piątek, 12 listopada 2010

Droga przez mękę

Potem nastąpiła lawina ciekawych wypadków. Miałam czekać do 1 w nocy na autobus, więc poszłam do przyprzystankowej tawerny. Była godzina 16.30. Zaczęłam gadać z właścicielem. Oczywiście po hiszpańsku. Wyobraźcie TOS obie: ona „….” Ona: si., on:…. Ona: no J I upijać się bardzo dobrym winem z Mendozy (prowincja w Argentynie winem stojąca i słynąca). Tak się zagadaliśmy, że zostałam tam do 21.30, mimo iż tawerna zamykana jest o 17 i wychodziłam na własne życzenie. Facet ma na imię Diogenesa jest z Posadas. Opowiadał mi o swoim życiu, rodzinie i problemach społecznych Argentyny. Chyba mnie podrywał., ale pokazywał mnóstwo zdjęć, opowiadał i karmił i poił, no i miał 70 lat, więc względnie niegroźny. A może to tylko taka ich wylewność i standardowe podejście kobiet? Cudownie, że znam choć kilka słów po hiszpańsku, bo bez tego byłaby masakra. (si i no to też są slowaJ) Potem poszłam do Lalo - starszego pana z informacji turystycznej. Lalo wpadł do Diogenesa i tak się poznaliśmy, a jak usłyszał mrożącą krew w żyłach historię o autobusie, powiedział, żebym wpadła potem do niego, pomoże mi, żebym na pewno nie przegapiła tego kolejnego autobusu. Lalo to niesamowity koleś. Rozumiałam może jedną dziesiątą z jego mega niewyraźnego hiszpańskiego z argentyńskiej dżungli, ale Lalo urodzony w Buenos Aires przyjechał do Misiones i zakochał się tym regionie. Przeprowadził się tu i pracuje z Indianami Guarani. Indianie mieszkają w okolicznych wioskach. Najbliższa jest 2 km od San Ignacjo. Zresztą wpadli wieczorem. Są bardzo biedni. Mieszkają w lepiankach, tak jak w Afryce. Wokół jak to w dżungli lwy, gepardy, węże boa i jadowite mrówki. Guarani nie mają samochodów. Jak ktoś zachoruje, do szpitala musza iść wiele kilometrów. Do szkoły nie chodzą. Po co, skoro mieszkają w dżungli. Lalo odwiedza ich z jedzeniem, bo okazuje się, że Argentyna ma gigantyczne ponoć problemy z niedożywieniem mieszkańców. W zamian Guarani (akcent na ostatnią sylabę) nauczyli go m.in. jakie rośliny na co stosować w medycynie naturalnej. On przyprowadza o nich turystów, z czego mają kasę, a turyści uciechę. Aż żałowałam, że nie pojechałam z nim do żadnej takiej wioski, ale jak tam dotarłam był środek nocy.. Zresztą mam mocno mieszane uczucia wobec takich ludzkich zoo. Na szczęście jeden Guarani nas odwiedził nocą w informacji turystycznej. Nie widomo po co przyszedł. Był miły, acz niekomunikatywny. Może za dużo liści koki.. I tak siedzieliśmy z Lalo średnio się rozumiejąc. Ona pokazywał mi mapy- wiecie oni są tu niesamowicie dumni z tej swojej Argentyny. Najbardziej lubię to, że jak zapytasz kogoś w Misiones, czy Salta jest piękna, odpowie, że tak, oczywiście. Jak zapytasz, czy był, to oczywiście nie był, ale jest piękna. Lalo pokazał mi swoje skarby- kilka zdjęć, które wysłałam mu jakiś fotograf z Kanady, który kiedyś tak jak ja wszedł do informacji turystycznej i zakręcił się na punkcie Gurani i tej okolicy, pocztówkę, od 2 Francuzek, które zostawiły u niego plecaki na 3 dni i poszły w dżunglę, zdjęcie żony, dzieci i wnuków... Było coś pięknego i prawdziwego w Lalo i tym spotkaniu nad mate. Temperatura spadła do 5 stopni Celsjusza, była 1 a autobusu ani widu ani słychu. Zostałam w informacji, żeby nie odejść od zmysłów i nie zamarznąć- nie wiem co gorsze, a lalo stał na drodze i wypatrywał autobusu. Wreszcie nadjechał pół godziny spóźniony (coraz mniejsze mam szanse na Saltę, zwłaszcza jeśli dojadę do Tucuman po 19). Ściskamy się z Lalo i wsiadam. Opuszczam San Ignacjo i niemal od razu zasypiam, żeby nie zwariować i żeby znieść kolejne 20 godzin podróży i stresu.

Do Tucuman dojeżdżam następnego dnia o 18:59. Mam godzinne opóźnienie. Wyrywam bagażowemu plecak i biegnę do pierwszego lepszego okienka zapytać o autobusy do Salty. Nie ma słyszę, dopiero jutro o 5 rano. Trochę mi krew odpływa z mózgu, ale resztką przytomności umysłu pytam: a inne firmy? W które okienka mam iść (jest ok. 30 kas- nie mam czasu stać w kolejce do każdej). 33 – słyszę. Biegnę. Potrącam kogoś plecakiem. Jest 19:03. Na kasie widzę tablicę- Salta 19.00, autobus jeszcze stoi, ale kolejka jak diabli. Z rozwianym włosem, wielkim plecakiem dyndającym na ramieniu i obłędem w oku podbiegam do kolesia przy kasie i próbuję go zapytać czy czeka na ten autobus. On mówi, że nie i przepuszcza mnie w okienku. Kupuję bilet i w ostatniej chwili wbiegam do autobusu. Uff nie wiem, czy mogę już odetchnąć z ulgą. Wygląda na to, że za 5 godzin, będę o północy w Salcie. Zdążę na Tren de Las Nubes!!!

Autobus jest fatalny, a ja ledwo żywa, nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam, chyba w Misiones, ale co z tego! Wprawdzie kazali się najeść w obawie przed chorobą wysokościową i pić dużo wody (kiedy ostatnio piłam tez nie pamiętam), ale hej, chyba dojadę do Salty. Pewnie przepadł mi hotel i będzie środek nocy, ale nic to.

Jestem w Salcie, zdążam jeszcze kupić bilet powrotny do Buenos Aires na pojutrze i biorę taksę do hotelu. Docieram o 1 w nocy. O 5 muszę wstać na pociąg. Nie mogę uwierzyć, ze się udało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz