Wyszłam po 9 godzinach z pracy umordowana jak nieboskie stworzenie, a mimo to nadal tkwiąc w przeświadczeniu, że powinnam wiecej, bardziej, mocniej, wszak świat trzeba w końcu naprawić;) i po pokonaniu kilku przystanków tramwajowych wylądowąłam przed najbliższą domu memu galerią handlową. Wynurzywszy się z przejścia podziemnego omiotłam wzrokiem warzywa na straganie osmagane smogiem i ruszyłam do wielkiego marketu zapełnić lodówkę czymś wiecej niż światło.
Przypadkiem nieuwaznie rutynowo wręcz omiotłam wzrokiem mój tajny stragan z tanimi książkami i nagle zobaczyłam JE!
Może nie była to wyczekiwana miesiącami miłość, bardziej sycylisjki piorun, a raczej stricte pragmatyczny zmysł oszczędnościowy. Ale uczucie wybuchło dość intensywnie i ogarniająco- czyste pożądanie. 3 fascynujące grubiutkie pulchniutkie śliczniutkie przewodniki Baedeckera- Chiny, Meksyk i Grecja. Znaczy było ich więcej, ale te od razu połączyły się ze mną mentalnie i wiedziałam, że muszę je mieć:) cena rynkowa 84,90 (Grecja)+89,90+89,90. Cena w moim tajnym sklepie - czterokrotnie niższa!!! Przy mojej pensji nadal nie niska, ale przecież, no przecież wcześniej czy później wybiorę się do Meksyku, Chin, że o Grecji nie wspomnę, i będę ich potrzebować, więc tak naparwdę to był zakup niemal pierwszej potrzeby. A poza tym taka okazja! no taka okazja! Poprosiłam panią, żeby mi je schowała pod ladę (napewno zaraz pojawią się przewodnikowi zakupoholicy i mi wykupią) i ruszyłam na te nudne zakupy żywieniowe, skądinąd wzruszona swoim zmysłem praktycznym, że znalazałam tak funkcjonalne rozwiązanie dylematu nosić czy nie nosić trzy grube knigi po wielkim supermarkecie. Koszt zakupów żywieniowych: 60 zł (dla niewtajemniczonych po tym jak kompletnie nie wiem gdzie ginie co miesiąc moja niewielka pensja postanowiłam oszczędzać a przynajmniej uważać na swoje wydatki). Więc za 60 zł będzie kilka dni jedzenia. Będą też 3 super przewodniki:) Gospodarna gospodyni domowa spakowana w dwie wielkie siaty ruszyła szczęśliwa Pragą do domu. Idzie i idzie kuśtykając, po parydziesieciu krokach słania sież prawie na nogach. Dwie ciężkie siaty ciągną ją do ziemi. Powłóczy zepsutą kostką. Znowu zapomniała kuli z pracy i be ztego atrybutu nikt nie ustapił jej miejsca w tramwaju. Ludzie patrzą dziwnie. A ona promienieje. Niesie w jednej siateczce jedzenie, a drugiej 3 nowe wspaniałe przewodniki Baedeckera. I nagle zobaczyłam w tym obrazku, że oto jestem to to dokładnie cała ja. Że dokładnie tak będę wyglądać za 30 lat - polska gospodyni (gospo-dynia??-oby nie:P) uprawiająca siatkówkę zakupową. Mam nadzieję, że siatka z książkami będzie większa, ale wiecie taką gospodynią domową mogę być:) Uśmiechnęłam się do samej siebie w szybie sklepowej, popieściłam czule wzrokiem siatkę z książkami i .. dostałam zadyszki:) te książki jednak trochę ważą... Ale czyż to nie jest słodki ciężar. Wiem, wiem zepsułam romantyczne zakończenie. Pozdrawiam was więc zatopiona w podstawowej, ale dla mnie nadal odkrywczej, lekturze historii Meksyku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz