poniedziałek, 8 listopada 2010

Ucieczka z Ciudad del Este

Pół nocy nie spałam. Wysłałam wieczorem mojej potencjalnej hostce w paragwajskiej wiosce 2 smsy, oba pozostały bez odpowiedzi. Zastanawiałam się co robić i ni diabła nie chciałam utknąć sama gdzieś w środku paragwajskiej nicości, zwłaszcza po miłym pierwszym wieczorze w Paragwaju. Intensywnie myślałam co robić. Miałam do rozważenia 2 opcje- albo jechać sama do Asuncion albo przekroczyć z Olgą granicę i wrócić do bezpiecznej Argentyny i zobaczyć np. historyczne misje jezuickie w San Igancio koło Posada. Po bezpiecznej argentyńskiej stronie. Olga o 13 miała autobus do Brazylii. Musiałyśmy się rozstać. Trochę mnie niepokoiło samotne podróżowanie, a trochę czekałam już na nie z niecierpliwością. Obecność Olgi bardzo mnie rozleniwiała. Ona wszystko załatwiała. Chciałam już sama sprawdzić się, zobaczyć czy, a raczej jak będę sobie radzić sama. W tym kontekście doświadczenie paragwajskie było super, bo potem samotna podróż po Argentynie to bułka z masłem, czysta przyjemność. Nie chciałam rezygnować z P{Paragwaju, żeby nie czuć, że stchórzyłam. Tym niemniej misje też mnie kręciły, a wszyscy mówili, ze Asuncion to nic szczególnego. Wstałyśmy rano i po paskudnym śniadaniu - suchy chleb z masłem i dżemem ora skwaśniałym albo nieznośnie rozwodnionym woda gazowaną sokiem pomarańczowy- trudno ocenić – poszłyśmy na dworzec. Więcej życia na ulicy, ruchu. Nadal brud. Widać, że to kraj trzeciego świata. Mocno przypominał mi Indie. Poniekąd mi to odpowiada i z każdym krokiem czułam się bardziej swojsko. Niemal każdy facet nas zaczepiał. Ludzie tu wyglądają inaczej, To naprawdę Indianie Guarani, z ciemniejszą skórą, bardziej okrągłymi twarzami, prostymi włosami, wydatnymi ustami. Mnie się generalnie podobają, choć faktycznie kobiety nie umywają się do Argentynek. Podrywano nas więc na teksty nie wybredne. Rekord świata:” mam 28 lat i jestem be zobowiązań” wykrzyczane z otwartego okna zatrzymującego się przy nas samochodu. Słabo? Mnóstwo brudu. W Argentynie nie odważyłabym się spacerować środkiem ulicy pośród jeżdżących samochodów, tu to standard. Doszłyśmy do dworca. Wi-Fi nie ma w całym mieście, na dworcu tez nie. Nikt nie mówi po angielsku. Poddaję się, nie podoba mi się to jako potencjalnie samotnej travellerce. Decyduję, że wracam z Olgą do Puerto Iguazu i stamtąd pojadę sama do San Ignacio. Wróciłyśmy do hotelu, wzięłyśmy plecaczki i ruszyłyśmy pieszo ku granicy. To tylko 15 minut marszu, a widziałyśmy, że autobus i tak nas wyrzuci na granicy i pojedzie dalej. Postanowiłyśmy wiec same go tam złapać z podstemplowanymi już paszportami. Wczoraj opustoszałe miasto dziś jest autentycznie jednym wielkim azjatyckim niemal bazarem. Stragany ze wszystkim od kubków do mate po elektronikę. Masal dźwięków, krzyków, kolorów… Jak w Azji. Cudnie. W poszukiwaniu wi-fi trafiamy do słynnego przygranicznego centrum handlowego Monaliza. Plakaty reklamujące tę świątynię próżności zdobią pół północnej Argentyny. Wyobraźcie sobie w środku wielkiego bazaru, dosłownie Stadionu Tysiąclecia niepozorne centrum handlowe. Wchodzimy do środka. Uderza nas podmuch klimy. Dalej widzę tylko zachodnioeuropejską wypaśną galerię handlowa ze wszystkimi światowymi markami. Perfumeria dużo lepsza niż Sephora, sklepy z elektroniką, skórą wszystkim, piękne hostessy, chyba z importu, świetnie ubrani kolesie.. Gdzie my jesteśmy??? To jakiś świat w świecie. Niesamowite. Cudnie sztuczne Targowisko Próżności, gdzie za pół ceny Argentyńczycy mogą kupić wszystko, czego trzeba, aby się pokazać. Ale jest wi-Fi. Zaszyfrowane, ale Olga zdobywa kod. Sprawdzam CS. Brak mesydży i znaków, które pchnęłyby mnie do Paragwaju. To tylko utwierdza mnie w słuszności mojej decyzji. Czas nas goni, wychodzimy. Cała ulica do granicy to jeden wielki dziki trąbiący, dymiący, śmierdzący hałaśliwy ponadkilometrowy korek. Ja w tych azjatyckich klimatach czuję się jak w domu. Inna sprawa, ze z pragnienia musze kupić najdroższą w życiu puszkę Coli- za dolara! A wody w ogóle brakJ Przeciskamy się między samochodami i motorami i ruchomymi straganami do granicy. Mamy pieczątki i czekamy na autobus. Ma być co kilkadziesiąt minut. Mamy jeszcze 3 godziny do autobusu Olgi. Czekamy ok. pół godziny. Wreszcie w oddali majaczy żółty korpus naszej fury. Kiedy po kolejnych 15 minutach korka podjeżdża do nas chcemy wsiąść, kierowca nie chce otworzyć drzwi, mówi, ze ma pełno. Nie możemy nic zrobić. Olga jest zła, bo czasu mamy coraz mniej. Łapiemy pierwszy lepszy bus do Brazylii-Foz de Iguazu. Płacimy 7 peso każda. Bus podwozi nas niecały kilometr mija bezpieczątkowo brazylijską granicę i tuż za nią nas wysadza mówiąc, ze tu powinny być czasem autobusy do Puerto Iguazu. Bilans: czasu mało, nie wiadomo co robić czy i co tu podjedzie, jesteśmy w Brazylii bez pieczątek i właśnie przejechałyśmy najdroższy kilometr w historii Ameryki Południowej. Ale co robić. Kierowca mówiący po portugalsku, każe wysiadać, wysiadamy. We wskazanym miejscu czekamy na busa. Nie dziwię się stresowi Olgi, ale dobrze się trzyma. Mamy niecałe 2 godziny do jej odjazdu. Wreszcie po kilkunastu może kilkudziesięciu minutach [podjeżdża normalny autobus. Znowu 7 peso, ale jesteśmy szczęśliwe. Pytanie czy wypuszczą nas z Brazylii- nie mamy wszak pieczątki. Ale wypuścili i godzinę przed Olgi busem byłyśmy na miejscu. Poszłam don informacji spytać o busa do San Ignacjo, a Olga do sklepu. Okazało się, że mój bus odjeżdża za 15 minut i właśnie podjechał. Zostawiam Olgi Plecak w zaprzyjaźnionym desku i lecę na swojego busa. W przelocie się żegnamy i ruszam ku San Ignacio. Po 4 godzinach za 40 peso jestem na miejscu. Na dworcu znajduję, albo raczej jestem znaleziona przez właściciela hotelu El Jesuit. Cena standard 35 peso za noc, pan miły, mówi po angielsku, opowiada, co tu można robić, wchodzę w to. Załatwia mi taksówkę do hostelu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz