wtorek, 9 listopada 2010
San Ignacio i znaki
No i tak właśnie z piekła trafiłam do raju. Hostel El Jesuits jest miejscem niezwykłym i magicznym. Pan z dworca to właściciel. Prowadzą go z żoną i małym nawet nie rocznym jeszcze synkiem. Atmosfera jest co najmniej domowa. Miasteczko San Ignacio jest cudownie senno-spokojne. To właściwie byłaby masakryczna dziura, ale tak tu się dobrze oddycha, i to słońce takie przyjemne, a powietrze pachnie późnym latem. No i wreszcie ludzie są niesamowicie przyjaźni - rozmawiam z kierowcą taksówki, bardziej on rozmawia, a ja próbuję wyłapać coś z jego hiszpańskiego i o dziwo trochę wyłapuję. Jest przemiły. Kiedy kilka godzin później widzi mnie na ulicy trąbi na powitanie. Hotel magiczno-domowo-senno-spokojny. Jest tu jakiś Kanadyjczyk i Australijczyk. Też tacy ciepli i mili. Australijczyk nakręca mnie na Saltę. To może być znak. Poważnie rozważam, czy nie jechać jutro do moich wyśnionych kanionów, z których właściwie już zrezygnowałam. Wszystko mi się podoba: hotel, pogoda, ludzie. Zostawiam plecak i idę do ruin. Wstęp za 30 peso pozwala na obejrzenie jutro (a dokładniej w ciągu 15 dni) także 2 innych misji w pobliżu Santa Ana i Loreto czy jakoś tak. Deal mi się podoba, ruiny też. Niesamowity spokój tu panuje. Poznaję kilku lokalnych bezdomnych uczących się żonglerki. Kompletnie się nie rozumiemy, ale i tak jest fajnie… Nie wiem co robić jutro.. kręci mnie ta Salta. Jedzie się tam za mnóstwo kasy i ponad 24 h w jedną stronę, ale.. będą kaniony i formacje skalne… Kurczę… Na wariata miałabym 2 dni na miejscu prawie… To znak, z enie pojechałam do Asuncion i wczoraj spotkałyśmy Polkę w wodospadach, która jedzie do Salty i dziś ten Australijczyk.. Znaki jak nic.. Kurczę… Dam Wam znać jutro..
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz