie, ej, jestem w Ameryce Południowej, to już nie jest jakaś tania Azja z Air Asią. To jest Ameryka Południowa z Qatar Airways i biletem na Tren de las Nubes za 120 dolców.. No więc chyba prze chwilę chciałam być taka jak oni, ci niby super wyluzowani backpackerzy z tej lepszej rozliczającej się w eurobanknotach Europy. Nawet się za to nie winię. Bardzo lubię pokazywać tym od Poland- Holand? że Polacy dużo podróżują, że są fajni, mądrzy itp. Chciałabym tak jak ci zachodni backpackerzy wybrać eurobanknoty z dwóch ostatnich miesięcy w pracy i zrobić sobie pół roku wakacji bez lęku, że jak wrócę do kraju już nikt mnie nie zatrudni, a pomoc społeczna pomoże, bo zawsze przecież mogę zacząć jakieś studia i będę dostawać kasę od rządu… Chciałabym, ale tak nie jest. Jest tak, że po 2 tygodniach zaczynam tęsknić. Zaczyna się powoli. Za mamą. Za resztą rodziny i przyjaciółmi. Za grzanym piwem na lubelskiej starówce zimową śnieżną nocą. Ostatnio nawet za Pragą. Po miesiącu zaczynają mi się śnić nocami polskie złote łany zbóż sierpniową porą na morenach czołowych na Mazurach. A potem po prostu muszę wracać.. I wiecie, tak mnie to wszytko natchnęło do takich bardzo dziwnych przemyśleń – może to zresztą choroba wysokościowa- że chyba jednak coraz mi bliżej do jednych trzytygodniowych wakacji rocznie, a przez pozostałe 11 miesięcy harówki w NGOsie…A z drugiej strony, rany!, jest tyle takich dzieci w krajach trzeciego świata, które mnie potrzebują (well mogę na razie zajmować się tymi w Polsce)… A tak poważnie: siedziałam w tym pociągu i ryczałam, trochę nad nimi i trochę nad sobą, trochę z zażenowania i trochę ze wstydu. Pociąg ruszył, a uśmiechnięte dzieciaki wesoło machały nam znad ciastek. Widoki za oknem od razu wypiękniały. Naprawdę nie były złe. I to zachodzące słońce na pustynnych górach albo górzystej pustyni, bo jeszcze nie zdecydowałam, które z tych dwóch określeń bardziej pasuje do Andów… Więc mimo iż dziad taksówkarz orżnął mnie na kilkanaście zeta, mimo, iż mam mega długi, mimo iż krwawi boląca rana na palcu u nogi, będę odtąd doceniać każdą chwilę tej wyprawy.

A poza tym naprawdę jest mi trudno nie lubić tych Argentyńczyków: tańczą, śpiewają, gadają, uśmiechają się, dają dzieciom ciastka z okna pociągu… KiepskoJ Albo to była choroba wysokościowa, albo w pociągu w drodze powrotnej najpierw był występ jakiejś folkowej kapeli, a później magika, który wyciągał gołębicę z cylindra.. Wszyscy tańczyli i śpiewali. Jak ich nie lubić?

PS i nauczyłam się spożywać liście koki. I nie, nie ma to nic poprzedniego z powyższym wątkiem. Liści koki wbrew obiegowej opinii się wcale nie żuje. Z 7 kg liści można uzyskać 1 g kokainy. Uprawa koki jest zabroniona w Argentynie, ale już w Peru i Chile nie. Należy wziąć 5 lub 6 świeżych liści koki.. Oderwać ogonki, żeby nie poraniły dziąseł, składać wielokrotnie do uzyskania małej kuleczki lub prostokącika i w takiej postaci włożyć między zęby a policzek - do dziąseł. Nie żuć. Niech leżą, ślina uwolni soki. Działanie: liście koki niwelują objawy choroby wysokościowej.

Czy nie sądzicie, że powinnam pisać książki kucharskie? Chyba mam niezły styl…

Droga przez mękę

Potem nastąpiła lawina ciekawych wypadków. Miałam czekać do 1 w nocy na autobus, więc poszłam do przyprzystankowej tawerny. Była godzina 16.30. Zaczęłam gadać z właścicielem. Oczywiście po hiszpańsku. Wyobraźcie TOS obie: ona „….” Ona: si., on:…. Ona: no J I upijać się bardzo dobrym winem z Mendozy (prowincja w Argentynie winem stojąca i słynąca). Tak się zagadaliśmy, że zostałam tam do 21.30, mimo iż tawerna zamykana jest o 17 i wychodziłam na własne życzenie. Facet ma na imię Diogenesa jest z Posadas. Opowiadał mi o swoim życiu, rodzinie i problemach społecznych Argentyny. Chyba mnie podrywał., ale pokazywał mnóstwo zdjęć, opowiadał i karmił i poił, no i miał 70 lat, więc względnie niegroźny. A może to tylko taka ich wylewność i standardowe podejście kobiet? Cudownie, że znam choć kilka słów po hiszpańsku, bo bez tego byłaby masakra. (si i no to też są slowaJ) Potem poszłam do Lalo - starszego pana z informacji turystycznej. Lalo wpadł do Diogenesa i tak się poznaliśmy, a jak usłyszał mrożącą krew w żyłach historię o autobusie, powiedział, żebym wpadła potem do niego, pomoże mi, żebym na pewno nie przegapiła tego kolejnego autobusu. Lalo to niesamowity koleś. Rozumiałam może jedną dziesiątą z jego mega niewyraźnego hiszpańskiego z argentyńskiej dżungli, ale Lalo urodzony w Buenos Aires przyjechał do Misiones i zakochał się tym regionie. Przeprowadził się tu i pracuje z Indianami Guarani. Indianie mieszkają w okolicznych wioskach. Najbliższa jest 2 km od San Ignacjo. Zresztą wpadli wieczorem. Są bardzo biedni. Mieszkają w lepiankach, tak jak w Afryce. Wokół jak to w dżungli lwy, gepardy, węże boa i jadowite mrówki. Guarani nie mają samochodów. Jak ktoś zachoruje, do szpitala musza iść wiele kilometrów. Do szkoły nie chodzą. Po co, skoro mieszkają w dżungli. Lalo odwiedza ich z jedzeniem, bo okazuje się, że Argentyna ma gigantyczne ponoć problemy z niedożywieniem mieszkańców. W zamian Guarani (akcent na ostatnią sylabę) nauczyli go m.in. jakie rośliny na co stosować w medycynie naturalnej. On przyprowadza o nich turystów, z czego mają kasę, a turyści uciechę. Aż żałowałam, że nie pojechałam z nim do żadnej takiej wioski, ale jak tam dotarłam był środek nocy.. Zresztą mam mocno mieszane uczucia wobec takich ludzkich zoo. Na szczęście jeden Guarani nas odwiedził nocą w informacji turystycznej. Nie widomo po co przyszedł. Był miły, acz niekomunikatywny. Może za dużo liści koki.. I tak siedzieliśmy z Lalo średnio się rozumiejąc. Ona pokazywał mi mapy- wiecie oni są tu niesamowicie dumni z tej swojej Argentyny. Najbardziej lubię to, że jak zapytasz kogoś w Misiones, czy Salta jest piękna, odpowie, że tak, oczywiście. Jak zapytasz, czy był, to oczywiście nie był, ale jest piękna. Lalo pokazał mi swoje skarby- kilka zdjęć, które wysłałam mu jakiś fotograf z Kanady, który kiedyś tak jak ja wszedł do informacji turystycznej i zakręcił się na punkcie Gurani i tej okolicy, pocztówkę, od 2 Francuzek, które zostawiły u niego plecaki na 3 dni i poszły w dżunglę, zdjęcie żony, dzieci i wnuków... Było coś pięknego i prawdziwego w Lalo i tym spotkaniu nad mate. Temperatura spadła do 5 stopni Celsjusza, była 1 a autobusu ani widu ani słychu. Zostałam w informacji, żeby nie odejść od zmysłów i nie zamarznąć- nie wiem co gorsze, a lalo stał na drodze i wypatrywał autobusu. Wreszcie nadjechał pół godziny spóźniony (coraz mniejsze mam szanse na Saltę, zwłaszcza jeśli dojadę do Tucuman po 19). Ściskamy się z Lalo i wsiadam. Opuszczam San Ignacjo i niemal od razu zasypiam, żeby nie zwariować i żeby znieść kolejne 20 godzin podróży i stresu.

Do Tucuman dojeżdżam następnego dnia o 18:59. Mam godzinne opóźnienie. Wyrywam bagażowemu plecak i biegnę do pierwszego lepszego okienka zapytać o autobusy do Salty. Nie ma słyszę, dopiero jutro o 5 rano. Trochę mi krew odpływa z mózgu, ale resztką przytomności umysłu pytam: a inne firmy? W które okienka mam iść (jest ok. 30 kas- nie mam czasu stać w kolejce do każdej). 33 – słyszę. Biegnę. Potrącam kogoś plecakiem. Jest 19:03. Na kasie widzę tablicę- Salta 19.00, autobus jeszcze stoi, ale kolejka jak diabli. Z rozwianym włosem, wielkim plecakiem dyndającym na ramieniu i obłędem w oku podbiegam do kolesia przy kasie i próbuję go zapytać czy czeka na ten autobus. On mówi, że nie i przepuszcza mnie w okienku. Kupuję bilet i w ostatniej chwili wbiegam do autobusu. Uff nie wiem, czy mogę już odetchnąć z ulgą. Wygląda na to, że za 5 godzin, będę o północy w Salcie. Zdążę na Tren de Las Nubes!!!

Autobus jest fatalny, a ja ledwo żywa, nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam, chyba w Misiones, ale co z tego! Wprawdzie kazali się najeść w obawie przed chorobą wysokościową i pić dużo wody (kiedy ostatnio piłam tez nie pamiętam), ale hej, chyba dojadę do Salty. Pewnie przepadł mi hotel i będzie środek nocy, ale nic to.

Jestem w Salcie, zdążam jeszcze kupić bilet powrotny do Buenos Aires na pojutrze i biorę taksę do hotelu. Docieram o 1 w nocy. O 5 muszę wstać na pociąg. Nie mogę uwierzyć, ze się udało.

czwartek, 11 listopada 2010

Znowu jestem w piekle

Nie uwierzycie. Ja też nie mogę uwierzyć. To się mogło przydarzyć chyba tylko mnie. Kupiłam bilet za 300 zł na autobus (powrotny będzie kosztował drugie tyle) i wstęp do Tren de Las Nubes 350zł. I od 13 czekam grzecznie na dworcu na mój autobus. Planowany czas przyjazdu 15.10. O 15.10 pojawia się właściciel hostelu i robi wielkie oczy co ja tu robię. Odpowiadam, że czekam na autobus, właśnie powinien nadjechać, jest 15.10. A on na to, że nie tu. Czy mi nie powiedzieli, że ten autobus jest wyjątkowy i zatrzymuje się przed kościołem, jakiś kilometr stad? Po co miałby się zatrzymywać na dworcu autobusowym? Patrzę na niego jak na wariata, widzę przerażenie w jego oczach, czuję jak odpływa mi krew z kończyć i każda cząstka mnie zaczyna się trząść. Więc nie powiedzieli. Po kilku telefonach właściciel ustalił, że mój jedyny, raz dziennie kursujący, autobus do Salty właśnie odjechał. Następny jest jutro. Radzi mi iść do agencji, gdzie kupiłam bilet i zobaczyć co się da zrobić. Idę tam, oni twierdzą, że mi mówili. Sorry, ale po angielsku, a tak rozmawialiśmy, jeszcze rozumiem.. Nie mówili. Oni oczywiście tranquilo, tranquilo (spokojnie) , no problemo, zamienimy bilecik na jutro. Tyle, że na jutro to będę w Salcie za 2 dni, a pojutrze o o 6 rano mam Tren de las Nubes. Oni na to, że tranquilo to oddamy kasę. Ale mój Tren de Las Nubes!!!! Niech mnie ktoś uszczypnie, to nie może być prawda. Wrzeszczę na nich i trzęsę się z nerwów. Jedyne co daje mi jakąkolwiek, choć nikłą, szansę to wziąć o 1 w nocy autobus, który też jest specyficzny, bo staje u bram miasta (ciekawe do czego używają dworca, bo chyba tylko do zaganiania ludzi do hoteli) i jedzie do Tucuman, jakieś 4 h jazdy od Salty. Będzie tam planowo o 18 dzień przed moim Tren de Las Nubes, który wyjeżdża o 6 rano. Czyli ze 2 h opóźnienia minimum trzeba dodać i nie sądzę, żeby z Tucuman do Salty coś jechało później niż o 21.. więc zobaczymy.. Chwytam się tej nadziei, bo co innego mam robić. Biletu na Tren de Las Nubes nie mogę oddać, najwyżej stracę całą kasę. Tę za hotel tam też…No i nie wiem czy i jak zdążę znaleźć bilet powrotny do Buenos nocą. Ale biorę ten bilet do Tucuman, ahoj przygodo. Wychodzę z punktu informacji turystycznej i ze złości kompletnie nie mogę powstrzymać łez. Bo skoro miasto ma dworzec autobusowy, jak niby miałam byłam się domyślić, że autobus stanie przed kościołem, gdzie, nota bene, nie ma nawet żadnego przystanku???? Wreszcie po godzinie prawie się uspokajam. Jestem totalnie zmęczona. Jeszcze tylko 9 godzin czekania w deszczu, bo leje i jest 11 stopni, i mój autobus będę musiała wypatrzyć w ciemności i zatrzymać. San Ignacio z raju zamienia się w mój jakiś koszmar, miasto, z którego nie da się wyjechać. Znaki-Sraki swoją drogą. Jestem idiotką, co mi strzeliło do głowy z tą Saltą. Trzeba było grzecznie wracać do Buenos i Urugwaju. I wreszcie powiedzcie czemu, kiedy czegoś tak bardzo chcę, i kiedy to coś jest na wyciągniecie ręki, zawsze jakiś złośliwy troll mi to próbuje odebrać? Wiem wiem, miliardy stłuczonych luster w dzieciństwie tłumacza pecha, ale może by wystarczyło?? Jestem bardzo ciekawa czy zdążę. Nie sądzę. W najgorszym razie zostanę w Tucuman, tam są niedaleko moje kaniony, a 350 zł pójdzie się… wiecie co. Jestem straszliwie zła. Po pokonaniu hiszpańskich płatności kartą, znalezieniu busa i hotelu, wszytko ma się nie udać tylko dlatego, że jakiś baran w informacji nie powiedział mi, że na dworcu autobusowym rzadko stają autobusy??? What da Hell? Nie mogę w to uwierzyć. Mam nadzieję, że uda mi się wypatrzeć nocą autobus (jak nie zamachasz- nie stanie…) no i że nikt mnie nie zabije jak będę stała sama nocą u wioski bram… Trzymajcie za mnie kciuki. Nienawidzę San Ignacjo i Misiones. Złe miejsce. Brzydkie. Siedzę w przydrożnej knajpie i upijam się z rozpaczy argentyńskim winem.

wtorek, 9 listopada 2010

aaaa!! kupiłam (chyba) bilet na tren de Las Nubes!!

Chyba, bo niby piszą, że zapłacone, ale ze z drugiej strony maja problemy z moja identyfikacja (cholerny hiszpanski), no nic wyslalam im maila z prosba o kontakt po angielsku jakby cos. Tren de las nubes wspina sie na wysokosc 4 tysiecy metrow npm, przejezdza 29 mstow, 21 tunneli, 2 spirale i 2 zygzaki, wszystko wsrod oblednych formacji skalnych.....aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa... !!!!!!! czujecie to????

PS czy juz rozpoczeliscie zbiorke do puszki na dozywianie mnie po powrocie kiedy bede klepac biede?

PS 2 nie moge przestac sie usmiechac:):):):)

Aaaaaa! kupiłam bilet do Salty!

Na zaraz. Mega drogi. Inshall. Bogowie prowadźcie:) zarezerwowałam hostel i próbowałam kupić za 350 zł bilet na Tren de Las Nubes- pociąg w chmurach. Ale albo nie kumam po hiszpańsku, o akurat jest prawdą, albo nie umiem tego zarezerwować online. Więc mam nadzieję, że uda mi się na miejscu kupić. A może spróbuję jeszcze raz. Ten pociąg jedzie cały dzień pokonuje 200 km do granicy z Boliwią i wraca. Mija kilkadziesiąt wąwozów, tuneli w skałach itp... Wznosi się o ponad 2000 metrów. Choćbym miała sprzedać telewizor - pojadę. Orżnęli mnie na bilecie na autobus i zapłaciłam więcej na dodatek musiałam wypłacić z bankomatu, bo tu nie ma cambio-kantora, ale co tam.. kaniony już Was czuję:) już jutro!!! aaaaa!!!! czad:) Siedzę sobie w boskim hostelu El Jesuito, czekam na autobus, który mam o 15, leje jak z cebra i grzmi, a mnie tu tak dobrze:)

San Ignacio i znaki

No i tak właśnie z piekła trafiłam do raju. Hostel El Jesuits jest miejscem niezwykłym i magicznym. Pan z dworca to właściciel. Prowadzą go z żoną i małym nawet nie rocznym jeszcze synkiem. Atmosfera jest co najmniej domowa. Miasteczko San Ignacio jest cudownie senno-spokojne. To właściwie byłaby masakryczna dziura, ale tak tu się dobrze oddycha, i to słońce takie przyjemne, a powietrze pachnie późnym latem. No i wreszcie ludzie są niesamowicie przyjaźni - rozmawiam z kierowcą taksówki, bardziej on rozmawia, a ja próbuję wyłapać coś z jego hiszpańskiego i o dziwo trochę wyłapuję. Jest przemiły. Kiedy kilka godzin później widzi mnie na ulicy trąbi na powitanie. Hotel magiczno-domowo-senno-spokojny. Jest tu jakiś Kanadyjczyk i Australijczyk. Też tacy ciepli i mili. Australijczyk nakręca mnie na Saltę. To może być znak. Poważnie rozważam, czy nie jechać jutro do moich wyśnionych kanionów, z których właściwie już zrezygnowałam. Wszystko mi się podoba: hotel, pogoda, ludzie. Zostawiam plecak i idę do ruin. Wstęp za 30 peso pozwala na obejrzenie jutro (a dokładniej w ciągu 15 dni) także 2 innych misji w pobliżu Santa Ana i Loreto czy jakoś tak. Deal mi się podoba, ruiny też. Niesamowity spokój tu panuje. Poznaję kilku lokalnych bezdomnych uczących się żonglerki. Kompletnie się nie rozumiemy, ale i tak jest fajnie… Nie wiem co robić jutro.. kręci mnie ta Salta. Jedzie się tam za mnóstwo kasy i ponad 24 h w jedną stronę, ale.. będą kaniony i formacje skalne… Kurczę… Na wariata miałabym 2 dni na miejscu prawie… To znak, z enie pojechałam do Asuncion i wczoraj spotkałyśmy Polkę w wodospadach, która jedzie do Salty i dziś ten Australijczyk.. Znaki jak nic.. Kurczę… Dam Wam znać jutro..

poniedziałek, 8 listopada 2010

Ucieczka z Ciudad del Este

Pół nocy nie spałam. Wysłałam wieczorem mojej potencjalnej hostce w paragwajskiej wiosce 2 smsy, oba pozostały bez odpowiedzi. Zastanawiałam się co robić i ni diabła nie chciałam utknąć sama gdzieś w środku paragwajskiej nicości, zwłaszcza po miłym pierwszym wieczorze w Paragwaju. Intensywnie myślałam co robić. Miałam do rozważenia 2 opcje- albo jechać sama do Asuncion albo przekroczyć z Olgą granicę i wrócić do bezpiecznej Argentyny i zobaczyć np. historyczne misje jezuickie w San Igancio koło Posada. Po bezpiecznej argentyńskiej stronie. Olga o 13 miała autobus do Brazylii. Musiałyśmy się rozstać. Trochę mnie niepokoiło samotne podróżowanie, a trochę czekałam już na nie z niecierpliwością. Obecność Olgi bardzo mnie rozleniwiała. Ona wszystko załatwiała. Chciałam już sama sprawdzić się, zobaczyć czy, a raczej jak będę sobie radzić sama. W tym kontekście doświadczenie paragwajskie było super, bo potem samotna podróż po Argentynie to bułka z masłem, czysta przyjemność. Nie chciałam rezygnować z P{Paragwaju, żeby nie czuć, że stchórzyłam. Tym niemniej misje też mnie kręciły, a wszyscy mówili, ze Asuncion to nic szczególnego. Wstałyśmy rano i po paskudnym śniadaniu - suchy chleb z masłem i dżemem ora skwaśniałym albo nieznośnie rozwodnionym woda gazowaną sokiem pomarańczowy- trudno ocenić – poszłyśmy na dworzec. Więcej życia na ulicy, ruchu. Nadal brud. Widać, że to kraj trzeciego świata. Mocno przypominał mi Indie. Poniekąd mi to odpowiada i z każdym krokiem czułam się bardziej swojsko. Niemal każdy facet nas zaczepiał. Ludzie tu wyglądają inaczej, To naprawdę Indianie Guarani, z ciemniejszą skórą, bardziej okrągłymi twarzami, prostymi włosami, wydatnymi ustami. Mnie się generalnie podobają, choć faktycznie kobiety nie umywają się do Argentynek. Podrywano nas więc na teksty nie wybredne. Rekord świata:” mam 28 lat i jestem be zobowiązań” wykrzyczane z otwartego okna zatrzymującego się przy nas samochodu. Słabo? Mnóstwo brudu. W Argentynie nie odważyłabym się spacerować środkiem ulicy pośród jeżdżących samochodów, tu to standard. Doszłyśmy do dworca. Wi-Fi nie ma w całym mieście, na dworcu tez nie. Nikt nie mówi po angielsku. Poddaję się, nie podoba mi się to jako potencjalnie samotnej travellerce. Decyduję, że wracam z Olgą do Puerto Iguazu i stamtąd pojadę sama do San Ignacio. Wróciłyśmy do hotelu, wzięłyśmy plecaczki i ruszyłyśmy pieszo ku granicy. To tylko 15 minut marszu, a widziałyśmy, że autobus i tak nas wyrzuci na granicy i pojedzie dalej. Postanowiłyśmy wiec same go tam złapać z podstemplowanymi już paszportami. Wczoraj opustoszałe miasto dziś jest autentycznie jednym wielkim azjatyckim niemal bazarem. Stragany ze wszystkim od kubków do mate po elektronikę. Masal dźwięków, krzyków, kolorów… Jak w Azji. Cudnie. W poszukiwaniu wi-fi trafiamy do słynnego przygranicznego centrum handlowego Monaliza. Plakaty reklamujące tę świątynię próżności zdobią pół północnej Argentyny. Wyobraźcie sobie w środku wielkiego bazaru, dosłownie Stadionu Tysiąclecia niepozorne centrum handlowe. Wchodzimy do środka. Uderza nas podmuch klimy. Dalej widzę tylko zachodnioeuropejską wypaśną galerię handlowa ze wszystkimi światowymi markami. Perfumeria dużo lepsza niż Sephora, sklepy z elektroniką, skórą wszystkim, piękne hostessy, chyba z importu, świetnie ubrani kolesie.. Gdzie my jesteśmy??? To jakiś świat w świecie. Niesamowite. Cudnie sztuczne Targowisko Próżności, gdzie za pół ceny Argentyńczycy mogą kupić wszystko, czego trzeba, aby się pokazać. Ale jest wi-Fi. Zaszyfrowane, ale Olga zdobywa kod. Sprawdzam CS. Brak mesydży i znaków, które pchnęłyby mnie do Paragwaju. To tylko utwierdza mnie w słuszności mojej decyzji. Czas nas goni, wychodzimy. Cała ulica do granicy to jeden wielki dziki trąbiący, dymiący, śmierdzący hałaśliwy ponadkilometrowy korek. Ja w tych azjatyckich klimatach czuję się jak w domu. Inna sprawa, ze z pragnienia musze kupić najdroższą w życiu puszkę Coli- za dolara! A wody w ogóle brakJ Przeciskamy się między samochodami i motorami i ruchomymi straganami do granicy. Mamy pieczątki i czekamy na autobus. Ma być co kilkadziesiąt minut. Mamy jeszcze 3 godziny do autobusu Olgi. Czekamy ok. pół godziny. Wreszcie w oddali majaczy żółty korpus naszej fury. Kiedy po kolejnych 15 minutach korka podjeżdża do nas chcemy wsiąść, kierowca nie chce otworzyć drzwi, mówi, ze ma pełno. Nie możemy nic zrobić. Olga jest zła, bo czasu mamy coraz mniej. Łapiemy pierwszy lepszy bus do Brazylii-Foz de Iguazu. Płacimy 7 peso każda. Bus podwozi nas niecały kilometr mija bezpieczątkowo brazylijską granicę i tuż za nią nas wysadza mówiąc, ze tu powinny być czasem autobusy do Puerto Iguazu. Bilans: czasu mało, nie wiadomo co robić czy i co tu podjedzie, jesteśmy w Brazylii bez pieczątek i właśnie przejechałyśmy najdroższy kilometr w historii Ameryki Południowej. Ale co robić. Kierowca mówiący po portugalsku, każe wysiadać, wysiadamy. We wskazanym miejscu czekamy na busa. Nie dziwię się stresowi Olgi, ale dobrze się trzyma. Mamy niecałe 2 godziny do jej odjazdu. Wreszcie po kilkunastu może kilkudziesięciu minutach [podjeżdża normalny autobus. Znowu 7 peso, ale jesteśmy szczęśliwe. Pytanie czy wypuszczą nas z Brazylii- nie mamy wszak pieczątki. Ale wypuścili i godzinę przed Olgi busem byłyśmy na miejscu. Poszłam don informacji spytać o busa do San Ignacjo, a Olga do sklepu. Okazało się, że mój bus odjeżdża za 15 minut i właśnie podjechał. Zostawiam Olgi Plecak w zaprzyjaźnionym desku i lecę na swojego busa. W przelocie się żegnamy i ruszam ku San Ignacio. Po 4 godzinach za 40 peso jestem na miejscu. Na dworcu znajduję, albo raczej jestem znaleziona przez właściciela hotelu El Jesuit. Cena standard 35 peso za noc, pan miły, mówi po angielsku, opowiada, co tu można robić, wchodzę w to. Załatwia mi taksówkę do hostelu.

Paragwaj-Ciudad del Este

O mój Boże… to pierwsze co nasuwa mi się na myśl o Paragwaju. Wyjeżdżając z Argentyny najpierw przez chwilę jedzie się przez bogatszą Brazylię. Foz de Iguazu- brazylijskie miasteczko nad wodospadem, to inny świat. Znać pieniądz, drogi lepsze, ludzie ładnie ubrani joggingują po zadbanym parku. Fajnie. Niesamowite - jeden most, a taka różnica. Niecałe 10 minut później mijamy kolejny most. Tym razem graniczny z Paragwajem. I tu też od razu widać różnicę. Nie do końca kontroluję opad szczęki. Bieda i brud od pierwszego metra za Brazylią biją po oczach. Kierowca chyba nie ma zamiaru się zatrzymać, w końcu na moją prośbę (dzięki Bogu za rady Lyn) Olga prosi go aby nas wypuścił, on na to, że może nas wypuścić, żebyśmy poszły po pieczątkę, ale nie może czekać. Cóż. Wysiadamy. W końcu rozumiemy dlaczego bus do Paragwaju kosztuje niecałe 5 peso (3,5 zł). Idziemy do celników, dają nam pieczątkę. Jakimś cudem na granicy jest informacja turystyczna i jakimś cudem, serio, mimo, że jest niedzielny wieczór – działa. Co więcej przemiły Paragwajczyk mówi po angielsku. Pytamy o hostele. Nie ma hosteli. Są hotele. Najtańszy niewiele droższy od hotelu. Dostajemy mapę i wskazówki. Mówimy, że potem pójdziemy na dworzec. Paragwajczyk robi wielkie oczy i mówi, że chyba lepiej nie. Dlaczego? - pytamy. Bo to niebezpieczne. Miasto jest opustoszałe, bo to niedziela, lepiej idźcie do hotelu póki jest widno, a na dworzec jutro. Opuszczamy więc informację turystyczną z mieszanymi uczuciami i nagle coś mi świta, że wszyscy sugerowali, że Ciudad del Este nie jest najbezpieczniejszym miastem we Wszechkosmosie, wręcz przeciwnie, że jest raczej mocno niebezpieczne, że to miasto bandytów i przemytników. Wygląda jakby mogła to być prawda. Brud i puste ulice. Bezpańskie psy, kartony walające się po ulicach i zgraje obijających się mężczyzn.. Nie jest nam do śmiechu, a przed nami kawał drogi. Nawet umundurowani oficerowie głodnie na nas patrzą. Kobieta, którą pytam o drogę natomiast odpowiada miło, spokojnie i się uśmiecha. To nie przeszkadza mojej ogólnej panice. Dziękuję Bogu, że jestem tu z Olgą. Wreszcie docieramy do naszego „hotelu”. Nie ukrywam, że obie odczuwamy duża ulgę. Płacimy 17 dolców amerykańskich za double room. O kurczę. Czy ktoś z Was pamięta jak w latach 80. wyglądały schroniska PTTK? Tak mniej więcej wygląda nasz hotel. Ale i tak cieszymy się, że jesteśmy całe i zamknięte od localsów. Jutro minie mi pewnie panika i pewnie tak wygląda tylko przygraniczne Ciudad del Este, ale powiem Wam, że w tej chwili czarno widzę moją wyprawę w dziką paragwajską wioskę.. Zobaczymy, inshallah, co ma być to będzie ahoj przygodo i do przodu.

Argentyńskie wodospady

Wstałyśmy rano w pięknym, małym, miłym, trochę sennym, ale jednak całkiem spokojnym miasteczku Puerto Iguazu. Wczoraj siedziałyśmy chwilę przy piwku i Internecie, okolica naprawdę fajna, hostel też. Dziś rano planowałyśmy wstać przed 8, ale od 7 wszyscy nas budzili tłukąc się po pokoju. Wszak śpimy w najbardziej ekonomicznym mieszanym pokoju 10-osobowym za 35 peso do osoby (ok. 30 zł). Wstaję. I tak jedziemy na wiele godzin do wodospadów od argentyńskiej strony, nie musze dłużej spać. Jemy śniadanko. Wyjątkowo jest chleb i jajka na twardo i normalna europejska kawa co mnie bardzo cieszy. Zwykle są tylko herbatniki z dulce de leche- najbardziej charakterystycznym śniadaniowym słodkim smarowidłem - jest to zwyczajna znana także w Polsce masa krówkowa. Jem i piję i wychodzimy. Pogoda piękna. Pełne słońce, w dzień zrobi się ponad 30 stopni. Nie wiem jak ja sprawdzałam prognozę pogody, a raczej wiem- sprawdzałam tylko w Buenos, gdzie miało być mniej więcej tak jak u nas, może z 5 stopni więcej i biedna blondynka nie wpadła na to, że tysiąc coś kilometrów bliżej równika pogoda będzie zupełnie inna. No więc mamy przy granicy z Brazylią pełne słońce i ponad 30 stopni, a ja w skarpetach i jeansach.. i bez blockera i aftersuna.. tak tak, możecie już domyślać się konsekwencji. Mimo iż generalnie uciekałam ze słońca, jestem krwiście czerwona i wszystko mnie piecze. Ale to słonce, ten klimat, zapach powietrza, są tak przyjemne - czysty relaksik, że nie śmiem nawet narzekać. Wakacje. Czuję jakbym w jeden dzisiejszy dzień odpoczęła kilka ostatnich miesięcy. Powietrze tu jest takie jakieś lekkie… Dojeżdżamy lokalnym busem do cataratas czyli wodospadów. Dojazd 15 peso, coś niewiele ponad 10 zł, wstęp 85 peso, czyli jakieś 80 zł. Jestem bardzo ciekawa, czy rzeczywiście ta argentyńska strona będzie lepsza niż brazylijska. Od razu powiem, że generalnie tak z pewnym małym „ale”. Tutaj nie podjeżdża po ciebie autobus z małpka tylko idzie się i można wybrać albo przejazd taką niby wąskotorówką turystyczną albo dolny okrąg spacerowy – oglądanie wodospadu od dołu – lower circuit, albo górny okrąg spacerowy- oglądanie wodospadów do góry- upper circuit, można też oba albo żadne, a potem dodatkowo można pojechać tą kolejka do Garganta del Diablo widzianego od góry. Wszystko zajmuje ok. 5-6 godzin. Zaczynamy od upper circuit. Jest fajnie. Chodzi się nad i między wodospadami po specjalnych mostkach. Fajnie jak pod nogami widzisz spadający strumień wody. To jest o niebo fajniejsze niż strona brazylijska. Widoki ok, ale znowu nic zapierającego dech w piersiach. Podobnie lower circuit- tym razem kładeczki od dołu, fajne, ok., ale nie ma wow. Tym niemniej miły dzień na słońcu, spacerki itp. Wreszcie wsiadamy w pociąg do Garganta del Diablo - Gardzieli Diabła. Po opuszczeniu pociągu daje się zaobserwować wszechograniający spokój. Rzeka przypomina wielkie jezioro lub rozlewiska, nad którymi przechodzi się kładeczkami. Znowu krajobrazy jak z Missisipi i Chaty Wuja Toma. Fajny spacerek. Aż nagle ni stad ni zowąd woda zaczyna się kotłować i urywając się opada kilkaset metrów w dół- jesteśmy tuż nad gardzielą diabła. Widać niewiele więcej niż parę wodną, w kwestii widoków na Gardziel lepsza jest więc strona brazylijska, ale wrażenie tutaj jest niesamowite. Patrząc w dół człowiek naprawdę patrzy w otchłań- od piekła dzieli mnie tylko krok. Wzburzone fale z ogromną siłą spadają w dół. Biel oślepia do tego stopnia, że nie zdziwiłabym się, gdyby wiele osób miało tu haluny. Niesamowite wrażenie. Wygląda to trochę jak lawina. Kosmos. Mam dość bieli, słońca i bryzy, wracam do pociągu.

Ok. 16 jesteśmy z powrotem w Puerto de Iguazu. Dzień był fantastyczny, choć widzę już czerwień odsłoneczną i czuję, że zaraz zacznie piec.

Mamy dziś jeszcze przemieścić się do Paragwaju do Ciudad del Este. Idzi8emy do hotelu po nasze rzeczy. Próbujemy wygooglować jakiś hostel w Ciudad del Este. Dziwna sprawa –nie ma. Rozważamy czy nie zostać w Puerto de Iguazu. Adam z Martą nas trochę zlewają, ja nie bardzo chcę z rana sama eksplorować Paragwaj, tym bardziej, że moja hostka z dżungli ostrzegała, że kierowcy robią jakieś dziwne akcje i omijają granicę. Masz więc pieczątkę, że wyjeżdżasz z Argentyny, ale nie masz, że wjeżdżasz gdzieś indziej, co rodzi wiele problemów i może uniemożliwić powrót do Europy. Ponoć busiarza trzeba samemu zatrzymać jak ominie granicę. A na dodatek jest niedziela, cała Ameryka Południowa jest wymarła. Nawet nasze żywe minionej nocy Puerto de Iguazu przypomina dziś miasto duchów. Jestem już lekko podkurzona, a wtedy przychodzi Olga i pyta, czy czuję zew przygody. Czuję. Jedziemy do Ciudad del Este. W ciemno, co ma być, to będzie. Olga przekonuje mnie, że nic nie może nam się stać, a ja bardzo chcę jej wierzyć.

niedziela, 7 listopada 2010

Dzień czwarty-Puerto de Iguazu

Około 10 rano, a może bardziej 11 dojeżdżamy do Iguazu Falls (Word z uporem poprawia mi na Iguazu Fallus..:P). Po pierwsze poszłyśmy szukać hostelu. Najtańszy okazał się polecany nam przez znajomych STOP hotel. 30 peso od osoby (ok. 25 PLN) noc, w cenie net i śniadanie. Hostel wydaje się ok. Zostawiamy bagaże i idziemy na dworzec sprawdzić jak wygląda sprawa z busami do wodospadów. Generalne założenie mamy takie, że zostajemy tu 2 dni i jednego dnia zwiedzamy argentyńską stronę wodospadów, a drugiego brazylijską. Wiem, że to droga bajka (min 100 zł dziennie na busy i wstępy), wydaje mi się, że widoki nie powalą mnie na kolana- Niagara nie powaliła - ale nie chce mi się jeździć samej, a tu mam miłą Olgę, świetnie radzącą sobie po hiszpańsku, zresztą jakoś przesadnie się nie męczę.. Na dworcu wszyscy mówią nam, że dziś już za późno na argentyńską stronę, bo tam 6h to minimum jak chcemy pochodzić, że dziś jest dobra pogoda na krótsza trasę po brazylijskiej stronie. No to OK, jedziemy do Brazylii.

Teraz będzie mała dygresyjka. Przepraszam Was, ale jak piszę „to ok, jedziemy do Brazylii” czy „to no to na jeden dzień wyskoczyłam z Argentyny do Brazylii” to aż mi się chce śmiać. Jakby to co najmniej było dla mnie coś zwyczajnego zupełnie powszedniego, a u licha nie jest!! Jest to fantastyczne i cudowne, choć totalnie się spłukam i choć mam tylko 11 dni, a słucham wokół historii ludzi, którzy spędzają tu miesiące, to i tak jest to super zarąbiste. Nawet te głupie pieczątki w paszporcie tak mnie totalnie cieszą. Cieszy mnie noc w Katarze i 18 godzin w busie do Iguazu. Chyba w ogóle wyklarował mi się plan na kolejne dni. Po pierwsze primo: nigdy więcej nie jadę nigdzie bez lonely planet i na takim spontanie jak teraz (akurat!). Plan rysuje się tak: jutro argentyńska część wodospadów i popołudniem/wieczorem przenosimy się za granicę do Paragwaju do Ciudad del Este (ponoć niezbyt bezpieczne- nie mówcie mojej mamie, choć i tak nie wierzę w takie wyświechtane opinie). Kolejnego dnia rozdzielam się z Olgą, ona jedzie do Brazylii, a ja w dzikie paragwajskie wioski, bo przyznam wam, że ta dżungla z okna autobusu rozbudziła mój apetyt na Real-Niemiejski lajf Wyszukałam couchsurferkę, która jest wolontariuszką Korpusu Pokoju w jakiejś małej wiosce pomiędzy Ciudad del Este a Asuncion-stolicą Paragwaju i jadę do niej na 1 noc dwa dni. Dziewczyna ma ponoć babcię Polkę i robi super pierogi, mniami Daje kolejnego dnia po nocy u niej jadę do Asuncion, nikt z CS mi nie odpowiada wiec pójdę do hostelu. To będzie noc 9/10. 11. 10. spędzę na zwiedzaniu Asuncion. Potem myślałam o zwiedzaniu tych misji pojezuickich w okolicach Posadas, ale chyba odpuszczę, żeby przez Buenos pojechać do Urugwaju na 2 dni- do Colonii de Santiago i Montevideo. Byłoby git wpaść na 1 dzień do Posadas na te misje i jakby udało się znaleźć autobus omijający Buenos na rzecz północnej drogi przez Urugwaj do Montevideo, byłoby idealnie, ale na razie nikt takiego nie zna.. wiec chyba czeka mnie Buenos… Więc zobaczymy. Na razie Campo9 w Paragwaju i Asuncion.

A teraz wrócę do dzisiaj. Zdecydowałyśmy, że dziś zwiedzimy brazylijską stronę wodospadów. Bus w obie strony z Puerto de Iguazu łącznie 45 peso, niecałe 40 zł, wstęp do parku 90 peso, ok. 80 zł. Drogo. Pierwsze wrażenie: zapach- letnio skoszona trawa. Pełne słońce, niecałe 30 stopni, nie za gorąco, ale milutko, powietrze pachniało latem i wolnością. Dostaję brazylijską pieczątkę w paszporcie – hurra! i jedziemy do parku narodowego, tam wszystko super zorganizowane: transport, trasa itp. Wysiadamy i ruszamy ku wodospadom. Pierwszy widok- rozczarowanie. To mniejsze nawet niż Niagara!! Już mam złu humor. Oldze się podoba.

Idziemy dalej. Ja zero podjary, Oldze się podoba. I tak z godzinkę. Wreszcie dochodzimy do Garganta del Diabolo- Gardzieli Diabła. I wreszcie jestem zachwycona. Stoję niemal pod wielkim rwącym wodospadem, moczę się całkowicie na parusetmetrowym moście w głąb wodospadu i patrzę z zachwytem z tarasu widokowego na rwącą rzekę.

Nie wiem, czy jutro po argentyńskiej stronie będzie fajnie lub fajniej, ale ogólnie był to całkiem przyjemny dzień. No i cieszę się, że mam plan i mój plan mi się podoba a Wam? Dobrej Nocy Kochani. W Polsce jest teraz 3.20, tu 23.20.. Marzy mi się wyskok na miasto po jeszcze jedną empandę, co wy na to?

sobota, 6 listopada 2010

Dzień trzeci- 18 h podróży ku Iguazu Falls

Dzień trzeci zaczął się niespiesznym wstawaniem i pakowaniem. Chciałyśmy z Olgą wyjść z domu ok. 11, żeby ok. 13 wyjechać z Buenos Aires i jechać do Puerto Iguazu – jednych z największych wodospadów świata, by być tam kolejnego dnia od rana. Wyjechałyśmy o 14:30, a dojechałyśmy o 10 rano kolejnego dnia. Przemieszczanie się jest w Argentynie kosmicznie drogie na tę 18-godzinną podróż one way wydałam ponad 300 zł, dokładnie 343 peso. Taniej się nie da. Kiepsko. No ale przynajmniej standard niezły, co ważne zwłaszcza w tak długich podróżach. Najgorsza klasa – semi cama - pół leżąca to wielkie rozkładane do pozycji niemal jak dla mnie lezącej łóżka. W trakcie jazdy oczywiście WC to standard plus kawa i woda też. Ponadto cenie masz jeden ciepły posiłek i jakieś bułeczko przegryzajki ze 2 razy. Najzabawniejsze mi się wydało jak pan pilot-steward chodził między pasażerami z 2-litrówką pepsi i rozlewał do kubeczków każdemu. Super!! No ale zasadniczo wszyscy i tak piją tu mate, wiec każdy podróżuje z torebką mate, swoim kubeczkiem i termosikiem z którego raz po raz dolewa wrzątek i się jedzie. Za to o kawie nie wiedzą nic, piją bez mleka od razu słodzoną. Mocny niedobry ulepek. Ale chyba już się przyzwyczajam. O pizzy tez nie wiedzą nic. Za to mięsa tu i empanady są gitowe. Odkryłam tez fugazzę- pizza z samą cebulą, bardziej więc zwyczajny cebularz tyle że na pizzowym cieście, całkiem fajny w smaku. No i fajne jest to, że je się tu dużo mięsa. Podobno super jakości, choć ja różnicy z maminym mielonym nie czuje :P ale faktycznie nie jestem znawcą..

Do zmroku jechaliśmy przez płaskie zielone łąki. Tymczasem dziś rano obudziłam się już w dżungli, w prowincji Misiones. To stare pojezuickie tereny, gdzie zakonnicy chrystianizowali Indian Guarani - rdzennych mieszkańców tych ziem, głównej grupy etnicznej Paragwaju, którzy skąd inąd wynaleźli mate. Jest tu wiele akcentów polskich między innymi wioska Wanda założona przez naszych rodaków. Byłam w WandzieJ

Junga, bieda, wilgoć, ciepło.. od razu poczułam się bardziej swojsko niż w Buenos. Wokół jezdża stare pick-upy. Chaty przypominają mi klimaty Tomka Sawyera i Chaty Wuja Toma. Jakby czas się zatrzymał. Oprócz małych drewnianych chat, często pojawiają się tartaki, czasem jakieś miasteczko z małym dworcem autobusowym i barem i… nic więcej. Jest pięknie.

piątek, 5 listopada 2010

Buenos Aires-primer dia

Za mną pierwszy dzień w boskim Buenos. Ale żeby oddać sprawiedliwość, w odpowiedzi na Wasze maile, prośby i zapytania najpierw napiszę kilka słów o 18 godzinach nieprzerwanego lotu. Qatar Airways są niesamowite. Lot był naprawdę komfortowy. Do wyboru była blisko setka filmów, płyt itp., sam decydujesz kiedy i co oglądasz lub słuchasz, a na dodatek co chwila cię karmią. Ponadto jedna ze stewardes mnie zagadała i okazało się, że jest Polką. Pogadałyśmy trochę o życiu, emigracji i Katarze i te 18 godzin jakoś zleciało. Mimo całkiem sporych turbulencji i burzy pod koniec. W Buenos byliśmy mocno po 22. Dojechaliśmy shutllebusem z lotniska do miasta i wzięliśmy taksówkę do naszych hostów. Mój pali w salonie (czyli tam, gdzie śpię), od lat zdaje się nie sprząta i jest nudziarzem. Zrobił mi wykład o historii BA i kolację i poza tym było względnie ok, mimo że podczas niniejszego wykładu zasnęłam. Rano oczywiście źle przestawiłam zegarek, wstałam, przyszła Olga, host zrobił kolejny wykład o historii, tym razem z prezentacją multimedialną. My udawałyśmy, że słuchamy i że rozumiemy jego łamaną angielszczyznę, po czym ruszyłyśmy w miasto.

Mój pierwszy dzień w BA! Trochę już widziałam z taksówki wieczorem, ale ogólne wrażenie jest rozczarowujące. Architektura tandetno-biednie-komunistyczna jak dla mnie. Miasto jest ogromne, ale spokojne, bez pośpiechu. Ludzie obojętni, ani przyjaźni ani wrodzy. Ich hiszpański masakrycznie niewyraźny. System transportu miejskiego to porażka. Metro działa tylko do 22:45, a i tak zwykle jest tak zapchane, że nie wejdziesz i dojeżdża tylko w kilka nielicznych okolic. Autobusy to masakra. Płacisz monetami. Z tym wiąże się problem monetowy. Otóż monet generalnie nie ma. Nikt nie ma i nigdzie nie ma. Nie ma ich w sklepach, a nawet w bankach, a bez monet nie pojedziesz. Na autobus trzeba machać, rozkładów nie ma i zatrzymują się głównie na żądanie. Masakra. Bez hiszpańskiego też ciężko. Ceny niewiele niższe jak w Warszawie. Najprostsza przekąska to ok. 5 zł, kawa czy coś do picia ok. 8 zł, woda butelkowana 1,5 litra w sklepiku to 9 zł.. No i jadę tym brudnym starym autobusem przez brudne szare miasto dziękując Bogu, że jest ze mną Olga płynnie nadająca ich hiszpańskim i siedząca w Buenos od tygodnia czyt. znająca miasto. Mój plan na dziś to La Boca, San Telmo i MikroCentro. La Boca, gdzie uderzamy najpierw, to przyportowa dzielnica artystów, tanga, kurtyzan.. Obecnie to kilka uroczych domków pomalowanych różnokolorową farbą do malowania statków, piękna i bardzo turystyczna. Już na etapie czytania przewodnika wiedziałam, że mi się spodoba i to jak dotąd spodobało mi się niemal jako jedyne. Te kolory są naprawdę super. Pary tańczące tango na ulicy też, nawet sklepy z pamiątkami, a co! W La Boca dołącza do nas Adam i zwiedzamy razem. Obecnie La Boca jest jedną z najniebezpieczniejszych okolic BA. Mała część turystyczna, a dalej są tory, za które lepiej się nie zapuszczać. Nawet był po drodze pewien locals, który stał na tych torach i odradzał nam pójście w tę stronę, bardzo miło. Mnie się generalnie podobało. Po La Boca wzięliśmy autobus do San Telmo. Podobno to tam powstało tango. San Telmo nie było aż tak urzekającą dzielnicą, ale sam skwer /główny Plac San Telmo z kafejkami pomiędzy którymi tańczy się tango, targiem staroci i świeżowyciskanym sokiem z pomarańczy całkiem niczego sobie. Następnie poszliśmy w stronę Makrocentro, Plaza del Mayo, jedną z najszerszych ulic świata- Avenida de 9 Julio itp. Całkiem miły dzień okraszony argentyńskim winem i smakiem empanadas - lokalnej przekąski zapiekanego pierożka zwykle z mięsem. A teraz siedzimy w domu u naszego hosta i jemy pizzę i Fagina – coś jak nasze placki ziemniaczane tylko nie z ziemniaków, a z ciecierzycy. Dzień udany, ale postanowiłam, że nie bardzo jest tu co robić, więc jutro spadamy do Iguazu Falls.

wtorek, 2 listopada 2010

Doha

Godz. 21:30 czasu lokalnego. Schodzimy na kolację. Pychota!! W życiu nie próbowłam takich obłędnych humusów!! Zupki, warzywka i rybki po diecie pt McDonalds w Barcelonie czuję, że odżywam. Godzina 22:00 czasu lokalnego ruszamy w miasto, Jestem zachwycona! Jestem w Katarze! Mam wizę i zwiedzam. Tuż przy hotelu jest jakiś przeuroczy zakamar pełen suków i świetnych knajpek. Jest czysty ładny, shiszowaty i klimatyczny. Wiem, że jest też luksusowy i niebzyt prawdziwy, ale bardzo mi się podoba. Idziemy dalej. Nasz cel to centrum. Dochodzimy do portu. Przed nami wyłaniają się sky-scrapery. Pięknie to wygląda nocą. Idziemy w masakrycznie długi spacer nabrzeżem do centrum. Widoki super. Kiedy dochodzimy plączemy się w gąszczu wieżowców. Trochę rozczarowują. Tu nie ma nic poza budynkami. Piękne, czyste, bogate, ale nie ma chemii. Łapiemy taksówkę i wracamy w nasze rewiry, aby uderzyć w ten uroczy zakamar na szyszkę i świeżowyciskany sok z pomarańczy. Szisza wyrywa z kapci, po 3 machach mam dość, a sok pyszny. Jestem wykończona. Godzina 1:00 czasu lokalnego. Wracamy do hotelu. Piszę bloga, O 5 mamy transfer na lotnisko. Możecie uwierzyć? Jestem pewnie jedną z nielicznych osób na tej planecie, która wyjechała do Buenos, a jest w katarze!! Czad!

Kasia w Katarze

Dwa słowa wstępu dla tych, ktorzy nie wiedzą o co chodzi. Przez Barcelonę i Katar wyruszyłam ku Ameryce Południowej na 11 dni cudnych wkacji i miliardy godzin podróży.

Barcelona.
Barcelona to dla mnie jak zwykle dziwne doświadczenie. Po Daanie i naszym katalońskim epizodzie, właściwie nie czuję jakbym była w obcym mieście, a raczej jakbym jechała do siebie. Znam te wszystkie zakamary, nie mam parcia na zwiedzanie. Znajomych też nie mam. Pierwszy dzień- jestem wykończona. Hostel jest miły i spokojny, taki jak chciałam. Wygrzewam się na słońcu w Port Vell, szlajam się Barri Gotic, siedzę na Barcelonecie.. Miło.. Wykończona idę spać ok. 21. Dzień drugi niespiesznie wstaję, piję kawę na tarasie. Uwielbiam te barcelońskie tarasy i to niespieszne tempo życia. Wyjeżdżam znowu do centrum. Nie czuję się najlepiej. Albo to osłabienie, albo jesień, albo początki grypy, albo brak entuzjazmu, bo przecież nie jestem w nowym miejscu. Ok. 15 wracam do hotelu. Czytam maile na tarasie. Nagle odzywa się obcy couchsurfer. Umawiamy się na wieczór. Mieliśmy iść na cmentarz Montjuic, wszak to Zaduszki, ale wygrała sangria w Barri Gotic. Koleś jest Sardyńczykiem, chemikiem, mega pozytywny, pijemy dużo Sangrii i przenosimy się na Ravel, po drodze zaliczając siec kebabowi Maoz. Jest bardzo wesoło. W środku nocy docieram do hostelu, żeby wstać o 6:30 na lot do Kataru.

Katar.
Nie uwierzycie .. ja też nie mogę. Lecimy z Barcelony jednymi z najlepszych linii świata Qatar Airwaves. Lot to poezja, ani pół turbulencji, jedzonko pycha, drinki za free, TV, muzyczka, miła obsługa. Trochę przeraża nas noc na lotnisku, ale co tam, damy radę. Dzwoniłam do ambasady. Nie ma szans na wizę do Kataru, jeśli nie jestem pracownikiem ani rodziną Katarczyków. Nie jestem. Trochę szkoda nocy w Doha na leżenie na lotnisku. Lądujemy i kierujemy się na krzesełka. Nagle jakis locals nas cofa do bramki z hotelami za free. Okazuje się, że nasza super Qatar Airwaves zafundowała nam za free super hotel, żarcie, transfer i nawet.. wizę!!! Bez niczego, a wszyscy z uśmiechem. Nie mogę w to uwierzyć!! Adam mój towarzysz podróży też nie.. W voucher hotelowy trzymany w ręku nie wierzę. Czekam na wizę. Pani z imigration jest przemiła, gadamy łamaną jej angielszczyzną. Ona próbuje wymówić nazwisko Adama: Sienkiewicz jako hien-qui-tłić. Obłędne. Niedowierzając wychodzimy z lotniska. Jesteśmy tak rozentuzjazmowani, że ledwo trzymamy się na nogach. Przed lotniskiem wita nas przemiły pan z busa i zabiera do hotelu. W busie poznajemy cudną parę travellerów z Alicante, jadą do tego samego hotelu, a potem do Buenos. W naszym samolocie było jeszcze 2 Polaków też lecą do Buenos, ale tacy niezbyt przyjaźni. Hotel jest git, dobre 4 gwiazdki. A to wszystko za free. Powiedziano nam, ze zaraz przygotują kolację i zadzwonią. Potem idziemy zwiedzać Doha by night. Ale czad!!!!