Kreta 2009

Witajcie Drodzy Czytelnicy!

Poniżej zamieszczam relację z mojego półrocznego pobytu na Krecie. To nie była wyprawa czy podróż, ja tam zwyczajnie mieszkałam i pracowałam jako pilot-rezydent dla polskiego biura podróży i polskich turystów. Dlatego też między innymi tekst ten ma wielce wątpliwą wartość poznawczą, ale jest pełen emocji, szoków kulturowych, zabawnych momentów, które stały się udziałem moim i moich cudownych dwóch kreteńskich przyjaciółek - Ani i Izy, którym dedykuję te kilka spisanych wspomnień. Poniższy tekst składa się z lekko ocenzurowanych maili, które wysyłałam z Krety do moich przyjaciół. Kto da radę, niech czyta. Mniej odpornym polecam odpuścić przynajmniej wstęp.

Wstęp, czyli jak to się stało, że zamieszkałam na Krecie

Drodzy Przyjaciele! Nie będę ukrywać wzburzenia, jakie wywołał we mnie fakt, że Onet blog właśnie „wylogował mnie z powodu zbyt długiej nieaktywności” zżerając po drodze mój piękny, długi, pozbawiony literówek i poprawny stylistycznie pierwszy wpis, który oczywiście od ostatnich 45 minut pisany był na żywca na tym paskudnym wylogowującym tekstożernym blogu. Długi okres nieaktywności?! No jeśli pisanie bloga nie jest aktywnością wg bloga, to coś tu nie gra. Nic to, przeniosłam się właśnie na kupionego z myślą o Turcji mojego piękniutkiego netbooczka, do którego mniumnich literek moje wielkie paluszydła nie są jeszcze ni diabła przyzwyczajone i zaraz szlag trafi mnie do końca, ale zanim to wiekopomne wydarzenie nastąpi, może ostatkiem sił uda mi się nakreślić wam zarys sytuacji, czyli wyjaśnić skąd wziął się ten Kreteński pomysł.

Pewnie niektórzy z Was nie wiedzą nic o moich planach wyjazdowych, innych myślą, że lecę do Turcji, jako, że stan ten był aktualny jeszcze tydzień temu. Potem w magiczny poniedziałek o godz. 15 tuż po niezbyt przyjemnym dzwonku telefonicznym wszystko nagle uległo zmianie. Ale po kolei, czyli zaczynamy od najbardziej niewtajemniczonych. Przyjaciele i znajomi powinni wiedzieć, że od pewnego czasu trochę mi ciasno zrobiło się w kaftaniku biurowym i zaczęłam rozglądać się na boki mniej lub bardziej świadomie szukając jakiejś małej rewolucji. Ci, którzy znają mnie dłużej, lepiej, bliżej, mogą wiedzieć, że trochę ciągnie mnie tu i tam w różne rejony świata. Zimą Alex, jeden ze znajomych couchsurferów, zapytał mnie co ja w ogóle robię w Lublinie, jako że to nie do końca pasuje mu do mojego CV. Odpowiedziałam, że czekam na znak. I tak dokładnie było.

Znak wkrótce nadszedł i trafiłam na rozmowę kwalifikacyjną do jednego z biur podróży. Rozmowa przebiegła pomyślnie, choć zaproponowane mi warunki finansowe nie pozwalają na postrzeganie całej wyprawy inaczej niż w kategoriach degradacji, żeby nie powiedzieć totalnego upadku, głupoty itp. Mimo to nie robię tego dla pieniędzy tylko dla Zmiany. Widać tak musi być. Więc miałam lecieć do Turcji i pracować tam cale lato jako pilot rezydent. Powoli się na to przygotowywałam. Najpierw mentalnie, potem rzuciłam pracę, potem zostały mi prawie 3 tygodnie na pozałatwianie wszystkich spychanych od miesięcy spraw. Miało być tak pięknie aż w pamiętny poniedziałek o 15 zadzwonił telefon. I wszystko totalnie się posypało.

Jak tylko usłyszałam głos w telefonie z biura W, pierwsza myśl, jaka zaświtała mi w głowie brzmiała: „super!! Trzy dni temu rzuciłam pracę, a oni mi teraz powiedzą, że żadnej Turcji nie ma” i wtedy usłyszałam: „chodzi o Turcję”. Już brzęczało mi w uszach coś pomiędzy IX symfonią Beethovena a Marszem Pogrzebowym… Tymczasem głos w telefonie zapytał czy nie wolałbym pojechać na Kretę. Kolejna myśl w głowie: „Kreta-wyspa- ciepło- fajnie-jak na Sycylii”. Na podjęcie decyzji miałam kilka minut. Zadzwoniłam do mamy (zapamiętajcie dziatki drogie, mama zawsze wie najlepiej co robić), mama nie odbierała, zadzwoniłam do najlepszej przyjaciółki, M., ale M. była w pracy i jakoś generalnie zlała trochę temat. Zadzwoniłam do J., J. powiedział, że on już był na Krecie, więc żebym wybrała Turcję. Zadzwoniłam więc do K., K. powiedział, że Turcja jest ciekawsza historycznie, żebym wybierała Turcję. Ponieważ bardzo cenię sobie takie konstruktywne rady moich przyjaciół oddzwoniłam do biura W. i powiedziałam, że wybieram Kretę. Przekonała mnie ciut wyższa wypłata (blondynka nie wpadła na to, że w euro wydatki będą więcej niż ciut wyższe…), no i w Turcji już byłam, a na Krecie jeszcze nie, i to Europa i w ogóle. Następnie dostałam maila o tytule „Podsumowanie naszej rozmowy tel.”. Co to za podsumowanie, jak każda linijka przynosi nowe fakty: że wylot jest tydzień wcześniej, czyli za tydzień, że będę tam jedną z zaledwie 2 rezydentek/pilotek, że to dopiero początki biura W na Krecie, więc jest trochę roboty organizacyjnej, a co najgorsze, że muszę tam prowadzić samochód. Ale co tam, już mi zdążyło zapachnieć wyzwaniem. Jadę. No tak. Przede wszystkim musze się teraz nauczyć prowadzić. J. na pewno da mi kilka lekcji. Jezu, ja nie pamiętam gdzie gaz, a gdzie hamulec. Gdzie jest to prawo jazdy?

I wtedy nastąpiła najstraszniejsza chwila. Wyszło na jaw, że nieużywane od 5 lat prawo jazdy zaginęło. Przerzucam pokój raz jeden i drugi. Nie ma. Wzywam na pomoc posiłki- matkę. Matka przerzuciła od góry do dołu pokój, zajrzała pod i za łóżko, przekopała 2 szafy i 7 szuflad, znalazła kilka niecodziennych przedmiotów codziennego użytku, które to znalezienie mogło poważnie zaważyć na naszych relacjach matko - córkowych i… dowodu nie znalazła. Po drugim przekopie na terenie jaskini Kasi, stwierdziłam, że to nie ma sensu. Kopiemy od 5 godzin i nic. Tak, tak. Nigdy nie byłam przesadnie porządnym dzieckiem, zresztą, kto mógł przypuszczać, że nieużywany od 5 lat kawałek łososiowego plastiku jeszcze kiedyś się przyda? Ewidentnie niestety nie ja. Pomyślałam, że skoro nie ma go nawet pod łóżkiem, musiało zostać w moim poprzednim mieszkaniu. Wyruszyłam więc z eskapadą do ostatniego miejsca zamieszkania. Prawa jazdy jak nie było, tak nie ma.

Z rozpaczy musiałam pójść z J. na piwo. J. przedstawił typowo samczy punkt widzenia, który już wcześniej, jak również zresztą później, wyłożył mi mój własny ojciec. Samczy punkt widzenia można streścić w jednym zdaniu: „jak można zgubić prawo jazdy?!”. Oczywiście że można. Całkiem zwyczajnie i nawet bez żadnych fajerwerków przesadnych można. Ot, zgubiło się i tyle. Zgubione jest. Ja jestem zgubiona.

Wróciłam do domu z myślą, że rano zadzwonię do biura W. i odkręcę (od-Krecę? :P) Kretę. Jak tylko usłyszała o tym Moja Zacna Rodzicielka (szczerze zaniepokojona planem tureckim i w ogóle potencją pojawienia się jakichkolwiek Turków w moim życiu), przedstawiła niewieści, dość opozycyjny wobec samczego, punkt widzenia. Można go streścić tak: „Będę szukać aż znajdę” albo „Prędzej padnę trupem niż zrezygnujesz z Krety na rzecz Turcji”. I jak to zwykle w przyrodzie bywa, niewieści punkt widzenia okazał się znacznie bardziej konstruktywny niż samczy. Ok. godziny 1.30 w nocy wbiegła do pokoju rozanielona, a wręcz rozentuzjazmowana Matka, krzycząc „Mam! Mam!”. Znalazło się. Po zaledwie 10 godzinach i przeczesaniu 2 różnych krańców miasta na literę L. O proste męskie umysły- gińcie! Prawo jazdy jak zwykle było, zgodnie z kobiecą logiką (choć jestem jak najdalsza od tego typu seksistowskich generalizacji) tam, gdzie na pewno bym go nie szukała. Czyli w papierach powypadkowych sprzed 5 lat! Byłam więc ocalona. Ale czy na pewno? Gdy tylko triumfalna fala minęła uświadomiłam sobie, że, kurczę, teraz to chyba trzeba będzie zacząć jeździć… To ja o niebo wolałabym w sumie Turcję. Tylko Matka poniekąd sensownie biegała uradowana wykrzykując, jak to cudnie, że coś wreszcie zmobilizuje mnie do powrotu za kółko.

Najpierw myślałam, że to jak z jazdą na rowerze. Że przecież tego się nie zapomina. Chyba… Ale nadal samochód mnie przerażał. A wszyscy znajomi wróżyli katastrofę. Jak zwykle z pomocą przyszły mi dwa wspaniałe wynalazki XX wieku: feminizm i google. Z połączenia powyższych wklepałam w wyszukiwarkę „babska szkoła jazdy”, zadzwoniłam i umówiłam się na lekcję. Wsiadam do samochodu babskiej szkoły jazdy. Było gorzej niż myślałam, więc na następny dzień wykupiłam 2 kolejne godziny. Tego drugiego dnia już było fajnie. Drzwi w mojej głowie otworzyły się, i przypomniałam sobie, że nie tylko umiem, ale nawet lubię prowadzić. Reszta dokona się na Krecie.

W dzień wyjazdu jeszcze zdążyłam przydybać Najlepszą Fryzjerkę Świata i pokręcić włosy, a z pokręconymi włosami to już mogę jechać nawet na koniec świata.

Zagadka dnia: jak się spakować na najbliższe 6 miesięcy w 20 kg bagażu. Odpowiedź: niemożliwe.

Prawie nie biorę ubrań, bo mam uniform służbowy, wywaliłam już połowę kosmetyczki i nadal jest 22 kg!!! Kosmos jakiś!!! Przecież same aftersuny ważą z kilogram. Ciężka ta torba paskudnie. Jeszcze czekała mnie noc w Warszawie u R i poranny wylot. Dobrze, że R., poza tym, że jak zwykle służy mi za hotel dał się namówić (po argumentach „O najcudowniejszy z najcudowniejszych, najcnotliwszy z najcnotliwszych i najzacniejszy z najzacniejszych”) żeby wstać ze mną jutro o 5 rano i podrzucić mnie na lotnisko. I jeszcze pada! O nierządne Królestwo i zginienia bliskie… ale przynajmniej mam loki. I gorączkę podróży, ale to akurat nic zaskakującego w moim przypadku. No dobra dzieci na pierwszy wpis może wystarczy, co? Następny już z Grecji.



Trudne początki

Jestem już na Krecie, jest bosko, goście pierwsi przyjeżdżają dopiero za tydzień, do tego czasu mieszkamy w wypasionym hotelu, właśnie wróciłam z plaży i basenu, mamy pełne żarcie i super warunki, za tydzień mamy się gdzieś wynieść, okaże się gdzie. Cudownie było rzucić życie yapiszona i wyjechać z Polski! My, czyli ja i Iza. Jest nas dwie rezydentki biura W na Krecie (to pierwszy sezon na wyspie i ponoć wystarczą 2 osoby). Ma to ten ogromny plus, że nie ma nad nami żadnego męczącego szefa oraz ten drobny minus, że zobaczymy, czy damy sobie ze wszystkim radę zachowując zdrowie psychiczne i fizyczne. Jutro podstawią nasz samochód i zaproszono nas do lokalnego biura żebyśmy dowiedziały się wszystkiego co i jak. Na razie wszytko jest OK. Mieszkamy w cudownym hotelu Marilena w Amoudarze k. Heraklionu. To taka trochę betonowa imprezowania, nic szczególnego, ale hotel (jak się będzie okazywało przez najbliższe 6 miesięcy- przyp. Kasi) to chyba najmilszy hotel z najmilszą obsługą na Krecie. UWAGA informacje praktyczne: Marilenę z czasem pokochałyśmy, jest to dobry kreteński hotel 3-gwiazdkowy w dobrej cenie z przemiłą obsługą. Ogólnie jakość hoteli na Krecie pozostawia wiele do życzenia, a jakość obsługi jeszcze więcej. Z innych hoteli, które pokochałyśmy zdecydowanie należy wymienić fajny dla rodzin z dziećmi 3-gwiazdkowy Astir Beach w Gouves oraz 4-gwiazdkową Chrissi Amoudia. To hotele w których czuje się ciepło i zainteresowanie klientem (i rezydentem). Szczególnie znienawidzone przez nas i gości hotele to: Rinela Beach- największy koszmar we wszechświecie. Wieczne problemy z rezerwacjami, mimo teoretycznie 5 gwiazdek, zdarzają się pokoje bez okien w piwnicy, a w sezonie brak szans na zmianę, totalne chamstwo w traktowaniu klientów i rezydentów, zwłaszcza Polaków. Rinela zazwyczaj należała do Izy i napsuła jej dużo nerwów. Mój najbardziej znienawidzony pieciogwiazdkowiec to Ikaros Beach w Malii. Takiego chamstwa w obsłudze też trudno byłoby szukać gdzie indziej, ale tu przynajmniej standard niezły..



Pierwsze kroki za kółkiem na Krecie

AAAAAAAAaaaaaaaaaaa!!!!!

Właśnie wróciłam z pierwszej jazdy autem po Krecie. To był niezwykły dzień... O 9 mieli nam podstawić samochód, ale spóźnili się 2 godziny i wreszcie po naszym ponaglającym telefonie o 11 dali nam taksówkę do biura. Z wypożyczalniami aut, z którymi współpracuje nasz lokalny tour-operator, do końca będziemy mieć problemy, rzadko kiedy samochody były na czas, rzadko kiedy były w ogóle zamawianym przez nas autem, rzadko kiedy się nie psuły i na końcu nacięli nas na paręset Euro na prowizji.. superJ w międzyczasie jednak Iza wjechała na drąg i w za wąską uliczkę, co trochę przyrysowało jej czerwoną strzałę, a ja lekko stuknęłam samochód koleżanki cofając i nie patrząc w lusterka i przede wszystkim zaczepiłam się z ciuchcią znacznie rysując boczek mojej Kijuni, więc jesteśmy chyba kwita. Całe szczęście i ustaliłyśmy od początku, że mamy 100% ubezpiecznie i na dzień dobry powiedziano nam, że spokojnie możemy rozbić te auta, bo są ubezpieczone. Rozbijanie tych aut zresztą regularnie rezydentom zdarzało się na Krecie. Miałyśmy też przez całe lato dość duży limit benzyny, więc przez kolejne miesiące służbowymi furami zjeżdżałyśmy Kretę wzdłuż i wszerz, łącznie ze słynnym Punto Safari, czyli wyprawą Punciakiem na południe Krety na offroadowy rajd po urwiskach czy Balos Safari czyli podróż po wyboistym urwisku Półwyspu Balos.. Tylko cudem z niego wróciłyśmy całe i zdrowe niemal nietkniętym autem.. Wycieczki Ani Matizem z szyberdachem i zestawem kapeluszy na składzie także były niezapomnianym doświadczeniem… Ale wróćmy do naszje pierwszej wizyty w biurze i naszych pierwszych prób jeżdżenia po Krecie.

W biurze pierwszego dnia spędziłyśmy w sumie 8 godzin, z czego produktywne było może 25 minut. Wszyscy byli mili (dopóki się od nich nic nie chce- przyp. Kasi po sezonie;)), ale pierdolnik na linii W(nasze biuro podróży z Polski – D (loklany tour-operator) jest niesamowity.

W sumie wyrywałyśmy im niemal z gardła listę hoteli i ich plus minus oznaczenie na mapie, mamy pod sobą 50 hoteli na przestrzeni 200 km – na dwie sooby, to trochę dużo… Wyobraźcie sobie, że te hotele muszą objechać 2 osoby, w każdym spędzić ok. godziny na spotkaniu z turystami i na dyżurze... Reguła jest taka, ze na 8. Spotkaniu jednego dnia nie wiesz jak się nazywasz ani co sprzedajesz… A każdy turysta zreszta zupełnie słusznie mysli, ze jesteś tylkow jego hotelu tylko na jego awołanie i ze dokładnie wiesz co jest w akurat jego hotelu w barze.. Przy dwustu hotelach oczywiście jest to kompletnie niemożliwe..

Potem wyrwałyśmy im z gardeł potencjalną listę turystów na najbliższy turnus, te listy i tak zawsze się zmieniały w ostatniej chwili, ktoś spoza listy był tak zwanym last minutem, to jest ok, jeśli last minute, którego nie ma na liście wychdzi z lotniska jako pierwszy, drugi lub trzeci, znacznie mniej wesoło jest jak wychodzi ostatni i wszyscy z listy już wyszli wczesniej i odjechali jedynym możliwym autokarem do hoteli… Niestety wyglada to tak, że biuro W cieszy się ze sprzedanych LM (last minutów), ale czy ten żuczek rezydent wie, że ma o jednego turystę/jedną rodzinę lub 10 osób więcej, to już niech się sam rezydent martwi… jeżli przylot jest np. o 22 to niech rezydent nei liczy że ktoś Polsce będzie odbierał od niego telefony..

W pierwszym turnusie miało przyjechać 50 osób. Potem w biurze pojawił się dziwny nie bardzo mówiący po angielsku (choć to naprawdę rzadkość na Krecie, szokujące pozytywnie ejst to, że rzeczywiście niemal wszyscy pracujący w turystyce naparwde nieźle mówią po angielsku) i powiedział, że ma dla nas auto i że musimy z nim biec, bo stoi na zakazie.. I oddał nam auto. Zaparkowane pod górkę na milimetry od innego auta w wąskiej uliczce. Od razu oddałam je Izie. Pod względem umiejętności kierowców dobrałyśmy się jak w korcu maku. Ja nie siedziałam z akółkiem od 4 lat od kiedy wjechał we mnie wielki bus i zmiażdżył mi totalnie auto, z którego zostałam tylko ja, Iza podobnie. Obie tuz przed wyjazdem na wariata brałyśmy dodatkowe lekcje, ale żadna z nas nie czuła się mistrzynią kierownicy, bo jednak Kreteńczycy jeżdżą jak wariaci, zwłaszcza w wąskich uliczkach w centrum Heraklionu. Każdy tu jeździ jak chce, nie ma reguł i naprawdę podziwim ją że nie straciła glowy jak gasł jej miliardy razy:) Wkrótce opracowałyśmy genialny system: Izie gasła samochód, ja zaciągałam ręczny.. ona odpalała i ruszała, a jej z siedzenia pasażera spuszczalm ręczny we właściwym momencie i ruszałyśmy. W ten sposób przejeździłyśmy pierwszy tydzień. Warto wpomnieć, że raz ten ręczny tak nam się zblokował na środku rusznia pod górke na jednym bardzo ruchliwym skrzyżowaniu w Hreklinie, ze nie chciał się spuścić po 2 minutach prób i mnóstwie decybeli klasonów za nami, Kasia konstruktywnie wysiadła, żeby powiedzieć Panu za nami, że niech nas ominie, bo nam się samochód zepsuł i tłumaczę muże hand break i te sprawy.. na to wielki włochaty koleś wyskauje ze swojego pick-upa, wyciąga Izę zza kierownicy Punto, wsiada na jej miejsce i z całej siły uderza w rączkę hamulca ręcznego. Hamulec puszcza, a wielkolud uśmiecha się szarmancko i mówi, że już wszystko OK. i możemy jechać. Trochę w szoku trochę jednak zadowolone podziękowałyśmy i pojechałyśmy dalej niemal płacząc ze śmiechu. Kiedy kolejnego dnia jechałysmy na autostradzie i w ręce Izy przy zmianie biegów została dźwignia zmiany biegów już wiedziłyśmy ci robić – tu już byłyśmy trochę bardziej spękane – bez ręcznego można jeździć, ale bez skrzyni biegów? Zjechałysmy na pobocze i zatrzymałyśmy pierwszy lepszy samochód i co zrobił pan zatrzymany? Wziął tę rączkę/dźwignię gdzieś tam włożył i uderzył z całej siły. Do końca sezonu raz na jakiś czas nam jeszcze wyskakiwała, ale już same tłukłyśmy z całej siły reka i wskakiwała…


W poszukiwaniu hoteli

Kolejny dzień na Krecie. Już zaczynam się trochę nudzić. Kreta chyba jednak nie jest za fajna. Zwłaszcza Heraklion i okolice. I ile mogę pływac w basenie.. Mój bloker chyba jest zbyt skuteczny, bo od 4 dni leżę min. godzinę dziennie na słońcu i nadal jestem biała jak kreda. Dziś od 9 rano robiłyśmy objazd hoteli, zjechalyśmy chyba z 10 na przestrzeni 100 km to ok. 10% hoteli, ktore nam podlegają. A jeździłyśmy od 9 do 18… Dodatkowo tu się nie używa map oprócz takich dośc ogólnych obrazkowych dla turystów, ale hotele po nich cieżko znaleźć…

Mój główny wniosek z dnia dzisiejszego: im większy hotel tym, mniej się ludziom tam chce. Tym mniej miła obsluga itp. Ale poznałyśmy też kilku bardzo miłych managerów, którzy pokazują nam hotele, zapraszają na lunche itp, super:) Przez 8 godzin prowadziłam po wąziutkich uliczkach jak również po autostradzie. No dobra, ekspersówce, ale zawsze... Raz osiągnęłam nawet 100km /h:) głównie jeżdżę 60, a na wąskich dróżkach 10-30 km/h:) Nasze punto jest zdezelowane, wczoraj zablokował się ręczny, dzis Iza wyrwała dźwignię zmiany biegów. (nie mogę uwierzyć, że tak było, jako, że już kilka miesięcy później, byłam powszechnie rozpoznawanym w okolicy wariatem drogowym słynącym z pokonywania trasy Heraklion – Chania 140 km w godzinę…)



Pierwsza wyprawa - plaża Vai

Objechalysmy już większośc hoteli. Zajełó nam to 3 dni i jeśli będziemy musiały zobaczyć jeszcze choćby jeden hotel, obie umrzemy… Więc postanowiłyśmy zobaczyć trochę Krety. Wybrałyśmy się na polecaną przez wszystkich plażę palmową Vai na samym pólnocno-wschodnim cyplu Krety. Plaża ta porośnięta jest endogenicznym lasem palmowym, czyli nikt nie wie skad tu te palmy same wyrosły. Kręcono tu ponoć reklamę „Bounty”. Aby zobaczyć to cudo, jechałyśmy 3,5 godziny po górach i serpentynach. Plaża obłędna:) (teraz już aż taka super mi się nie wydaje, ale jak widać kiedy zobaczyłam ja na początku, zrobiła wrażenie - przyp. Kasi po wielu miesiącach na Krecie).

W drodze powrotnej pojechałysmy do fajnego klasztoru Topoli, a potem do mieściny portowej Sitia. Sitia jakoś ans nie zachwyciła, ale plaża Vai super i tras Ado klasztoru Topoli też fantastyczna. W klasztorze jakby czas się zatrzymał niesamowity spokój.


Główna trasa pólnocnym wybrzeżem Krety: Agios Nicolaos- Heraklion- Rethymnon- Chania

Miałysmy płynąć na Santorini ale nie ma miejsc, więc pojedziemy zjechałyśmy niemal całe połnocne wybrzeże od Agios Nicolaos – czyli Świetego Mikołaja na wschodzie po Rethymnon na środkowym zachodzie. W Rethymnonie mamy aj kies hotele, dlatego zajrzałyśmy do tego cudownego miasteczka. Starówka powenecka jest tu przepiekna. Cudowne wąskie uliczki, wielka twierdza na wzgórzu, uroczy port i mnóstwo uroczych tawern z przepyszną frappe. Szkoda, że to aż 70 km od naszego lokum. Trasa od nas do Rethymnonu jest piękna, cały czas jeździ się nad morzem. Z jednej strony morze, z drugiej skały, a pośród tego świetna droga na miarę naszych najlepszych ekspresówek. Wszędzie przy drogach kwitną na różowo oleandry. Bardzo mi się dziś wszystko podobało, powiem inaczej, nareszcie zaczeło mi się podobaćJ Zachód wyspy zdecydowanie bardziej przypada mi do gustu niż wschód.

A wczoraj wieczorem byłyśmy też na greckiej nocy – wieczorze kreteńskim- wycieczce fakultatywnej - w cudnej greckiej wiosce, takiej prawdziwej, w Anapoli:) miasteczko fajne, a grecki wieczor też git!! cudne te ich tańce i muzyka na takich niby mandolinach zwanych dalej buzuki. Trochę takie tureckie. I zorba czyli sirtaki:) I piękni Grecy ech.. fajnie bylo:) naprawde:) a jutro jedziemy chyba w koncu same do Wąwozu Samaria – najdłuższego wąwozu Europy, glownej atrakcji turystycznej Krety:)

Chania jest przepieknym portem podobnie jak Agios Nicolaos, wszytkie warto odwiedzić.


Zaczyna się praca

Wczoraj przylecieli pierwsi turyści, więc spędziłam na lotnisku. Czas od 10 rano do 22 z 2-godzinną przerwą na lunch. Musisz być na lotnisku zanim przylecą turyści (weź poprawkę, że przylot może być wcześniej lub później niż planowany i generalnie nikt z własnej woli Cię o tym nie poinformuje - aby uniknąć takich sytuacji należy bardziej niż kimkolwiek innym żyć dobrze z ludźmi pracującymi na lotnisku i z kierowcami). Po przylocie należy turystów zgarnąć do autobusu i rozwieźć po hotelach, a tam pomóc przy zakwaterowaniu, bo nie wszyscy mówią po angielsku. Proste? No nie do końca. Przede wszytkim, jeśli stoisz przed wyłaniającymi się z hali przylotów turystami i wymachujesz im przed nosem wielkim logo, oni i tak pytają cię o twoje lub inne biura.. kompletnie nie czytają. Mają też często obsesję żeby wbiec do autobusu jak już tam zobaczą jakieś logo, choćby mieli zdeptać kierowcę, bo przecież trzeba zająć miejsce. Jeśli już łaskawie podejdą do Twojego biurka z wielkim logo, to i tak nigdy nie wiedzą gdzie jadą, jak nazywa się miejsce czy hotel, ani kto robił rezerwację. Często już wysiadając z samolotu są mocno pijani i agresywni. Rezydenta traktują jak śmiecia, który na dodatek chce ich na pewno oszukać i już przylatując wiedzą na co będą narzekac w hotelu, bo już czytali fora internetowe. Kiedy przylatuje 50 osób jest ok, kiedy 150, a was jest 2 z czego jedna musi wychwytywać ich z hali przylotów, a druga odznaczać na liście, kierować do właściwych autobusów, hoteli, w miedzyczasie koordynować kierowców, którzy czasem przyjeżdżają na czas, a czasem nie, dzwonić do biura, bo zawsze trafi się ktoś kogo ty nie masz na liście, potem próbować go gdzieś wcisnąć, bo skoro ty go nie masz na liście to kierowca też nie i nie ma miejsca w autobusie, a hotelu na trasie.. a jak dojedziecie do hotelu to może jeszcze zdarzyć się, że z niewyjaśnionych przyczyn nie ma takiej rezerwacji albo jest inny pokój, albo, że było opóźnienie lotu i nie będzie kolacja tylko zimne przekąski, ablbo ze zgnął bagaż itp.. To sobie wyobraźcie. Jeśli na dodatek jesteś w pracy od 16 godzin to naprawdę nie wiesz jak się nazywasz.

Ale to były dopiero spokojne fajne początki. Po 22 jak wrocilam czekał na mnie mój samochód, nie wiem co to za marka, ale jest ciut większy i ciut lepszy niż Punto. I srebrny. Tylko na początku nie umiałam włączyć świateł ani wstecznego - wchodzi przed jedynkę. No i pierwszy raz jechałam całkiem sama, bez Izy. I na dodatek po ciemku, a tu trzeba uważać bardzo, bo mnóstwo jest nieoznakowanych pojazdów stojących i w ruchu. Masakra. Jutro od 8 rano robię info meetingi w hotelach, znowu dużo roboty. A po południu mają nas przekwaterowac. Nie wiemy gdzie:) i muszę pojechać do centrum do biura po mój grecki telefon, znaczy kartę sim z greckim numerem. Ale ogólnie jest fajnie, nie jest to zbyt ciężka praca..


Po przeprowadzce

Jesteśmy już po przeprowadzce do Gouves do apartamentów Amare, czyli najmniej miłosnych apartamentów na Krecie, w jednym domu mieszkają tu wszyscy rezydenci wpsólpracujący z loklanym tour-operatorem, czyli głwonie my i Orbisowcy. Standard niezły i mam własny apartamencik z balkonem i kuchnią. To nie jest standard w pracy rezydenta. Miejsce też jest fajniejsze, spokojniejsze i ładniejsze. Takie dla rodzin z dziećmi, ale z fajnymi piaszczystymi plażami, co na Krecie wcale nie jest standardem. Na razie jest super. Ludzie tu są cudnie mili - wszyscy nas witają na ulicach, zapraszają do swoich kafejek, a jak usłyszą, że jesteśmy tourist guides to jeszcze bardziej. (Wkrótce okaże się, że bardzo się myliłyśmy i że zasadniczo ludzie rozmawiali z nami z dwóch powodów i żaden z nich nie jest fajny. Albo bo dość oczywiście nie wyglądamy na Greczynki, więc jesteśmy turystkami do poderwania, albo bo już wiedzą, ze tu pracujemy wiecznie chcą z nami robić interesy, prosza nas, żeby im przyprowadzac turystów itp. Stało się to istnym przekleństwem i fakt, że nie miałyśmy zbyt wielu normalnych relacji z ludźmi nie opratych na żadnej z w.w. motywacji chyba było dl ans najbardziej męczące na Krecie – obserwacja z kilka miesięcy później).
Mieszkamy teraz w Gouves, czyli z drugiej strony Heraklionu, tuż pod nim, bo na wschodzie mamy wiecej hoteli, więc będzie nam bliżej i nie musimy się przebijać przez cały Heraklion, a to dobrze. Dalej mamy do morza i nie ma basenu, ale przecież mamy samochódJ A poza tym mieścinka jest dużo fajniejsza. dziś spacerowałyśmy zwiedzając. Piaszczysta plaża, trochę skałek, taki klimat Chałup, nie to co w Amoudarze. To był sam beton, Mielno takie. Tu jest mnóstwo tawern nad brzegiem morza i bardzo mili miejscowi. I ogolnie jest spokojniej:) Już sobie upatrzyłam w sklepie przy plaży superowe kółko do pływania. Rozważam też zakup dinosmoka lub smokozaura lub smokodyla dmuchanego także:) ale to się zobaczy. Szok największy to to, że tu nigdzie nie ma hot spotów z darmowym łączem internetowym, tu w znaczeniu ogólnie na Krecie, ale już dziś odkryłyśmy tawernę z łączem, więc będzie dobrze, będę się z wami łączyć znad sałatki greckiej i pysznej kawy mrożonej. Frappe. A propo kulinariów- słataka grecka wymiata. Uwilbamy tez moussakę, czyli taką jakby zapiekankę na ziemniakach z mięskiem pod kołderką beszamelu, stifado, czyli gulasze i dolmades czyli gołąbki na zimno w liściach winogron. Wino lokalne mi nie podchodzi, piwa nigdy nie lubiłam, ale z ato kocham wina z Santorini… Obłęd…


Heraklion i ruiny pałacu minojskiego w Knossos
Heraklion zwiedziałyśmy już kilka razy, to największe miasto i zarazem stolica Krety. Nastawiłam się, że będzie to sam beton i masakra, a nawet znalazłyśmy ładne akcenty. W hreaklionie fajnie wybrać się nawę. Czuć tu Duz miasto, są fajne sklepy i dobre kafejki. Są tez ruiny obwarowań miejskich z czasów rzymskich, jest głowny plac z Fontanną Morosiniego zwaną też fontanną lwów, ładna loggia wenecka, kilka kościołów i port. I wspaniałe muzeum archeologiczne niesamowitymi zbiorami kultury minojskiej. Jak ktoś to lubi. Mieści się tu większość zbiorów z kreteńskich stanowisk archeologicznych, czyli głównie z Gortyny i Festos. Oprócz muzeum w Heraklionie wszystko to jest przy jednej ulicy. Atmosfera tej lekko ospałej stolicy Krety jest zaskakująco przyjemna:)

Pałac w Knossos to ciekawe ruiny najstarszej europejskiej cywilizacji - monojskiej. Mnie zaskoczył dość dużą powierzchnią. Generalei wszystko co tu jest zostało odbudowano, wybetonowane żelebetem wśród wielu kontrowersji przez Arthura Evansa.. Dla fanów archeologii polecam.



Wąwóz Samaria

Samaria to podobno najdłuższy wąwóz Europy. Naparwde warto zainwestować w wycieczke fakultatywną, gdyż dojeżdża się na górę, spaceruje 18 km w dół i ja bym szczerze nie chciała wracać pod górę. Wiec jest to rozwiązane tak, ze z dołu płynie się statkiem inne miejsce, gdzie czeka autokar. To 18 km to marsz po kamieniach – istna masakra, ludzie sobie łamali nogi po drodze, skręcali kostki, gubuli się itp., ale widoki zachwycające – w najwęższym punkcie wawóz ma 3 metry szerokości i 700 m wysokości, czad!! a potem rejsik statkiem:) Ogólnie fajnie dla ludzi z dobrą kondycją i w niezłych butach, adidasy wystarczą. Niestety głodni prowizji rezydenci chetnie posyłają tam 50-letnie staruszki ia panienki w klapeczkach, dlatego ta wycieczka jest jednym z najpaskudniejszych wyjazdów dla pilotów…No i jest to dość męczące, bo na wschodzie wsypy, żeby dojechac do Samarii trzeba wstac ok. 4 rano, ale za to albo się śpi w autobusie, albo ma się cały objazd północy wyspy z niesamowitymi widokami od Heraklionu po Chanię.Wraca się po 22. Ja i Iza byłyśmy wykończone.



Santorini

Kolejnego dnia ok. 8 rano wybrałyśmy się na boską wyspę Świętej Ireny, Santa Irini, czyli Santorini, czyli wg oficjalnych źródeł i kodyfikacji urzędowej - na Thirę. Wyspa cudowna - te białe domki jak z klocków, widok na morze i na skały cudny. Wycieczka na Santorini kosztuje 125 euro, ale naprawdę warto i na własną rękę wcale nie wychodzi taniej. Zwłaszcza, że dopływa się do portu, który jest na dole wyspy, a i Ia i Fira, czyli 2 główne miasta, są na górze i trzeba płacić za taksówki. Wycieczki zwykle wygladają tak, że najpierw zwiedza się Ia (spędza się tam ok. 1,5 h a szkoda, bo to najpiękniejsza część Santorini), potem ok. 2 h w Firze - ładne miasto, stolica wyspy, ale po artystycznej Ia już tak nie zachwyca, a na końcu albo jedzie na plażę powulkaniczną z czarnym piaskiem Kamari albo do gorących źródeł i aktywnego wulkanu. Widoki są przepiękne. Wracałyśmy zachwycone, ale z drugiej strony już zmęczone 3 dniami wycieczek, więc z ulgą przyjęłam myśl, że jutro normalna objazdówka po hotelach i że wreszcie może będzie czas się wykapac w morzu, bo w Gouves, naszym nowym miasteczku jeszcze nie było okazji

Gramousa, Balos, Preveli, Elafonisi, Matala, Kato Zakros, Chrossi - nto zdecydowanie też warto zwiedzić..

Czas tu tak szybko leci. Nie mogę uwierzyć że to już 4 tygodnie. Chora i pół żywa, wczoraj wkleiłam się na wycieczkę na Gramvoussę. Gramvoussa to taka wyspa-twierdza na zachód od Chanii, czyli na północnym zachodzie Krety. Wracając do Gramvoussy Izie coś się pomylało, ja mówię mamy tam być w Rethymno o 6.50 - wyjedźmy od nas o 5.30, Iza mówi, nie o 5.45 wystarczy, spoko ona będzie prowadzić bo ja jestem chora i oczywiscie spóźniłyśmy się autobus odjechal bez nas my go goniłyśmy poł Rethymno. Ja z dośc wysoka gorączką w zimowej bluzie z dreszcami i pokaźnym pakietem chusteczek higienicznych do paskudnie cieknącego nosa. Wreszcie złapałyśmy. Potem jadąc przez Chanię dojechaliśmy do promu.

DALEJ NIE CHCE MI SIE POPRAWIAC LITEROWEK, wiec czytacie na wlasne ryzyko..

 gramvoussa, wyspa twierdzajedna z dwoch przy krecie obok spinalongi wysp, ktore nigdy nie zostaly zodbyte przez turkow, jest niczym sczegolnym, ok kolr wody bjest sliczny prawie przezroczysty na zmiane z intensywnie blekitnym, turkusowym i granattowo atrmentowym, ale wpsinanie sie 20 minut na cholernie wysoka twierdze moglam bylam spbie spokojnie odpuscic, zwlaszcza, ze dieta tabcinowa dosc mocno oslabia, atam wialo jka cholera i widoki tez bez przesady. bylam tam jedyna osoba z dlugim rekawem, ale nie chcialam zeby mnie przewialo. ale potem poplynelismy do zatoki Balos.. i to bylo obledne.. jak Błekinta laguna. bo w istocie jest to jakby laguna. kolory wody byly obledne od przezroczystego przez niebieski, turkusowy do zielonego, zdjecia nawet tego nie oddaja, ale wygladalo oblednie... jak karaiby czy malezja. warto bylo zwlec sie z lozka nawet z choroba. a wieczorem po powrocie do ethymno spedzilysmy jescze fajny wieczor w miescie. poszlysmy na crepsy czyli nalesniki z andzieniem do takiego juz wczesneij zaprzyjaznionego lokalu. za 6 euro dostajesz nalesniora tak wielkiego ze dwie osoby nie moga go przejesc. a przy tym obsluga niezwykle mila. poczulam sie jak w rzymie. rethymno jako strae weneckie miasto slynie z waskich uliczek i portu w iscie weneckim stylu. noca jest tu oblednie, wiec zjadlysmy kolacje i pospacerowalysmy uroczymi ulliczkami po czym noca wrocilysmy do domu. to byl bardzo fajny dzien. a dzis walcze z restzkami grypy, mam nadzieje, ze wkrotce odpuszcza. dzis wtoerek dzien biurowy, trzeba bedzie sie zwlec pojechac na lunch do astira (hotelu) a potem do biura.. czy ja juz opisywalam historie zgrzybem? chyba nie:) opisze wam historie z grzybem, czyli cd po gatkach w panterke i skrzynce na listy z cyklu co polak potrafi. otoz polak potrafi byc msciwy. wkurzyc sie polak potrafi i pokazac im to polak potrafi, a jak wszytskie powyzsze czynniki zajda na raz to ychodzi taka oto hostoria: siedzi sobie kasia na kolacji w astirze i podchodzi do niej jej turysta i mowi tak: mam grzyba w lazience. jestem budowlancem wiem z eto grzyb i zeon mnie truje, grzyb nie powinien mieszkac w lazience w 4-gwiazdkowym hotelu. dotad jeszcze moglabym sie nawet zgodzic. ale potem pan ciagnie dalej: od 10 dni widz etego grzyba i od 10 dni on mnei yttruje ik ja go widze i nie regauje, ale dzis wkurzyl mnie manager i chce to zglosic. jak on mnie wkurzyl ja wkurze jego. proisze cos z tym zrobic zminic mi pokoj czy cos..wiec ide z managerem do tej lazienki, jest tam owszeem grzyb, manager cos mi sciemnia z enie ma, ale jest, tylko ten facet powinien to zglosic pierwszego dnia a nie 10. z zemsty. manager mowi, ok wiem czemu ten koles jest wkurzony, bo dla niego nasze drinki sa za slabe wiec nagminnie zmawia 4 drinki naraz i na oczcah barmana ostetntacyjne zlewa je w 1 zeby miec mocny, prosimy go, zeby nie chodzil nawalony jak swinia, zeby pil jeden na raz potem drugi, ale on nic, bo ma all inclusive i mysli ze wszytko mu wolno. dodatkow manager znalazl rozlaczony kombinerkami taki metalowy element do klucz aktory w pokoju wlacza elektrycznosc i klime. specjalnie ejst bardzo silnie przytwierdzony do klucza, zeby kloieci zabierali go z kluczem jak wychoidza z pokoju, zeby klima nie chodzila jak ich nie ma, bo to i koszty i nie ekologiczne. ale koles jakimis kombinerkami chyba sobie rozdzieli i klimatyzuje pokoj 24h na dobe. maanger wsciekly zabiera koncowke i mowi ok wymienie mu pokoj, ale za zgubiona koncowke ktora rekwiruje zpalaci mi 30 euro. ide do klienta i mowie, z eok pokoj zostanie wymieniony. klient na to, ze nie on nie bedzie sie teraz pakowal i wyprowadzal na 3 dni przed wyjazdem, bo on chcial tylko pokazac temu managerowi. ot pokazal nie ma co!! wiec ide do managerai mowie, ze klient juz nie chce wymiany, niech mi wiec manager odda tek koncowke ja wezme od klienta klucz i nie rbomy wieceej problemow. manager mowi, ze ok, zebym mu porzyniosla klucz to on je polaczy, jak tylko odsuwam sie od managera podbiega do mnie czekajacyu na to tchorzliwy klient i wrzeszcy ze manager ukradl mu te metalowa koncowke. ja mowie na to, ze nie nie ukradl tylko zupelnie slusznie zabral, bo niemzona tego zostawiac w pokoju i ze jestem epewna, z eto prze zprzypoadek odpadlo od klucza ( choc wiem, ze chlop niezle nakombinowal sie zeby to odczepic) i z eprosze o klucz to polaczymy i nie ma sparwy, koles oddaje klucz manager laczy, ja oddaje klientowi i wychodze hotelu, klient czuje sie wazny jak sto nieszcsedc, aja sobie mysle, jak ludzie potrafia byc maluczcy i jakie to marne. nie do konca podoba mi sie postawa managera, ktory oko za oko zab za zab ale tacy sa grecy, ale polacy.. o jejku.. wiecznie niezadowolenia.. kosmos!!! i nie ma co musza pokazac... cholera pokazaliby, gdyby umieli cokolwiek w jakimkolwiek ejzyku poza polskim. obsluga mowi po grecku, angielsku niemiecku i albo rosyjski albo francusku albo niderlandzku, a tu co.. anie me ani be w zadnym innym niz po polsku, ale on im pokazal.. po 10 dniach bo manager go wkurzyl, bo przezcie ztrzeba sie uchlac w hotelu codziennie jak jest all inclusive... zenada... az rece opadaja... na szcsescie ten manager bardzo mnie i ize lubi i naparwde dla nas jest ok... ale az przykro sie takimi sparwami zaqjmowac. albo druga nagminnie powracajca sparwa. ludzie w umowie z firma tursytyczna, kazda w tym miliardzie malych literek, ktorych nikt nie czyta maja jak byk napisane, ze doba hotelowa zaczyuna sie w dniu przyjazdu o 14, a konczy w dniu wyjazdu o 12 bez wzgledu na godzine przylotu i wylotu. i tak jeste zawsze w kazdym biurze i w kazdym hotelu do 12 trzeba sie wyniesc, oczywiscie mozna zapytac i czasme hotel pozawala jeszce jesc czy cos ale jest to tylko i wylacznie dobra wola hotelu, oczywiscie wszyscy to podpisuja nikt tego nie czyta. wiec zawsze slownie zawsze luydzie, ktorzy przylatuja o 10 rano sa wsciakli,z e musza czekac na pokoj do powiedzmy 13-14 bo trwa sprzatanie a ci, co maja wylot o 20 sa wsciekli, ze musza opuscic pokoj do 12 i nie jesc potem. ale sami to podpisuja... i nawet w durnym schronisku pttk opuszcza sie noclegownie o pewnej godzi8nie, ale tu nie nikt nie chce doplacac za przedluzenie hotelu ale wszysyc maja problem co oni beda robic.. wiec ja i pokazuje czarno na bialym co podpisali i mowie, ze prezykrop mi, ale sami panstwo zaakaceptowali te warunki umowy. i mam ich gdzies.. ale zdrugiej strony no nie wiem, dla mnie to jest oczuywiste z etak ejst i juz. ja ja bylam w hoteluu to ja sie pytalam w recepcji jak to jest i to recepcja mnie jako goscia zapewniala, ze spoko, ze nikt nas nie bedzie wyganial, z eoni nas tu kochaja.. no tak, ale do tego trzeba by mowic w jakims obcym jezyku... tak samo jak nie przyszloby mi do glowy zlewac 3 drinkow w 1 gdyby te 3 wydawaly by sie za slabe w barze hotrelowym.. nie wiem czy to ja ejstem jakas dziwna? wam by przyszlo to do glowy? przecie zmozna wypic zamiast 3 7 jeden po drugiem, ale zeby ostentacyjnie je zlewac??? kosmos jakis..... albo poprosic barman o ciut mocniejszy drink.. ale do tego znowu trzeba by mowic w jakims obcym jezyku... chociaz nie wiem czy slowo "duble" przekracza zdolnosc zapamietywania przezcietnego polskiego alkoholomaniaka... kosmos... ale szczerze mowiac rtaczej mnei to wszystko smieszy ide do managera i puszczam mu oko ze klient to swir i juz i ja i manager wiemy zeby go zlac choc oboje udajemy ze rzobimy wszystko co w naszej mocy zeby zedrzec grzyba ze sciany.. fajnie jest ogolnie.. fajnie sie napatrzec na tych ludzi, niezwykle ciekawe obserwacje posleczne tu prowadze... caluej was z ogromnym dystansem do swiata ludzi i tej mojej smiesznej roboty:)


Adam,

sorki za spoznienie, ale nie mam tu neta w domu:) info o Krecie: najlepiej wypozyczyc samochod i samemu jezdzic.. nie wypozyczac od rezydenta tylko z loklanych wypozyczalni:) tak jest najtaniej. 40 euro za dzien max. nie isc do wawozu samaria.. duzo chodzenia, a nie jest az tak super.. jesli chcecie wycieczke fakultatywna, plyncie na gramvousse - fajna wyspa i super lagoona w zatoce balos. najladniejsze plaze sa na wschodze,, heraklion- stolica nie wart odwiedzenia tak jak palac w knossos:) polecam wziac auto i pojechac do elafonisi - ja jeszcze nie dojechalam ale ponoc super albo do gaju palmowego przy plazy w preveli:) tak poza tym jest ok, chanie noca polecam i drugie miasteczko niedaleko- Rethymno jest super:)jesli masz ajkies pytani, pisz:) pozdraiwm i zycze milego wypoczynku:)





wczoraj w dniu wolnym pojechalismy z monia i aga z astira na wyspe chrissi. chrissi byla niesamowita,

widac tam wszystkie odcienie blekitu i niebieskosci, super zatoki, super laguny, prawie bezludnie, troche hippisow.. kosmos:

) do tego umyli mi samochod w ierapetrze - najbardziej pozlozonym na poludnie miescie europy. Kiedy bylysmy tam wpiatek poznalysmy dziewczyny z wypozytczalni aut, z ktora

wspolpracujemy, ktore zabraly nas na kawe, potem na fajna plaze poza ierapetre, potem na tradycyjny grecki obiad zlozony z

mnostwa przyzsmakow, frytki, kulki miesne, kulki z cukinii, salatka grecka, chleb z oliwa i pomidorami, souvlaki itp. mniami:

) w ogole strasznie faj e mile dziewczyny i dzis z znowu sie z nimi spo9tkalam, zeby mi zalatwily mycie mojej Kia-uni:) Chrissi tez boska..

Epizod..
i tak minęły mniej wiecej kolejne miesiące.. W koljenym roku Iza wróciła na Kretę do rethymno, a mnie ściska z zazdrości w Polsce:) I bardzo tęsknię:)