sobota, 6 listopada 2010

Dzień trzeci- 18 h podróży ku Iguazu Falls

Dzień trzeci zaczął się niespiesznym wstawaniem i pakowaniem. Chciałyśmy z Olgą wyjść z domu ok. 11, żeby ok. 13 wyjechać z Buenos Aires i jechać do Puerto Iguazu – jednych z największych wodospadów świata, by być tam kolejnego dnia od rana. Wyjechałyśmy o 14:30, a dojechałyśmy o 10 rano kolejnego dnia. Przemieszczanie się jest w Argentynie kosmicznie drogie na tę 18-godzinną podróż one way wydałam ponad 300 zł, dokładnie 343 peso. Taniej się nie da. Kiepsko. No ale przynajmniej standard niezły, co ważne zwłaszcza w tak długich podróżach. Najgorsza klasa – semi cama - pół leżąca to wielkie rozkładane do pozycji niemal jak dla mnie lezącej łóżka. W trakcie jazdy oczywiście WC to standard plus kawa i woda też. Ponadto cenie masz jeden ciepły posiłek i jakieś bułeczko przegryzajki ze 2 razy. Najzabawniejsze mi się wydało jak pan pilot-steward chodził między pasażerami z 2-litrówką pepsi i rozlewał do kubeczków każdemu. Super!! No ale zasadniczo wszyscy i tak piją tu mate, wiec każdy podróżuje z torebką mate, swoim kubeczkiem i termosikiem z którego raz po raz dolewa wrzątek i się jedzie. Za to o kawie nie wiedzą nic, piją bez mleka od razu słodzoną. Mocny niedobry ulepek. Ale chyba już się przyzwyczajam. O pizzy tez nie wiedzą nic. Za to mięsa tu i empanady są gitowe. Odkryłam tez fugazzę- pizza z samą cebulą, bardziej więc zwyczajny cebularz tyle że na pizzowym cieście, całkiem fajny w smaku. No i fajne jest to, że je się tu dużo mięsa. Podobno super jakości, choć ja różnicy z maminym mielonym nie czuje :P ale faktycznie nie jestem znawcą..

Do zmroku jechaliśmy przez płaskie zielone łąki. Tymczasem dziś rano obudziłam się już w dżungli, w prowincji Misiones. To stare pojezuickie tereny, gdzie zakonnicy chrystianizowali Indian Guarani - rdzennych mieszkańców tych ziem, głównej grupy etnicznej Paragwaju, którzy skąd inąd wynaleźli mate. Jest tu wiele akcentów polskich między innymi wioska Wanda założona przez naszych rodaków. Byłam w WandzieJ

Junga, bieda, wilgoć, ciepło.. od razu poczułam się bardziej swojsko niż w Buenos. Wokół jezdża stare pick-upy. Chaty przypominają mi klimaty Tomka Sawyera i Chaty Wuja Toma. Jakby czas się zatrzymał. Oprócz małych drewnianych chat, często pojawiają się tartaki, czasem jakieś miasteczko z małym dworcem autobusowym i barem i… nic więcej. Jest pięknie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz