Tunezja 30.05-6.06.20910
Czyli miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle
Ten wyjazd od początku jest jakąś tragedią. A więc najpierw z sensownego wylotu o 11 przełożono go na 7, co oznacza zameldowanie się na lotnisku o 5, więc wstawianie o 3.45. Potem okazało się, że Sun and Fun, czyli biuro z którym miałam lecieć na moje lajtowe wczasy do Tunezji, jako jedyne na świecie nie ma swojego stanowiska tam, gdzie wszystkie inne biura czyli w Terminalu 1, tylko odczapowo ukryte w Terminalu 2. Długo się go naszukałam. Następnie lot z polskimi turystami to jakaś masakra, już lęki przed lataniem, już wiedzą, że będzie bez sensu, już narzekania… Po czym lądujemy, a tu… no właśnie jestem chyba jedyną osobą na świecie, która wybiera się na nasłonecznianie w Tunezji, a tam.. leje… nie pada nawet, a zwyczajnie leje… super.. i zimniej niż w Polsce. A ja oczywiście same letnie sukienusie. To jeszcze nie koniec. No więc pada, a wręcz leje. Jedziemy do hotelu, wysiadam, a tam hotel okazuje się, że jest zamknięty, że otwierają go za miesiąc i nikt nie wie, dlaczego ktoś sprzedał mi ten hotel. Rezydentka zabiera mnie w deszczu do innego hotelu. „Inny hotel” to masakra, takiej łazienki w życiu nie widziałam, ale obsługa miła… Jak już się trochę rozpakowałam, dzwoni inna rezydentka, że za 10 minut będzie po mnie kierowca i zmienią mi hotel. Więc ja się znowu pakuje i czekam przy recepcji, po czym ta sama rezydentka dzwoni kolejny raz i mówi, że zaszła pomyłka i że jednak mi nie zmienią…Mówię jej, że dla mnie to już lekka przesada i ani z tego wszystkiego tu Sun ani Fun, ona mówi, że mi to wynagrodzą, na razie milczą. Ale hotel nie jest najgorszy i ma ładny basen.. Nie no dobra.. to jest masakra.. Alkyonides i Sofokles z Krety to przy tym wyższy standard…Dobra przesadziłam, ale ta sama jakość, a ja za to płacę 1450 zł.. Wycieczka fakultatywna na Saharę kosztuje 110 euro. Prawie jak Santorini. Rezydentka mnie zlewa i się nie odzywa, więc nie wiem jak ją kupić. Nawet reklamacji złożyć nie mogę, bo komu. Biur lokalnych nie ma, wiec Sahara albo z Sun&Fun albo wcale. Tyle o logistyce w fazie początkowej, przejdźmy do meritum, czyli spostrzeżeń nt. Tunezji.
Tunezja to chyba najpaskudniejsze miejsce na świecie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wygląda jak Ukraina Środkowa, a w najładniejszych partiach jak Alanya, czyli masakra.. Leje i wieje i jest zimno.. Brud i wszechogarniająca brzydota. OK, plaże są długie i piaszczyste, ale morze wyrzuciło tyle śmieci, że bajka…Poza tym, Tunezyjczycy są paskudnie natrętni. W ciągu 15 minut od wyjścia z hotelu usłyszałam więcej komplementów niż w ciągu 2 ostatnich lat i więcej propozycji seksualnych niż w całym moim życiu, a byłam w dżinsach i wyciągniętej bluzie. Wieczorem wyszłam w sukience i patrzyli a mnie jak na jakieś ufo.. nie dość, że sama, to w sukience.. ale trochę się bardziej boją jak jestem w sukience…Oni tu lubią szare myszki.. Poszłam najpierw nad morze, a potem brzegiem do mediny. Z mojego super hotelu to z 5 km w jedną stronę. I te natręty wszędzie.. Najpierw byłam miła, czyli spławiałam ich asertywnie, stanowczo wyznaczając swoje granice, ale po pół godzinie na chama zaczęłam im nie odpowiadać na „dzień dobry”. Zaskakujące, że ponieważ tu Polacy są chyba główną grupą turystów, to localsi świetnie mówią po polsku. Nie tylko Kali być, Kali mieć, ale naprawdę pełne konwersacje! Doszłam do tej mediny rozbierana i gwałcona wzrokiem, na dzień dobry spotkałam na plaży chłopca, który się na mnie gapił i robił sobie dobrze (walił konia totalnie mówiąc bez ogródek, ale inne określenia nie oddają tego, co robił…) i generalnie na tej plaży, a nie było ludzi wcale, bo zimno, nie czułam się zbyt bezpiecznie.
Poszłam do mediny. Po Fezie i Maroku mediny lubię, ale ciężko mnie zaskoczyć. Medina w Sousse jest naprawdę ładna, ale Fez ładniejszy. Ludzie w medinie wydawali się milsi, ale wkrótce okazało się, że jak zwykle albo chcą mnie zaprosić na kawę albo chcą pieniędzy, ale bez tragedii, nieagresywnie. Są bardzo tacy zapraszający. Weszłam do mediny i zaczęłam szlajanko. Oczywiście tam, gdzie nie ma ludzi. Zaczęłam zapuszczać się w coraz mniej uczęszczane uliczki, wchodzić w opustoszałe zakamary i pozwoliłam, aby to Duch Mediny mnie prowadził. Duch prowadził jak zwykle z dala od suków. W dziwnych zakamarach mieszkają dziwni ludzie. Najpierw poznałam pana od biżuterii. Oczywiście wciskał mi coś i tylko wycieczka Rosjan do jego sklepu mnie uratowała, ale pan był bardzo miły i powiedział mi wiele rzeczy np. o rączkach Fatimy, które w Tunezji, w każdym razie w medinie w Sousse można zauważyć na wielu drzwiach jako kołatki. Że na drzwiach jedna rączka oznacza, że mieszka tam jedna rodzina, a dwie rączki, że dwie rodziny, że ręka chroni przed urokami jak oko proroka w Turcji. Że kiedyś zamiast pierścionka na zaręczyny dawało się Tunezji buty. I że meczety tureckie są oktogonalne, a tunezyjskie czworoboczne. Generalnie dużo mi powiedział fajnych rzeczy. Ale w swoim sklepie… Wyzwolona przez rosyjską wycieczkę uciekłam. Ale pół przecznicy dalej były otwarte drzwi, a za nimi zamajaczył mi wielki tradycyjny piec w ścianie, więc, co robić, włożyłam nieśmiało, acz całkowicie, głowę do pomieszczenia. A tam już podbiega do mnie jakiś chłopak, żebym weszła. Okazuje się, że to tradycyjna piekarnia. Dali mi palucha i pokazali jak pracują. Zaproponowali, żebym coś kupiła, ale nie miałam kasy ani ochoty, więc podziękowałam i powiedziałam, że paluch najlepszy jakiego w życiu jadłam. To ich chyba usatysfakcjonowało. Jeszcze nie do końca opuściłam podwoje piekarni, kiedy w drzwiach piekarni przechwycił mnie kolejny koleś i powiedział, że pokaże mi dom sułtana. Więc zaczęłam iść za nim w wąskie i coraz bardziej odludne uliczki mediny.. I tak sobie myślałam, że to nie jest najmądrzejsze i że mam nadzieję, że moje córki nigdy nie pójdą w żadnej medinie z nieznajomym szukać sułatna. Ale sama o sobie pomyślałam, że na świat można patrzeć jako wieczna ofiara oszustów albo jak poszukiwacz przygód i domów sułtanów. Więc poszłam do domu sułtana. Co robić. Ishallach. Wszak to Duch Mediny miał mną rozporządzać… Dom sułtana miał piękne 300-letnie mozaiki na suficie i piękną lunetę i pan zaciągnął mnie na dach z panoramą na medinę i zapraszał na wieczór i wtedy zrozumiałam, że to przeginka, że na tych dachu naprawdę nikt mnie nawet nie będzie szukał, więc podziękowałam i wyszłam. Odkryłam też magiczne zaklęcie. Brzmi ono ”mąż w hotelu”. Nie zawsze działa, ale warto próbować. Tu zadziałało, ale na ulicy przechwycił mnie kolejny facet, który obiecał, że pokaże mi środek meczetu. Ten to naprawdę totalnymi zakamarami mnie przeciągnął, parę razy zadrżałam jak byłam w wydającej się ślepą uliczce z 6 znającymi się Tunezyjczykami mówiącymi coś między sobą…Ale po pewnym czasie kiedy już chciałam uciekać doszliśmy do meczetu. Ten koleś naprawdę mnie wkurzył. Bo już zdążyłam uwierzyć, że tacy bezinteresowni ci Tunezyjczycy, a ten chce kasy. No więc się z nim pokłóciłam, że nie mam i niech mnie natychmiast zostawi w spokoju. I został, ale żeby broń Boże nie zmienił zdania, ja już czmychnęłam z jego pola widzenia w suk. Suki są piękne i zadaszone. Pełne naciągaczy i handlarzy.. nie mój klimat, ale te kolory.. boskoJ Doszłam do głównego meczetu, placu i do portu, po czym zaczęłam wracać do hotelu.
Dodam, że szczytem wszystkiego jest to, że jak wracałam znowu 5 km brzegiem, to się przetarło i wyszło słonce, więc moja buzia nieprzykryta żadnym faktorem (po co skoro chmury i pada), teraz wieczorem jest buraczkowa i piecze jak diabli. Chciałam też dodać, że jestem pewnie jedyną osobą na świecie, która mając w domu i trzymając przez zimę 4 pełne aftersuny i jeden kończący się, do Tunezji bierze ten, który ma odrobinę na dnie.
Obserwacja socjologiczna na podstawie dowodu w postaci sukienki: Ten kraj jest kosmicznie zakłamany. Tak się szczycą, że najbardziej liberalny wśród muzułmańskich, jeśli chodzi o kobiety. I co? I facet pogina w kąpielówkach, a laska siedzi na brzegu w chuście, a mnie zjadają wzrokiem w sukience i boję się iść zakamarami.. Masakra!
W drodze do hotelu zahaczyłam jeszcze o supermarket (uroki HB) i kupiłam z niecałe 2 złote ćwiartkę wielkiego arbuza i muskana promieniami słonecznymi, dumna z działania zaklęć o mężu pomyślałam, że może ta Tunezja mimo wszystko nie jest taka zła.. Ale potem wskoczyłam w kostium kąpielowy i okazało się, że popołudniami słońca na basenie nie ma, jest za to zimno, że pan z recepcji, bardzo miły, ale jednak mnie podrywa, podobnie jak pan z baru, a na widok mojej krótkiej sukienki bez ramiączek im wszystkim dosłownie ślina cieknie.. więc po tym jak po beznadziei basenu poszłam na plażę, niemal z niej uciekałam.. Kolacja w moim hotelu skromniutka, ale smaczna.. oczywiście pan kelner też się ślini, dziad jeden.. Ja generalnie uwielbiam być adorowana, ale oni to robią tak niesmacznie tak oczywiście i prostacko… niefajnie.. A teraz mam zamiar odsypiać, bo co jako kobieta-singiel innego mogę robić w Tunezji, strach tu samej wyjść z hotelu, bo dla nich to że jesteś to wystarczająca zachęta. Dobrej nocy.
Dzień drugi przywitał mi okrzykami z korytarza o 7 rano, że już prawie nic nie zostało w stołówce. Super. Więc o 7.50 się zwlekłam, związałam włosy, wyjrzałam za okno sprawdzić co ze słońcem, słońce było, więc czym prędzej wskoczyłam w kostium kąpielowy, pochwyciłam ręcznik, żeby rzucić go na leżak, bo przecież pewnie będzie walka i pobiegłam na śniadanie. Śniadanie to masakra. Jadłam chleb z masłem i ogórkiem. Ich ser para-żółty jest paskudny, a poza tym były naleśniki, czyli fuj. Kawa też fuj. Posilona chlebem z masłem, dobrze, że chociaż masło było, acha przepraszam były też znienawidzone przez mnie croissanty, pobiegłam na basen. Tłumów nie było, więc zajęłam dogodny leżaczek, nasmarowałam się moim słynnym faktorem 30 i zaległam w celu wypracowania opalenizny. Zdążyłam jeszcze wysłać smsa do tej bezczelnej rezydentki, która miała się ze mną skontaktować, ale nie raczyła i opalałam się. Po 3 minutach zadzwonił telefon- pani rezydentka dzwoniła, że właśnie jest w moim hotelu. Łaskawie więc zwinęłam swoje gramoty, przezornie zostawiając ręczniczek i ruszyłam do pani rezydentki. Pani rezydentka ma więcej niż 30 lat i od 3 lat jest w Tunezji. Udzieliła mi kilku wskazówek, zapewniając, że tu jest bezpiecznie i że Tunezyjczycy są jednak ok. Kupiłam na jutro i pojutrze wycieczkę dwudniową na Saharę. Praca rezydenta w Tunezji ma ogromny plus. Tu samodzielne podróżowanie jest na tyle trudne, że faktycznie wycieczki schodzą jak świeże bułeczki. Zdecydowałam, że w piątek sama pojadę do Tunisu i Sidi Bou Said, a na Saharę na tę mega drogą wycieczkę z biurem. Przynajmniej jedną noc prześpię w Tunezji podczas tej dwudniowej wycieczki w czterogwiazdkowym hotelu… No więc kupiłam i przy okazji jak męczono panią Mariannę telefonami napomknęłam, że też jestem rezydentką i już po 3 minutach znalazłyśmy wspólnych znajomych. Okazuje się, że pani Marianna wcześniej pracowała dla Orbisu z Dominiką z Krety. Pierwsze lody przełamane, a pani Marianna zaproponowała, że podrzuci mnie do El Kantaoui, czyli sąsiedniego miasteczka-portu, no i podrzuciła i sobie jeszcze pogadałyśmy o trudach życia rezydenta w Tunezji, na Krecie i życia w ogóle, miło tak. Bardzo fajna rezydentka. I wylądowałam w El Kantaoui. Jest to miasteczko portowe, moim zdaniem jeden wielki hotel-port, bardzo ładny zresztą. Ładny deptaczek wszędzie, porządek, kafejki, port i plaża. Hotele chyba wyłącznie 4 i 5 gwiazdek, ale naprawdę fajnie tam. Połaziłam, wypiłam horrendalnie drogą jak na Tunezję kawę (5TNR) i plażą wróciłam do Sousse. Dziś jest piękne słońce, więc korzystam. Po powrocie do hotelu, od razu udałam się na basen sprawdzić, czy mój ręcznik jeszcze tam jest, był, a jakże, więc zaczęłam się opalać, ale że jest 13, to po półgodzinie słońce tak grzało, że wymiękłam. Napisałam wam relację, teraz ją wyślę i schowam się w cień z okularami i gazetką.
Przez kolejne 3 godziny czytałam zaległe Wyborcze z miliarda minionych tygodni i próbowałam wmówić mojemu brzuchowi, że wcale mu się nie chce jeść. Wszystko to z lenistwa i niechęci do spaceru do sklepu, wszak za 2 godziny kolacja. Skutek był taki, że na kolacji pojawiłam się pierwsza wygłodzona jak wilk, a z rzeczy jadalnych były.. buraki.. na szczęście ugotowane. Więc zjadłam miliardy jednostek buraków z oliwkami. I pobiegłam do mediny na spotkanie z couchsurferami. Nie ma ich i nie ma, włóczę się więc po medinie sama. Zmrok dawno zapadł, nie ma tu żadnych turystów ani kobiet w ogóle, a ja się włóczę, niechcący trafiłam w jakieś zakamary, a potem w opustoszałe mury mediny… nie było tam zbyt bezpiecznie, więc biegiem ruszyłam do portu i po ekspresowym targowaniu o taksę w głowie układając negatywne referencje, wróciłam do hotelu. Dopiero dziś zdałam sobie sprawę, że maj ma 31 a nie jak myślałam 30 dni, wiec 1czerwca i spotkanie nie było wczoraj tylko dziś..
Ale dziś to ja wstałam o 5.30, bo o 6.25 miałam wyjazd na dwudniową wycieczkę na Saharę. I tu znowu ani Sun ani Fun, tylko miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.. Na wycieczce jestem jedynym singlem i jedyną osoba poniżej 50. roku życia. Po tym jednym dniu mogłabym o polskich turystach napisać więcej satyr niż po sezonie pracy jako rezydentka. Chyba rzeczywiście Tunezję ze względu na niską cenę wybierają wszyscy, którzy jadą pierwszy raz za granicę na wakacje za ciężko zaoszczędzone, ale jednak marne pieniądze, naczytali się bajek o 5-gwiazdkowcach i tego samego szukają w 3 gwiazdkach… Cała wycieczka polega na schlebianiu najniższym gustom. Pan pilot to Tunezyjczyk mówiący po polsku i próbujący mnie obmacywać. Co drugie zdanie wtrąca „cholera”, a cały autokar bije mu brawo! Ale trzeba przyznać, że jego znajomość polskich związków frazeologicznych i przysłów zdecydowanie zawyża średnią w autokarze…Okazało się, że jako jedyny singiel będę musiała dopłacić za single room.. Więc ja się burzę, że i tak płacę 110 euro, rezydentka nic nie powiedziała o dodatkowych opłatach a tu jeszcze za hotel.. i pisze do rezydentki podłego smsa (to już kolejny), którego treść w skrócie można by ująć tak, że najpierw zabiję ją a potem wszystkich na literę Sun and fun.. Moha, czyli nasz pilot natomiast proponuje, że on mnie wspaniałomyślnie przygarnie do siebie… Najpierw jestem w szoku, który odebrał mi mowę, kiedy ją odzyskuję mówię, że nigdzie mnie nikt nie będzie przygarniał bo ja nie jestem na tej wycieczce, bo Moha mnie lubi, tylko za nią zapłaciłam i żądam należnych świadczeń.. Mimo iż jestem dumna zarówno z treści i siły mojej wypowiedzi, jak też sformułowań jakich użyłam, Moha nie przyjmuje tego do wiadomości, w międzyczasie dzwoni do niego rezydentka ochrzania go, że jestem z branży, on fałszywie mnie przeprasza, obiecuje pokój bez problemów (więc jednak można?), ogólnie jest niesmacznie, ale pokój za free single mam.. I trochę nerwów nadszarpniętych też.. Cała wycieczka jest dość rozczarowująca.. a może to Tunezja?? Cały czas nie mogę się wyzbyć porównań z Marokiem i te porównania cały czas wypadają na niekorzyść Tunezji. W Maroku ludzie są milsi, mniej natrętni, mniej zakłamani, podróżuje się łatwiej, kraj jest bardziej przyzwyczajony do turystyki indywidualnej, podczas gdy w Tunezji wszytko zorganizowane pod niewymagającego klienta grupowego. Nawet pustynia w Maroku jest o niebo ładniejsza. I mówię to mimo i z zasadniczo mnie tam porwano.. Jechaliśmy dziś pół dnia przez pustynię w Tunezji i wszędzie tylko syf i nic ciekawego. Oglądaliśmy jedne domy Berberów wykute w skale - poracha, to już nawet podziemne miasta w Turcji były ciekawsze. I te dziadki w autobusie mnie zgadujące cały czas, czy to wapienie czy nie wapienie czy półpustynia czy już pustynia.. no masakra. Jedyne co dziś widziałam naprawdę fajnego to koloseum w El Jem, ale też daleko mu do rzymskiego. Przynajmniej z zewnątrz. Wszystko takie piaskowe, toporne. Wygląda nowocześnie, nie wspominając o jakimkolwiek porządku, zwłaszcza wielkim. Nie zdziwiłabym się, gdyby było wybudowane 20 lat temu.. Ale robi wrażenie. Pewnie dlatego, że zawsze żałowałam 10 euro żeby zobaczyć rzymskie To jest tańsze, nawet za fotografowanie płaci się 1 dinara!! Czyli 2zł.. Koloseum jest nieźle zachowane, mona wejść na 3 piętro i popatrzeć z góry jak również przejść podziemnym korytarzem do areny. Patrząc na to łatwo poczuć się bogiem. W ogóle to Koloseum to taki jakby mini świat cały sam w sobie. Jakby poza nim nic nie istniało (w istocie istnieje niewiele). Wiem, że to zasada budowania antycznych teatrów i cyrków, żeby były oddzielone od świata zewnętrznego, ale w teatrach tak tego nie czuję. Tutaj to się czuje bardzo. I ta straszna żenada lasek cykających sobie seksi foty w koloseum.. jakby nie wiedziały że to sumie jeden wielki cmentarz.. pewnie zresztą nie wiedzą… one też uważają, że to miejsce zabaw i igrzysk.. Ale pewnie się czepiam, bo mnie nie ma kto robić seksi fot Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Na szczęście śpię w fajnym hotelu. Jedzenie w Tunezji to maskara, oczywiście nie mogę nie dodać, że jest o niebo gorsze od marokańskiego, nawet taginy takie bez groszku niedobre.. Pikantne i mało nawet w hotelach, fuj… taginy nie umywają się do marokańskich, że o qous –qousie nie wspomnę.. Plusem jest to, że cały dzień unikałam słońca i nadal jestem biała jak ściana, czyli też niepoparzona… Idę spać, bo jutro wstajemy o 4…
Dzień czwarty czyli padam na pysk i/lub kocham Saharę
O 4 rano zadzwonił recepcjonista i rzucił słuchawką, co zdaje się oznaczało, że należy wstać, zwlekłam się więc z łóżka, dokonałam powierzchownej acz starannej porannej (?) toalety i ruszyłam do restauracji na śniadanko. Wszyscy już tam byli, toteż po pochłonięciu pysznego śniadanka, wróciłam po bagaże, wsiadłam do autokaru, znowu siedziałam koło dziadka mówiącego o rodzajach podłoża i ruszyliśmy ku słonemu jezioru.
Jezioro tak naprawdę jest bardziej wyschnięte i lub bagnisto-muliste niż to, co my nazywamy jeziorem, ale zrobiło na mnie i tak ogromne wrażenie. Otóż przez pustynię albo raczej zagłębienie, które ma niby być jeziorem, totalnie środkiem poprowadzono fajną asfaltową drogę, jedzie się więc środkiem wyschniętego jeziora. Wszędzie na piasku widać sól, jest więc biało. Miejscami wygląda to jak śnieg, miejscami jak pustynia. Czasem trafiają się oczka wodne, ale mają bardzo nienaturalne kolory ze względu na występujące tam metale. Takie oczko słonowodne zwykle jest czerwone, zielone albo intensywnie niebieskie.. kosmos.. Najzabawniejsze że to dziwne coś to naprawdę jest wciągające bagienko. Wiatr pustyni w połączeniu ze zjawiskiem, którego nigdy wcześniej nie widziałam wprawił mnie od razu w dobry humor. Mimo iż unikamy się z pilotem, bo nie lubię dziada ze wzajemnością, zaprzyjaźniłam się z kierowcą. To bardzo miły pobożny muzułmanin, który opowiada mi wiele fajnych rzeczy i z nieludzką wręcz cierpliwością odpowiada na wszystkie moje pytania. Nasz pilot Moha-Mucha, jakąkolwiek antypatią bym go nie darzyła, też wnosi kilka interesujących informacji do mojej znajomości islamu, więc nie jest najgorzej. Moha jest zafascynowany śmiercią i pogrzebami i najchętniej o tym mówi, a to fajne. Wiedzieliście, że ciało muzułmanina goli się całkowicie przed pogrzebem? Ja nie wiedziałam, albo że Koran mówi, że grób muzułmański nie powinien być wyższy niż 20 cm? Bardzo interesujące.
Następnie po krótkim postoju na fotkę, ruszyliśmy do oazy, gdzie trzeba było dopłacać za przejazd bryczką, ale po wczorajszej awanturze o single room wepchnęłam się za free. Bryczka zawiozła nas przystosowanej pod turystów oazy. Trochę wyglądało to jak marokański Tinerhir, tyle, że sztucznie stworzony pod turystów. Szczytem jednak gorszej namiastki Tinerhiru będzie Chebika, którą odwiedzimy po południu. I tak w naszej turystycznej tunezyjskiej oazie zbieracz daktyli wspinał się za dinara na palmę i machał Polakom, którzy robili mu z michą banan foty. Żeby nie było ja też robiłam. Był wykład o zapylaniu palm, o daktylach i o różach pustyni.
Róże pustyni widziałam w Tunezji pierwszy raz w życiu. To taki kamyczkowaty twór w kształcie róży. Wygląda jak róża do tego stopnia, że zanim mi to powiedziano, wiedziałam, że to właśnie ona - róża pustyni. I chyba się zakochałam w tych mino skałkach, w których zaklęte jest słońce, piasek i wiatr Sahary. Mają coś w sobie. Niby to tylko siarczan wapnia, ale.. Uzależniłam się też już chyba od orzechów w karmelu. Normalnie jem je tu i jem i przestać nie mogę.
Z nieco przykurzonej oazy pojechaliśmy na jeep safari. Mieliśmy bardzo fajnego kierowcę, który nie mówił ani słowa po angielsku, ale mimo to, a może właśnie przez to, rozbudzał on mą wyobraźnie i rozpalał zmysły. Miał ok. 50 lat i był takim twardym mężczyzną pustyni o skórze spalonej słońcem i wysmaganej wiatrem. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy miał na głowie chustę związaną tak jak arafatka, fajne spodnie i niezłe jak na człowieka pustyni sandały (wiecie, że buty mogą wszystko zepsuć, ale te były ok.), jalabę czyli tę ich pustynną koszulę i kamizelkę. Miał też czarne duże okulary, czarne tajemnicze i nieco złowrogie oczy, w których odbijało się słońce i wielki orli arabski nos. O silnych rękach mężnie dzierżących kierownicę nie wspomnę. I nagle uświadomiłam sobie, że stoi oto przede mną uosobienie męskości.. Ech przez jeden dzień chciałabym być kobietą pustyni, która siedzi w kazbie i czeka aż jej mężczyzna wróci z Sahary. Wtedy on taki osmagany słońcem, spocony wchodzi do domu i całym tym ukropie… grrrr… no bosko.. i te jego piękne ręce i nos… Więc tak sobie wyobrażałam, co mógłby mi robić, albo co ja mogłabym zrobić jemu gdzieś w małej berberskiej kazbie w środku pustyni i tak jechaliśmy tymi jeepami po kolejnym słonym jeziorze…
Mężczyzna pustyni pokazał mi fatamorganę, Niesamowite zjawisko! Dość powszechne tutaj przez tę całą sól. Nie wiem, czy to światło odbija się od kryształków czy coś tam paruje, ale naprawdę nagle zaczyna się widzieć wodę i widzą ją wszyscy, mimo iż wcale jej tam nie ma. Niesamowite.
Jechaliśmy więc tak dalej jeepami aż do miasteczka, gdzie kręcono którąśtam część Gwiezdnych wojen i teraz nadal dla turystów środku piasków pustyni hen hen od wszelkiej cywilizacji nadal stoi i czeka kosmiczna makieta.. Fajne to, ale jak dla mnie bardzo bliskie autentycznych berberskich siedlisk, które widziałam w Maroku… Inna rzecz, która trzeba przyznać to fakt, że pustynia w tym miejscu jest bardzo ładna, czysty biały piaseczek i wydmy.. Nie to co Erg Chebbi w Maroku, ale też ładna
Następie pojechaliśmy do Chebiki. Jeśli ktoś nie był nigdy w gaju palmowym pośród gór, to Chebika jest zachwycająca. Mała, ale zachwycająca. To taka namiastka Tinerhiru i Wąwozu Todra. Piękne skały a pośród nich gaj palmowy, strumyk, źródełko. Mnie jako miłośniczkę formacji skalnych oczywiście bardzo to kręciło.
Następnie wróciliśmy jeepami do autokaru i pojechaliśmy przez Metlaoui, gdzie nie ma nic ciekawego, do Kairuanu, czyli świętego miasta. Czwartego z najświętszych w islamie. Zaraz po Mekce, Medynie, Jerozolimie. Mnie Kairuan bardzo się spodobał, bo to czyste i spokojne miasto. Bardzo spodobała mi się atmosfera, choć nie ma co ukrywać miasto to meczet i dwie ulice na krzyż. Ale jest czysto i nawet straganiarze mniej natrętni. Jeden z nich miał piękne oczy i tożsamo twierdził o moich. Odbyłam z nim długą rozmowę na temat oczu, ich kolorów i upodobań Tunezyjczyków. Otóż okazuje się, że oczy zielone są dla nich kosmiczną rzadkością. Oni sami mają ciemne, a przyjeżdżające tu super blondyny z Europy mają zwykle niebieskie. Podczas, gdy zielone są dla nich kosmosem. Było bardzo miło. Meczet oglądany z zewnątrz górujący nad rozległą niziną jest ładny, ale po Maroku.. no wiecie… Co ciekawe materiały, których użyto do jego budowy, pochodzą zdaje się z VII w. pne Były przywożone tu z Kartaginy i niektóre głowice kolumn nawet te na zewnątrz meczetu są naprawdę bardzo interesujące.. wróciliśmy autokarem i padłam o 21 spać.
Dziś będę ciężko pracować nad opalenizną, a jutro pojadę do Tunisu i jeśli mi się to uda to też do Sidi Bou Said.
No i się udało. Ale zacznijmy od początku. Dzień opalania, jak z pewnością przynajmniej niektórzy z was wiedzą to nie jest dla mnie nic przyjemnego. Leżenie plackiem na słońcu mimo iż przynosi wspaniałe efekty kolorystyczno-skórne, jest niesamowicie denerwujące. Więc ok. 11 (zaczęłam ok. 10) byłam już mocno znudzona, a od 13 jechałam na rezerwie sił witalnych. Ale zdecydowanie wydawało mi się że widzę wzrost pigmentu w skórze. Obserwacji tej nie potwierdziły późniejsze badania w warunkach lustra w pokoju, ale ja miałam dość. Ok. 14.30 wróciłam do pokoju, napisałam Wam co słychać, przejrzałam zdjęcia, przeczytałam gazetę i poszłam nad morze. Upierdliwusy tunezyjskie mnie oczywiście obskoczyły do tego stopnia, że musiałam uciekać przez obcy hotel. Dosłownie przeskoczyłam jakiś płot i znalazłam się w obcym hotelu. Wróciłam do swojego Sindbada (hotel nie mylić z mężczyzną) i dostałam smsa od lokalnego couchsurfera, żeby się spotkać wieczorem na kawę. Zgodziłam się ochoczo i tuż po wczesnej kolacji pojechałam lokalnym autobusem do mediny.
Czy już Wam opisywałam przygodę pt. podróż komunikacją miejską w Tunezji? Jeszcze nie. No wiec autobusy jeżdżą jak chcą, około raz na 20 minut, przynajmniej w mojej okolicy. Trzeba na nie machać, żeby się zatrzymały. Są brudne i przegubowe, ale bilet jest tani (z mojego odległego hotelu do mediny mniej niż dirham, dla porównania taksi przy bardzo dobrym targowaniu 3-4 dinary, czyli 6-8 zł). W autobusie otwierają się tylne drzwi i tam pan sprzedaje bilety. Potem wszyscy obcinają cię od góry do dołu, siadasz i jedziesz do mediny modląc się, żebyś stała się niewidzialna. Jeśli ci się udało, musisz w porę niemal wyskoczyć z ruszającego już autobusu drzwiami tym razem przednimi. Niech cię ręka boska broni przed pomyłką, bowiem inne się nie otworzą. Kiedy czekasz na autobus, to mimo iż stoisz na przystanku i masz obie ręce, a więc teoretycznie jeśli potrzebowałabyś taksy, zamachałabyś na nią, nieważne! i tak zatrzyma się przy tobie min. 10 taksówek pytając: „taksi? taksi?” Nawet jak odpowiadasz, że nie, obcinają cię oczywiście od góry do dołu, co to za Ufo chce jeździć autobusami no i w ogóle (czyli jakie są szanse, że jeśli zaproponuję seks powie tak). Możesz tez złapać luage, czyli zbiorową taksówkę- minibusa. Te z niebieskim paskiem z boku jeżdżą w obrębie miasta i na peryferie. Te z czerwonym paskiem kursują miedzy dużymi miastami. Wszystkie jeżdżą jak totalni wariaci. Konstrukcja luage’y bezpieczeństwem dociąga być może do poziomu malucha, ale nie więcej, tym niemniej luage nie jeżdżą wolniej niż 110 km/h. Dodam, że nikt nie robi tu sobie nic z pasów drogowych i każdy każdemu wcina się na milimetry jak również hamuje na zderzakach. Zalety podróżowania luage’ami to przede wszystkim niska cena, prędkość transportu no i szansa poznania localsów. Dodam tylko, że kierowca może się wkurzyć, wtedy zaczyna wrzeszczeć, bo że pali prowadząc to absolutny standard podobnie jak fakt, że muzyka może pozbawić słuchu każdego, wściekły kierowca potrafi też zatrzymać się na autostradzie i wyrzucić kogoś z luage’a- widziałam to podczas mojej podróży z Tunisu do Sousse. Na dodatek jak prosisz taksówkarza, żeby podwiózł cię na stację luage’y jest w szoku, wszak białasy nie jeżdżą luage’ami, nawet mój znajomy locals błagał mnie, żebym zdecydowała się na pociąg, bo luage to środek transportu dla samobójców. Jednak trasę Sousse – Tunis pokonuje w niecałe 1,5 h (150 km). I niewątpliwie jest przygodą. Poza powyższymi są jeszcze pociągi, czyli bezpieczna forma transportu, acz droższa i wolniejsza - dla białasów i bogaczy, a w samym Tunisie jest nieźle rozwinięta sieć tramwajów oraz naziemne metro, czyli kolejka podmiejska jeżdżąca do Kartaginy i Sidi Bou Said. Oprócz mnie nie było tam wprawdzie żadnych więcej Europejczyków, ale kolejka względnie czysta i bardzo zatłoczona.
Zanim przejdę do opisu Tunisu, pozwolę sobie wtrącić kilka uwag, czyli czego nie udało mi się zwiedzić i czego żałuję oraz nowe fakty o Tunezji. Bardzo żałuję, że dlatego iż miałam mało czasu, byłam w pojedynkę (to znacznie podnosi koszt taksówek i obniża morale), miałam tylko leżeć na plaży i odpoczywać, nie miałam auta, więc z powyższych przyczyn nie udało mi się zobaczyć ksaru w okolicy Madenine i przejechać kolejką w Górach Atlas w okolicach Miras oraz zobaczyć ruin w Dougga. Wszystkie miejsca te są w kosmicznie różnych częściach Tunezji. Wszystkich żałuję. Największa beznadzieja jaką widziałam to oczywiście turystyczne regiony z Sousse na czele. Jeśli medina w Sousse jest na liście UNESCO to kompletnie nie wiem dlaczego. Nie dojechałam ani do Monastiru ani do Mahdii ani do Hourii, ale przypuszczam, że są niewiele lepsze. Z tego co mówili mi localsi, Sousse i Monastir to kurorty dla biednych turystów i jest tu taniej, a Hammamet i Djerba to enklawy turystów bogatszych. Tunis mi się bardzo podobał, a sukami jestem wręcz zachwycona, ale o tym zaraz. Jeszcze chwila obserwacji para-socjologicznych.
Najpierw opowiem Wam zabawną historię, która przydarzyła mi się wieczorem.. Wychodzę już z mediny, mam 15 minut do spotkania z Mahometem i nagle podbiega do mnie chłopak i mówi, cześć to ja, nie poznajesz mnie, jestem kelnerem w twoim hotelu. Ja wprawdzie nie poznaję, ale że kompletnie nie zwracam uwagi na kelnerów, to nic szczególnego. On mówi, tak, tak ja już po pracy, zapraszam Cię na herbatę. Ja ok., mówię, ze mam tylko 15 minut, on, że ok., bo on taki po pracy zmęczony, ten kelner biedny, pijemy tę herbatę, on tylko 27 razy powtarza, że jestem dla niego jak siostra, choć taka piękna, piękne oczy, i że sama moja obecność jest dla niego taka miła, a może seks? Jak nie to spoko, przecież jestem jak siostra.. Słowotok ma taki, że nawet słowa nie mogę wtrącić. Kurcze on wcale nie oddycha, tylko gada i gada… I nagle mnie olśniło! Pytam, w którym hotelu pracujesz? On mówi nie wierzysz mi, nie ufasz, dont trast? I can show u my ID.. kasia omiata wzrokiem okolice analizując swoje szanse, sami faceci, sami localsi z mediny, wiec mówi szybko, nie nie nie trzeba trast, trast.. i myśli ty idiotko!! Każdy mógłby Ci wkręcić taki bajer. Wiec zanim niełapiący oddechu nibykelner po raz 28. raz zapytał czy może jednak seks.., przerywam mu, dziękując za herbatę i mówiąc, że mam randkę z innym localsem i wybiegam z kafejki. To się nazywa bajer na kelnera z Twojego hotelu.
Co do tych natręctw proseksualnych, czyli wszelkich propozycji, wynikają one z trzech głównych przyczyn- socjolog Kasia tłumaczy - po pierwsze zbajerowanie i skuszenie do wyjścia za mąż Europejki daje im paszport, a normalnie dla biednych Tunezyjczyków wyjazd z kraju jest niemal niemożliwy. Po drugie nuda: duże bezrobocie zwłaszcza wśród młodzieży, nie bardzo mają co robić, więc podrywają Europejki. Po trzecie tutaj seksturystyka starszych Pań naprawdę istnieje i to w takiej dość żałosnej formie. Ja sama widziałam na plaży kilka starszych wielkich pomarszczonych Niemek z cudnymi młodymi Arabami. Głęboko im współczuje swoją drogą (Tunezyjczykom nie Niemkom), bo to naprawdę były wieloryby! Dzięki temu są oni bidulki bardzo pewni siebie i myślą, że generalnie my wszystkie jesteśmy chętne.
Zanim nastał dzień wyjazdu do Tunisu spędziłam uroczy dzień z Mahometem. To tak a propos chętnych i gotowych. Mahomet to ambasador CS w Sousse. Świetnie się bawiliśmy, piliśmy kawkę, paliliśmy shishę… Swoją drogą paliłam tu najlepszą shiszę w moim życiu. Nawet po 3 h palenia nie drapie. To dlatego, jak wyjaśnił mi Mahomet, że dodają do niej gliceryny. Niesamowite. Znaleźliśmy mnóstwo wspólnych CS znajomych i wyśmialiśmy się jak norki. Umówiwszy się na sobotę, pojechałam taksówką do hotelu. Musiałam Wam jeszcze wysłać maila, więc oczywiście dosiedli się do mnie chłopcy z recepcji, ale bardzo kulturalnie i ok. 1 w nocy poszłam spać, gdyż o 5.50 postanowiłam wstać pójść na śniadanko i ruszyć do Tunisu, a dalej do Kartaginy i Sidi Bou Said. Muszę przyznać, że byłam na siebie już trochę zła. Wszak to samo jest w opcji wycieczki fakultatywnej za 80 dinarów, czyli 160 zł, a bez tego całego targowania się, spławiania localsów etc. Na dodatek jeden CSr z Tunisu zaproponował, że pokaże mi miasto, więc może też będzie natrętem, Jezu jak mi się nie chce. O 5.50 chciało mi się jeszcze mniej, ale wstałam.. I bardzo dobrze, bo właśnie rozpoczął się najlepszy mój dzień w Tunezji.
Po śniadanku poszłam łapać taksi, oczywiście kierowca zawiózł mnie na stację kolejową, bo nie mógł zrozumieć, że Turysta sam z własnej woli wybiera luage. Wreszcie zawiózł mnie na luage’a, kupiłam bilecik i pojechałam do Tunisu, w międzyczasie smsował już do mnie Telel, czyli locals z Tunisu, żebyśmy się spotkali pod wielkim zegarem na głównej ulicy Tunisu – ulicy Burghiby, czyli pierwszego (poprzedniego czyli) prezydenta. Jak tylko wysiadłam z luage’a zakochałam się w Tunisie. Miasto było względnie czyste i nawet w najgorszych zakamarach nikt mnie nie zaczepiał, wszyscy panowie uprzejmie wskazywali mi drogę. Zegar faktycznie jest chyba najbardziej charakterystycznym miejscem w Tunisie. Telel zabrał mnie stamtąd do mediny – cudowna, ładna, czysta kolorowa i znacznie mniejsze natręctwo niż w Sousse, pokazał okoliczne zakamary- czysto i ładnie!! I ruszyliśmy ku Kartaginie. Metrem naziemnym. Ok. dinara, choć nie wiem, bo nie płaciłam.. Wysiedliśmy kilka stacji przed Carthage Hannibal, która jest główną stacją dla zwiedzających Kartaginę, bo Telel pokazywał mi urocze przedmieścia Tunisu, gdzie kiedyś mieszkał, akwarium i takie tam. Wreszcie doszliśmy do Antonin Therms.. żebym to ja wiedziała jak to się fachowo po polsku nazywa.. Łaźnie Antoniusza? Tak czy siak, to główne pozostałości po Kartaginie. Spodziewałam się, że nic tam nie będzie, tu całkiem spore pole usłane kawałkami murów, resztkami kolumn itp. Bilet łączony na wszystkie atrakcje Kartaginy, czyli te łaźnie, muzeum cudnie położone na wzgórzu z kilkoma zachwycającymi mozaikami, teatr (nic szczególnego), cmentarz (nic szczególnego) i pozwolenie na robienie zdjęć kosztowało 10 dinarów (20 zł). Największe wrażenie robią łaźnie, nic skądinąd z łaźniami nie mające wspólnego, i położenie muzeum z widokiem na zatokę. Po wspinaczce na to wzgórze byliśmy już nieźle wykończeni, wskoczyliśmy więc w metro i pojechaliśmy do Sidi Bou Said.
Sidi Bou Said jest obłędne. Przepiękne. Porównałabym je z Ią na Santorini. Urocze małe miasteczko, czyściutkie na wzgórzu. Z ładnymi widokami w dół na zatokę, gdzie mnóstwo uroczych kafejek, a wszystkie domki są białe, a elementy drewniane, czyli drzwi i okiennice niebieskie. Boskie. Naprawdę. Byłam totalnie zachwycona. Po bieganiu po mieście i sesji zdjęciowej, poszliśmy do uroczej knajpki z najlepszą panoramą portu i zatoki, wypiliśmy pyszną herbatę miętową- najlepszą dotąd w Tunezji, jaką piłam, do której dorzucono orzechy. Wspaniale gasi pragnienie. Zjedliśmy najpierw brick, a potem kebaby, a na koniec wypaliliśmy shishę.. cudnie.. Brick to taka masa jakby jajeczna, jajecznica na gęsto w cieście chrupkim zapiekana. Bardzo dobra. Tradycyjny tunezyjski snack. A potem wykończona wróciłam do Tunisu, potem do Sousse. To był zdecydowanie najlepszy dzień w Tunezji.
Dziś będę ostatni dzień pracować nad kolorem, wszak to mój ostatni dzień w Tunezji, może nawet w akcie szaleństwa wybiorę się nawet na opalanie nad morze? A wieczorem mamy CS spotkanie w centrum Sousse z Mahometem i jego znajomymi. A już jutro powrót do Polski.
Praca nad kolorem nawet wręcz po raz pierwszy zagnała mnie nad morze, było całkiem fajne, wszak morze tu czyste i ciepłe, a i plaże nienajgorsze. Wytrzymałam prawie 3 godziny i wróciłam do hotelu, gdzie nadrobiłam braki w lekturze i przeczytałam wreszcie przywiezione ze sobą gazety. Oczywiście przez 3 godziny z faktorem 30 nie bardzo można się opalić .. Tym niemniej relaksik był pierwsza klasa. Wieczorem umówiłam się z Mahometem, który zorganizował dl mnie spotkanie couchsurferów. Były łącznie 4 osoby plus ja. Znowu wyśmialiśmy się jak norki. Była jedna miła acz cicha dziewoja i jeden zarozumiały dość radykalny koleś.. i jeszcze nieśmiały koleś. Więc najzabawniejszy był Mohammed. Po herbatce miętowej oni zaczęli mówić o jedzeniu, ja nie wiedziałam o co chodzi, więc pojechaliśmy na leblebi czy jakoś tak. Leblebi jedzone w minibarze ulicznym wygląda także dostajesz chleb i musisz coś z niego zrobić. Każdy w swojej miseczce zaczyna rwać chleb na drobne kawałki. Kiedy cała buła jest już porwana w postaci małych kawałeczków spoczywa w talerzu, należy podejść do obsługiwacza, który z wielkiego brudnawego kotła naleje w to gęstej zupy z ciecierzycy. Proporcje są takie, że zupa rozpypciewa chleb i tworzy się taka totalna breja, w to sypią mnóstwo przypraw, harissa, curry, chili i… opcjonalnie wpółsurowe jajko dla lepszego wiązania całości. Wbrew temu jak wygląda i co w sobie ma jest całkiem niezłe, aczkolwiek bardzo pikantne.. Zjedliśmy i zaczęliśmy rozchodzić się do domów. Złapałam taksi. To był najmłodszy taksówkarz z jakim zdarzyło mi się jechać i oczywiście do mnie startował, proponował kawę, wspólne pływanko, a nawet przejażdżkę.. nieźle.. konsekwentnie odmawiałam, choć była bardzo przystojny, ale mówił tylko po francusku.. Już prawie wysiadałam, on się we mnie zapatrzył i nagle.. bum!! Wjechał w inne auto. Nic się nikomu nie stało, tylko auta trochę ucierpiały.. To kara Allaha za gapienie się na moje kolana.. Sprawdziłam neta i poszłam spać. Ostatniego dnia mój lot przełożono na 17, więc do 14:45 miałam czas na ostatnie cieszenie się słońcem. I wtedy, kiedy moje myśli wbrew woli mej jakoś upierdliwie tęsknie z niewyjaśnionych przyczyn wracały i wracały do Mohammeda, że to taki dobry i fajny chłopak.. wtedy pojawiło się BÓSTWO. BÓSTWO pojawiło się właściwie dzień wcześniej. Szedł do baru, a ja szłam na autobus do mediny, obejrzeliśmy się za sobą w tym samym momencie. Bóstwo miało świetną figurę, wysoki, długie czarne włosy spięte z tyłu i krzaczastą broda.. Wyglądał jak sikh.. very sexy sikh.. ale popatrzyliśmy tylko, uśmiechnęliśmy się, potem on przejeżdżał jak czekałam na autobus i mrugał mi światłami, ja go olałam. A dziś w ostatni (kur…, kur…, kur…!) dzień pojawił się w moim basenie… Nawet nie zauważyłam i nagle tam był… klata yummmy. A kiedy brał prysznic… o mój Bosch.. jak żywa reklama Palmolive’a.. Brał ten prysznic dobre 5 minut, a ja dosłownie pożerałam go wzrokiem… Zachowywałam się jak Samatha w pełnometrażówce Sexu and the City na widok swojego sąsiada… no po prostu upostaciowany seks,… Już sama się z siebie śmiałam, bo normalnie się totalnie śliniłam… Podszedł taki mokry boski.. zaczęliśmy rozmowę.. boshhh.. ja chcę zostać… I tyle… tak.. bosko…
20 minut później wzięłam swój bagaż i shutlle bus zabrał mnie na lotnisko. Tunezja nie jest może wcale taka zła…