poniedziałek, 23 maja 2011

O rany, czyli witamy na Corfu..


No dobra, co ja zrobiłam, właśnie przyleciałam na Korfu, gdzie mam spędzić kolejne 5 miesięcy i jestem załamana. Najpierw mi się spodobało. Na granicy snu w blasku porannego słońca powitało nas maluteńkie lotnisko. W sezonie musi tu być makabra, ale obecnie jest całkiem kameralnie. Założyłam się z Izą i Kasią, towarzyszkami mojej niedoli, że na 100% nikt nie odbierze nas z lotniska o 6:20 rano. Wszak to Grecja. Przyjechał jakiś skacowany, ale nawet niezły gość. Zabrał nas do mieszkania. Tam załamałam się po raz pierwszy. Obleśnie krótko mówiąc. Tym bardziej, że poznańskie biuro podróży na literę G zapewniało mnie, że dbają o rezydentów. Kłamcy. Moje mieszkanko na Krecie w porównaniu z tym to był hotel pięciogwiazdkowy. Następnie Milos zabrał nas na 3-godzinną poranną kawę i oczekiwanie na szefa. Pojawiwszy się ok. 11, szef nie wniósł wiele do naszej wiedzy, a w sprawach mieszkaniowych skierował nas do swojej siostry, Liliany. Na Lilianę czekałyśmy kolejną godzinę, choć miała być za 5 minut. Jak to w Grecji: siga, siga - powoli, powoli. Liliana powiedziała, że nic nie może zrobić. Zadzwoniłyśmy do J - naszego szefa z Polski, który przyjeżdża w sobotę na kontrolę, ale pewnie też nic nie zrobi. W biurze nie ma nic i nikt nic nie wie, ale są mili. Tymczasem wielki szef Antonis rozkazał Milosowi zabrać nas do Achilleionu - rezydencji cesarzowej Sissi - całkiem ładny pałacyk, dużo ciekawszy niż na zdjęciach i fantastyczne ogrody z cudną panoramą tej wyjątkowo zielonej, acz niewyjątkowo pięknej wyspy. Następnie pojechaliśmy do Paleokastritsy – to najładniejsza zatoka wyspy. Rzeczywiście wreszcie było ładnie. Nad zatoką jest świetna knajpka. W tej knajpce pracuje jakiś Polak. W ogóle przerażają mnie historie o naszym poprzedniku - szefie rezydentów z zeszłego roku. Ponoć rzadko kiedy trzeźwiał i sprzedawał mnóstwo wycieczek, na których wszyscy też rzadko kiedy trzeźwieli. Czyli super wstrzelał się w gust polaków. Generalnie ma tu teraz co najmniej tylu przyjaciół co i wrogów, a my musimy pracować na tym gruncie. Więc Paleokastritsa była super. Potem objazd po wyspie, Sidari wydaje się ok, cała reszta to porażka. Plus w porównaniu z lokalnymi zwyczajami na drodze, Kreta to była bułka z masłem. Tu po prostu nie umieją jeździć, a jeżdżą bardzo szybko wyprzedzają na czwartego na zakrętach i nie patrzą w lusterka. Kiepsko to widzę. Wróciłyśmy do biura. Koleżanka Kasia dostała własne auto, wszyscy byli nieco milsi niż wcześniej. Ale mieszkanko nadal było masakrą. Brzydziłyśmy się wziąć prysznic. Poszłyśmy więc spać w obleśnych śmierdzących kocach. Generalnie jest zimno i syf. Rano nadal brzydzę się prysznica. Jedziemy na objazd po hotelach, a tu akumulator nie działa. Przyjechał, fakt, że ekspresowo Pan, który go podładował, kazał nam jechać i nie gasić silnika. Zobaczymy.

Dzień drugi
Cały dzień drugi spędziłyśmy na objeździe wyspy pt. wizyt w naszych 10 hotelach. Wyspa ma 60 km długości i ok. 12 szerokości więc miało być migiem. Akurat! Przeżyłam najgorszą jazdę w moim życiu. Kreta przy tym była jedna wielką płaską patelnią i autostradą. Tu serpentyny nie mają końca, ich szerokość nie pozwala ani nic zobaczyć ani się minąć, więc jakieś 59 tysięcy razy ktoś mnie spychał tyłem aż do szerszego miejsca, najczęściej autobus. Ponieważ nie umiem jeździć tyłem jest to bardzo stresujące. Autobus nie czeka aż zjedziesz. Ty pół metra w tył, on 70 cm do przodu…. To stresujące. Na dodatek nie masz żadnej gwarancji, że ten drugi kierowca w ogóle cię widzi i jeżdżą jak wariaci. A ja mam najmniej wydaje się problematyczne, najmilsze hotele, ale w najbardziej górzystym, najładniejszym, ale i maksymalnie serpentynowatym obszarze.. Przyzwyczaję się, ale tego dnia przeżyłam koszmar… Hotele wydają się ok., oprócz 5-gwiazdkowców, ale te obrobią dziewczyny. Iza będzie mieszkała oddzielnie na północy w podobnym standardzie, acz bez komarów i owcy, przy barach i imprezowniach. Do naszego mega syfnego mieszkania już się przyzwyczajamy. Ja oswajam dziwne robaki oraz drzwi są zatrzaskowe, gdyż wczoraj w środku nocy zostawiłam klucz w środku, zamknęłam drzwi i.. zonk! Budziłyśmy babcię - właścicielkę. Tak, tak, znowu mieszkamy z właścicielami, tym razem oddzielnie, w domku ogrodnika, za płotem 3 m od domku są kozy i owce, komary, robale i głusza. Plusem jest obłędny spektakl jaki wczoraj urządziły nam świetliki. W życiu czegoś takiego nie widziałam, to była czysta magia. Tysiące błyskających punktów w trawie. Mieszkamy dość blisko Korfu town, co jest niewątpliwie wielkim, jeśli nie jedynym plusem tego mieszkania. Wracając z hoteli przejeżdżałyśmy przez centrum Korfu autem nocą. Miasto jest.. zaskakująco…piękne.. Może nie będzie tak źle…

Dzień trzeci
Wybrałyśmy się na wycieczkę na dwie sąsiednie wyspy: Paxos i Antipaxos. To co muszę podkreślić nt Korfu, to przemili ludzie, wszędzie, w hotelach, kontrahenci itp. Totalnie inaczej niż na Krecie. Wsiadamy na statek, a tu koleś z obsługi mówi do nas: dziewczynki, nie, nie, nie będziecie podróżować ze zwykłymi turystami, mam dla was niespodziankę, na Krecie byłaby to cela pod pokładem;), a on zabiera nas na dziób, gdzie zagrodził kawałek łajby, turystom wstęp wzbroniony, a my mamy leżaczki i wszystko przygotowane do opalania na pokładzie. Przemiło. Oczywiście karmią nas i poją za free, ale to standard. Z portu w Korfu płynęłyśmy ok. 2 godzin do sąsiedniej wyspy Paxos. Przywitały nas absolutnie obłędne Błękitne Groty. Widoki jak Tajlandia, Phuket wymięka. To był szał. Zapomniałam o 2 godzinach na statku. Groty główne są 3, statki wpływają do nich. Nad nimi ogromne wapienne klify i błękit z turkusem w kwestii kolorów morza. Kosmos!! To było przepiękne. Wyglądało trochę jak Zatoka Wraku na Zakynthos. Dalej płyniemy do brzegu Antipaxos, czyli kolejnej malutkiej wysepki, gdzie turyści maja czas na skoki z łajby do wody i pływanko w cudnie rozlanym atramencie morza. Ja odpuszczam zimną morską kąpiel i pracuję nad opalenizną. Widoki piękne. Następnie płyniemy na Paxos, do miasta Galios, jednego z trzech na wyspie. Miasteczko mocno włoskie w stylu, trochę jak Rethymno na Krecie. Fajnie, choć zanim dopłynęłyśmy, pan szefo zaprosił nas na lunch. W przemiłej tawernie posiedziałyśmy, pogadaliśmy, potem z dziewczynami poszłyśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Piękne kolory morza i skał, urocze budyneczki. Potem 2 godziny w drodze powrotnej, słońce nas trochę przygrzało wietrzyk powiewa i wracamy do Korfu. Dziś idziemy w miasto.

środa, 18 maja 2011

4 nad ranem

Jest 3.36 czasu polskiego i 4.36 greckiego. Siedzę sobie własnie na lotnisku w Atenach, a mój maly komputerek nie umie już pisać "ł" ani "si". Za prawie 2 godziny mam lot na Corfu. Padam ze zmęczenia. Ale jest 60 minute netu za free:) Za 4 h będę na Corfu. Waga bagazu rejestrowego 21kg :)

poniedziałek, 16 maja 2011

20 kg to zbrodnia!!

I wyjątkowo nie chodzi o jakiś skok w mojej wadze.. jak ja, u licha, mam się spakować na najbliższe 5 miesięcy w bagaż rejestrowy o dopuszczalnej masie nieprzekraczającej 20kg??? same kosmetyki ważą 17kg!!

Siedzę więc ze łzami w oczach nad otwartą walizka, której waga po miliardzie okrojeń skoczyła o jakieś 300g i wkurzam się na cały świat.. Jutro lecę na 5 miesięcy na Corfu.. rany.. jak mi się nie chce.. Trzeba by się ustatkować, pojąć za męża kredyt, potem może nawet mężczyznę, ale żeby pakować się w 20kg, no na to to ja chyba już naprawdę jestem za stara.

Ostatni tydzień minął mi w jakimś dziwnym amoku, antyspołecznym zresztą, pomiędzy przepierka po Bałkanach, pakowaniem, zakupami, przygotowywaniem do pilotażu po Corfu i Albanii.. Jestem więc zestresowana, zmęczona i zła. I jeszcze te 20 kg!!!jak się mega ścieśnię mam tylko o jakieś 6 za dużo.. Ma ktoś wtyki w LOT? HELP! acha i wylatuje tuż przed 23, mam przesiadkę po 1 w nocy w Atenach i Corfu przywitam o wschodzie słońca o 6:25 rano w środę. Kasia - ranny ptaszek z pewnością pokocha tę wyspę od pierwszego wrażenia:) Trzymajcie kciuki:)

poniedziałek, 9 maja 2011

Wróciłam

Wszystko co działo się później robi się tylko coraz bardziej pogmatwane i coraz mniej podróżnicze. Monaster Ostrog nie zachwycił. Opóźniony 4 godziny 13-godzinny pociąg relacji Podgorica-Belgrad przeraził.

Uwielbiam wracać do domu, ale tym razem było mi wyjątkowo trudno rozstać się z.. Bałkanami;)

Mniej więcej za tydzień wysyłają mnie na Corfu, blogowanie rozpocznie się więc na nowo..

sobota, 7 maja 2011

O Podgoricy, Cetinje i o tym, jak po raz kolejny ledwo uszłam spod kosy kostuchy

Dragana przyjechała po mnie o 11 i ruszyłyśmy w trasę ku stolicy Czarnogóry - Podgoricy. Droga piękna, pnąca się wysoko w górach nad urwiskami, patrząc w dół panorama wybrzeża. Zapytałam, czy często zdarza się, że samochody przy ich krejzolskim stylu jazdy wypadają często z tej drogi, Dragana odparła, że raczej nie i nagle z zza zakrętu na trzeciego, nic nie widząc, wyprzedzał wjeżdżając na nasz pas jakiś wielki czarny samochód. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Dragana zachowała stalowe nerwy i refleks, wskutek czego czarne auto nie zmiażdżyło nas i nie zderzyliśmy się, a jedynie zepchnęło nas z drogi. Dragana wyhamowała na poboczu w krzakach. Czarne auto nawet się nie zatrzymało. My natomiast wróciłyśmy na drogę. Każda komórka mojego starzejącego się organizmu mi drżała. Mimo to, dobrze wiedzieć, że ewidentnie nie czas jeszcze umierać, że widać coś jeszcze na nas czeka.

Dojechałyśmy do Podgoricy. Słowo daję, że to najbrzydsze miasto, jakie w życiu widziałam. Nic tu nie ma… Tylko brzydkie bloki. Dragana poszła na spotkanie służbowe, ja umówiłam się z jakąś niezbyt porywającą Rosjanką z CS (Rosjanki bywają bardzo zachowawcze i udają, że się szanują bardziej niż reszta świata, wskutek czego czasem trudno mi się z nimi dogadać). Draga wróciła i stwierdziłam, że nie zostanę tu dłużej, że jadę z nią z powrotem do Cetinje.

Zgodnie z przewodnikiem Cetinje miało to być urocze miasteczko, dawna stolica Czarnogóry. W istocie są to 2 ulice na krzyż, nic więcej. Choć, skoro o krzyżu mowa, to ponoć mają tu rękę Jana Chrzciciela. Nie uścisnęłam jej jeśli idzie o szczegóły. Na widok mojego plecaka ludzie reagowali jakby wylądowało UFO. Nie czułam się tam komfortowo, więc ruszyłam w drogę powrotną do stolicy.

Wróciłam do Podgoricy przerażona i rozczarowana. Jutro albo pojadę do Monastiru Ostrog albo dzień wcześniej do Belgradu, bo raczej tu nie wysiedzę…


cd wczoraj z pespektywy dzisiaj

Potem było już tylko gorzej. Weszłam do kafejki szukając wtyczki, żeby podładować netbooka. Kelner wepchnął mnie do restauracji. Powiedziałam im, że z wielkim plecakiem nie czuje się tu komfortowo, ale on mnie wpiął w gniazdko i powiedział, żebym się nie przejmowała. Zamówiłam kawę i deser. Kelner zaczął robić problemy, że to restauracja, ze musze zamówić jedzenie. Wytłumaczyłam mu sytuację, ale w końcu, wyprowadzona z równowagi, zamówiłam jakieś mięcho, którego nie miałam zamiaru jeść, bo nie byłam głodna, chciałam tylko podładować netbooka. Wtedy kelner zaczął robić scenę, że obrażam ich szefa kuchni nie jedząc.. no jakiś czeski film. Byłam na tyle zmęczona, że zapłaciłam i wyszłam głęboko wierząc, że Podgorica jest najfatalniejszym, bo, że najbrzydszym to już jestem pewna, miejscem na świecie.

I wtedy zaczęłam czekać na Bena, mojego hosta z CS, na Placu Republiki. I wtedy zrozumiałam, że w tym dniu pełnym nieszczęść on już na 100% okaże się jakimś totalnym koszmarem… Pełna tych wspaniałych wizji zaczęłam gorączkowo szukać hotelu. Nie znalazłam. I wtedy przyszedł Ben.

Ben to najsłodsze, najdelikatniejsze i najmilsze made in UK, jakie w życiu poznałam. Wygląda trochę jak pasikonik z kreskówek. Ma wielkie lekko melancholijne oczy, takie spanielowate, nie, nie spanielowate, baskettowate.. ale ogólnie bardziej pasikonik.. I jest taki dobry, taki łagodny, sama nie wiem, czy bardziej mam ochotę się do niego przytulić, czy jego przytulić. Mieszkał 2 lata w Bydgoszczy, uczy angielskiego po całym świecie i jest strasznie fajny. Zawieźliśmy mój plecak do jego mieszkania i ruszyliśmy w miasto. Jego kumple Podgoriczanie mieli grać jakiś koncert jazzowy. W ten sposób poznałam bandę czarnogórskich jazzmanów. Jeden z nich, Nebojsza, jest cudnie uśmiechniętym wielkoludem, ma ze 2 metry, gra na kontrabasie i ma na imię „Nie-Bój-Się”, czyż to nie cudowne? Cudownie się czułam sięgając mu do pępka, nie żebym tam rzeczywiście sięgała, chodzi o wzrost. Ben właściwie też jest wysoki, tylko chudy, więc czułam się jak jakiś liliput i byłam jedyną kobietą. Petr, klarnecista, jest niski, grubawy i wygląda jak wszyscy lekarze, których znam, ma też takie samo poczucie humoru: lekko seksistowskie, a może wręcz seksualne, ironiczne, upierdliwe i mocno flirtujące. Mam dziwne wrażenie, że wpadłam mu w oko, przypuszczalnie dlatego, że byłam tam jedyną kobietą, ale to inna kwestia.. Jak to się dzieje, że zawsze mogłabym się podbać wyłączanie tym kolesiom, którzy nie podobają się mnie?? Potem przyszedł Brian, Amerykanin, przyjaciel Bena. Brian jest dziwny, bardzo sarkastyczny, bardzo inteligentny, trochę sztywny i bucowaty, bardzo pogubiony. On mnie dziwnie obserwował.. Odetchnęłam z ulgą kiedy sobie poszedł. Ale zanim to się stało, Królowa Gaf wróciła na tron. Otóż pytam Petra i Nebojszę: chłopaki, jak to jest u licha możliwe, że w Czarnogórze jest tyle super lasek i tak niewielu fajnych facetów, spójrzcie na ulice..” I się zaczęło: „Kasia, czy my nie jesteśmy super? Powiedz szczerze jesteśmy sexy czy nie?” Królowa Gaf, próbując wybrnąć, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zatapiała się już tylko głębiej i głębiej w odmętach wpadek: „No co wy, chłopaki, wy jesteście kumplami do picia”… Oni brechta, dzięki, Kasia, fajnie, że do tego się nadajemy, Kasia: nie, nie, nie, nie to miałam na myśli, raczej to, że jesteśmy jak bracia i siostry , no i jesteście muzykami, to czyni was trochę sexy…. No tu już byłam całkowicie pogrążona.. Wszyscy mieli ze mnie mega pompę, a light motiv, czy jak to się pisze, chłopców do picia pozostał z nami do końca wieczoru. Poszliśmy na miliardy drinków do fajnej okolicy, takiej w praskim stylu, i nawet się nie obejrzałam jak była 3 nad ranem… Właśnie jest 12 kolejnego dnia. Wstajemy z Benem i wybieramy się do Monasteru Ostrog. Podgorica może i jest fatalna, ale Petr i Nebojsza są super.

piątek, 6 maja 2011

Chillout w Budvie i Petrovac















Chciałam Wam coś zapostować wczoraj, ale znowu Vranac zadziałał, a ten dziwny blog zjadał mi kolejne frazy, wiec jak zjadł dwie, poddałam się… Otóż wczoraj rano po raz kolejny otworzyłam oczy i zobaczyłam deszcze, więc postanowiłam zbojkotować ten piękny czwartek i zakryłam się śpiworkiem. Kiedy wreszcie wstałam, obejrzałam 2 filmy i ok. 14 wyszło słońce. Poszłam na plażę, trochę się porelaksowałam, potem obejrzałam kolejny film, bo ile można się relaksować. Po południu przyjechała Dragana i zabrała mnie 20km na południe do wioski wypoczynkowej Petrovac. Wioska ok, poszłyśmy na spacer do lasu, odkryłyśmy jakiś mega wielki tunel w skale. Weszłyśmy, zaczęłyśmy się bać i wyszłyśmy, połaziłyśmy jeszcze chwilę i poszłyśmy na kolację do restauracji na nadmorskim bulwarze. Musze przyznać, że była to jedna z najbardziej romantycznych kolacji w moim życiu… Pogadałyśmy o życiu, rany, uwielbiam tę dziewczynę i nie mogę się doczekać kiedy wreszcie kupi swój dom na Jamajce. Wróciłyśmy do Budvy do naszego ulubionego baru Caspar na Vranac. Niestety ja po 2 kieliszkach tego wina odlatuję, więc skończyłam na jednym. Dragana odwiozła mnie do domu i dziś jedziemy razem do Podgoricy. Nie wiem, czy po drodze zwiedzę Cetinje – starą stolicę Czarnogóry i nie wiem co dalej, ale dziś śpię u jakiegoś Brytyjczyka z CS bez referencji. Zobaczymy..

środa, 4 maja 2011

Budva, czyli miasto pomyłek



I piliśmy to wino i piliśmy… oglądaliśmy film i było przyjemnie. Przynajmniej mnie, bo Ernst jeździł gdzieś po Tivacie szukając mojego hotelu, a z porannego maila dowiedziałam się, że chyba nie docierają do mnie smsy. Rano czekało mnie miłe przebudzenie. Nudny Niemiec zrobił kawę. Maja i Ivan jak zwykle śniadanko. Potem leniwy poranek. Na koniec Ivan podwiózł mnie na przystanek i ruszyłam ku Budvie. Trasa do Budvy znowu malownicza i fajna, ale sama Budva na pierwszy rzut oka marny kurort. Na dworcu weszłam do informacji turystycznej pytając jak dojść do hotelu i jak dojechać do Sveti Stefan, czyli uroczą wsypę, pocztówkową wizytówkę czarnogórskiego wybrzeża. Odpowiedź: autobusem. Idę do hostelu. Przy wejściu czeka dziewczynka z Ukrainy, Ania, jak się później okaże też couchsurferka. Otwiera nam przyjemny Irlandczyk, właściciel hotelu, trochę rozmawiamy, potem ja mówię, że jadę na Svety Stefan, ci z hostelu mówią, że autobusów nie ma, że raczej taxi, więc postaram się spacerem, Anka mówi, że idzie ze mną. Idziemy 10 km. Jest fajnie i słonecznie. Autobusy oczywiście są, kosztują zaledwie 1,5 euro, ale co tam trasa nie najgorsza, choć momentami idziemy główną nadmorską autostradą, bez pobocza, a obok z zawrotną prędkością śmigają tiry… Tuż przed Sveti Stefan jest super park, słonko grzeje, ptaszki śpiewają, jest miło. Dochodzimy do wyspy, a pan strażnik mówi, że nie możemy wejść. Pytamy dlaczego: bo wyspa jest w renowacji. Hmmm i koleś z IT nie mógł mi tego powiedzieć? Okazuje się, że wyspa jest w renowacji od 5 lat!!!! Cała trasa na marne, wkurzone i zmęczone postanawiamy wracać stopem. To mój pierwszy stop w Czarnigórz ei głęboko żałuję, ze jestem sama, bo ta forma podróżowania w tym cudnym kraju bardzo mi się podoba. Najpierw przez park do drogi głównej podwozi nas jakaś miła pani, a potem zatrzymuje się jakiś młody koleś z Baru. Zmusza nas do słuchania etnofolku i na wieść o tym, że jutro wybieram się do Baru wciska mi swój numer i każe zadzwonić to pójdziemy na kawę. Wszystko jest miłe. Podwozi nas na samą starówkę. I nie wiem, pewnie przez pogodę czy coś, ale naprawdę mi się podoba ta starówka. Ludzie mili, budynki nie najbrzydsze choć odbudowane. O 18 jestem umówiona z Draganą z CS z Kotoru. Dziewczyna przyjeżdża specjalnie dla mnie z Kotoru idziemy z nią i z Anią na kawę, potem na Vrnac. Kafejka super, Dragana jest cudnie inspirująca, single female traveller wybierająca się wkrótce na Jamajkę. Odczuwamy pokrewieństwo dusz i już snujemy wspólne podróżnicze plany. Zaczyna jednak lać. Umawiamy się wiec na jutro na salsa party w Kotorze. Tymczasem Ernst krąży gdzieś między Kotorem a Budvą i próbuje nas znowu odnaleźć. Rany, Bóg ewidentnie nie chce, żebyśmy się spotkali. Ja natomiast zaczynam odczuwać skutki słonecznego przypieczenia.. Ale jest fajnie. Ludzie uciekają ze starówki, a obsługa baru w którym siedzimy zaczyna się z nami ziomalić. To całkiem dobry wieczór zakończony nocną pizzą. No i był też epizod z gigantycznymi pająkami. Otóż siedzimy z Anią na murach obronnych, obok staromiejski grajek coś zapodaje na gitarze, patrzymy w fale w blasku zachodzącego słońca i nagle widzę po piasku śmigają dwa małe kraby. Przyglądam się im i nagle stwierdzam, że to nie małe kraby, ale wielkie pająki, tarantule!!!! Uciekamy z krzykiem z Anią. Potem długo je fotografujemy w celach badawczych oczywiście z maksymalnej odległości an 45-krotnym zoomie. Małe kraby czy wielkie pająki? Nie wiem, ale na mury nie wracam. Miałam jutro jechać do Baru, ale chyba rozważę plażowanie, zwłaszcza, że odkryłam super beach bar…
Zobaczymy, inshallachJ

wtorek, 3 maja 2011

Dzień dziwów pełny, acz miły w zatoce Kotoru



Obudził mnie dźwięk deszczu. Wiedziałam co to znaczy, więc postanowiłam nie otwierać oczu i udawać, że nie istnieję ja albo deszcz, wszystko jedno. W końcu trzeba jednak było wstać. Wielkie okno odsłoniło przede mną straszną prawdę. Znowu lało jak z cebra. Na usta cisnęło mi się kilka strasznych przekleństw. Poszłam do łazienki, skąd zgarnęła mnie Maja zapraszając na śniadanie. Śniadanie? Już zasadniczo zapomniałam co to takiego. A tu rodzinnie: Maja, Ivan, Ben, ja i wspólna pyszna jajecznica. To było naprawdę bardzo miłe. Maja, jak się okazało z wykształcenia muzyk klasyczny, zapodała coś z cyklu sevdah i zaczęła mi opowiadać o regionalnej muzyce, potem zeszłyśmy na kulturę, historię i politykę. To był wspaniały piżamowy poranek i nawet nie zauważyłam, że przestało padać. Kiedy zreflektowałam, olałam poranek filmowy z moją ulubioną czarnogórską rodzinką i podwieziona przez Ivana, ruszyłam w stronę Kotoru.

W międzyczasie odezwał się Ernst, którego poznałam w Dubrovniku, wczoraj też się odzywał, a dziś mówi, że spróbuje przyjechać do Kotoru. I tu pozwolę sobie zrobić wycieczkę personalną. Drodzy Koledzy z Sarajewa, widzicie, jak to się robi za granicą? Samiec bierze od samicy adres e-mail (zamiennie z numerem telefonu), a potem z niego korzysta, trwając w kontakcie, informując, co u niego, pytając co u niej. Koledzy z Sarajewa biorą natomiast numer telefonu Samicy, odnajdują bloga i.. nic. Słuch o nich ginie. Zawsze wiedziałam, że Polacy to dziwny naród, ale żeby aż tak? Następnym razem będę udawać, że na myśl o 90 minutach obserwacji kolesi biegających za piłką nie mam mdłości.
Wracając do tematu: licząc na udany wieczór w miłym towarzystwie, wyszłam z domu. Ponieważ nie padało, postanowiłam zrealizować swój tajny plan o spacerze od promu do Kotoru. Jak tylko wysiadam z busika na wyświetlaczu aparatu pojawiła się informacja: błąd karty. Włączam i wyłączam, wkładam i wyjmuję, a tu nic, tylko błąd karty. I wtedy stał się cud. Pośród wszystkich dowodów na Istnienie Nieprzypadkowości Wszechrzeczy to wydarzenie ostatecznie powinno udowodnić wszystkim niedowiarkom, że Bóg istnieje. Otóż w środku nicości, w środku czarnogórskiej wsi, gdzie nawet do najbliższego spożywczaka jest 10km, zobaczyłam jeden jedyny szyld. Nie uwierzycie! Napis głosił: Computers. To chyba jest w ogóle jedyny sklep z komputerami w całej Czarnogórze. Weszłam tam na granicy płaczu, że ja, że aparat, że wycieczka, że wysiadłam z autobusu, żeby widoki, że karta, że błąd.. Pani popatrzyła na mnie z lekkim rozdrażnieniem i odesłała do swojego kolegi, ten z kolei złapał się na litość. Posprawdzał kartę i stwierdził, że dysk jest ok, ale potem wykrył małą szczelinkę w plastiku, przez którą karta nie działa. Kupiłam więc nową, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście i ruszyłam na mój foto-spacer wzdłuż wybrzeża. Było baśniowo. Jak w Karkonoszach albo Bieszczadach. Pochmurno, ale ciepło, nie padająco, mgły snuły się tuż nad wodą, pachniało świeżością….

Jak dochodziłam do Kotoru, lub raczej powinnam napisać 20km później, zaczęło padać. Wykończona szlajnęłam się chwilę po mieście i pojechałam do Perast – miasteczka na północ od Kotoru, które też chciałam zobaczyć. W Perascie z każdą chwilą deszcz się wzmagał. Miasteczko fajne, senne, trochę bezczasowe, ale lało jak z cebra. Miałam swój parasol za 3 euro z Mostaru, trochę się zwęził z połamania biedaczek, ale nawet on nie mógł uchronić mnie przed tą zlewą. Potem czekałam godzinę w deszczu na przystanku na autobus i wróciłam do Kotoru, gdzie znowu po krótkim spacerze czekałam 2 h na autobus i wróciłam do Tivatu.

Muszę Wam jednak powiedzieć, ze dziś wypróbowałam mój nowy sposób na przemoczone buty. Otóż zamiast zakładać adidasy, wzięłam japonki, licząc, że, co jak co, ale woda w butach nie zostanie, a z drugiej strony ryzykując odmrożenie stóp. Nawet nie było tak źle. Aż do Perastu. Autobus wysadził mnie na szczycie miasta. Musiałam znaleźć jakieś schodki w dół, nie dość, że ślisko, a japonki z powodzeniem mogłyby zastąpić mi narty, to jeszcze ja tu gołe stopy, a od Perastu dzielą mnie stada ślimaków na każdym schodku. Wypełzły oslizgłe paskudy sztachnąć się świeżym powietrzem po deszczu na spacerki. Bleee… Było to paskudne uczucie odklejać ślimaczyło z nogi… Mój ugryzień pająkowy też się nieźle trzyma na śródręczu, żeby nie powiedzieć, że nadal jest spuchnięty i swędzi i na dodatek strasznie boli mnie skręcona rok temu kostka, nie wiem, czy to od wody czy na zmianę pogody, ale co by nie mówić, sypię się…

Wróciłam po południu wymarznięta. Kupiłam Vrnac, czyli czarnogórskie pyszne winko i będę ucztować z Maja, Ivanem, Benem i Filipem-nowym Niemcem, który przyjechał. Ernst będzie musiał tu przybyć, jeśli zamierza się ze mną spotkać, bo ja na pewno się nigdzie w ten ziąb już nie ruszam.

Jutro czeka mnie Budva.

poniedziałek, 2 maja 2011

Nareszcie Czarnogóra



Jak tylko otworzyłam oczy, a było to o 6:45 rano, poraziły mnie promienie słońca. Od razu się wkurzyłam. Jak to? Ja jestem 2 dni w Dubrowniku i leje, a jak tylko wyjeżdżam, ot pełne słońce. Na dodatek wczoraj sprawdzałam prognozy dla Czarnogóry i miało być chmurzasto i deszczowo. Na domiar złego w nocy pogryzły mnie jakieś pająki, czy inne tajemne biesy, więc swędzi, piecze, jest czerwone i spuchło mi śródręcze. Ale co tam, jadę do Czarnogóry. Postanowiłam po drodze do Tivatu, gdzie mam hostel, zatrzymać się na kilka godzin w Herzegnovi (czy bardziej Herzegu Novim). No i wreszcie jest fajnie. Nie jest to z pewnością najpiękniejsze miasteczko świata, ale jest spokojne, prawdziwe, urokliwe i prawie nie ma turystów. Jest też targ ze świeżymi warzywami i owocami, jest tanio, wszak to Czarnogóra, jest twierdza, wąskie uliczki, palmy, morze, piękne zapachy kwitów i.. słońce. Poszlajałam się po mieście u wejścia do Zatoki Kotorskiej, usiadłam w restauracji, gdzie za 5 euro dostałam tosty z frytkami, kawę i wodę. Konsumpcja nastąpiła na bajecznym tarasie z widokiem na morze. Wokół palmy i zapach pomarańczy… I totalny chillout. Potrzebowałam tego po 2 dniach deszczu. Jest dobrze. Teraz skoczę do hostelu w środku nicości w jakiejś starej bazie wojskowej w Tivacie, a potem do Kotoru, którego już zupełnie nie mogę się doczekać. Myślę, że Kotor może być tym, co mnie absolutnie zachwyci podczas tej wyprawy. Oby tylko pogoda nie zawiodła, bo prognozy i chmury na horyzoncie nie wróżą nic dobrego.

5 godzin później
Po raz kolejny muszę powiedzieć: to się nie dzieje naprawdę. Czarnogóra to kraj cudnych krejzoli. Trochę podobna do Krymu, ale czuje się w tym szaleństwie jak ryba w wodzie. Kierowcy w autobusach coś gadają krzyczą, śmieją się do mnie, ja nic nie rozumiem, oni rozumieją, że ja nie rozumiem, ale nadal gadają, stają mi na przystanku w centrum Tivatu, który wbrew moim planem nie jest Kotorem, potem podwożą mnie dalej, proszę, dziękuje itp. Ale od początku. Mam hostel w Tivacie. Nie wiem jak to się stało. Miał być w Kotorze. Ale jest przynajmniej 10km dalej w Tivacie. W środku nicości. Jadę autobusem. Wjeżdżamy na prom. Widoki piękne. W końcu to adriatycki fiord. Cudeńko. Zielone wzgórza opadają łagodnie do wody. Wszyscy, nawet jak nie mówią po angielsku, są komunikatywni i bardzo się starają. To jest przemiłe. Przyjeżdżam do Tivatu. Paskudne miejsce w środku nicości. Chmurzasto, ale nie pada. Idę z tym wielkim plecakiem i idę, ze 3 km. Gubię się i wkurzam. W końcu znajduję hostel Anton. Jestem wykończona i wściekła. Prowadzi go para – Maja i Ivan. Koleś jakiś mega nierozgarnięty. Laska śpi. Na miejscu jest jakiś jeszcze dziwaczny Australijczyk. Podróżuje po świecie, ale skończyła mu się kasa i ta laska powiedziała, że może z nimi zostać za free jak będzie pomagał w hostelu. Wcześniej mieszkał w Krakowie. Zabawny zbieg okoliczności. Robi kawę. Nie ma tu zbyt wielu gości, wszak jesteśmy w środku nicości. Ja naprawdę nie wiem jak hostelworld mógł mnie tak okłamać, albo jak bardzo musiała być pijana bookując hotel?? Ale stało się. Jestem. Mówię im, że chcę do Kotoru. Oni proponują, że możemy tu coś porobić, ale skoro chcę do Kotoru, a chcę, pomagają mi z ogarnięciem autobusów, a na koniec Ivan, czyli mąż Mai, odwozi mnie na dworzec i mówią, że jakbym miała problemy z powrotem z Kotoru, niech zadzwonię, oni po mnie przyjadą te 20 km. Są tak mili i serdeczni. Naprawdę to jakieś krejzolskie miejsce. Kupię wino i pointegrujemy się wieczorem. A teraz ruszam do Kotoru. Trzymajcie kciuki.

4 godziny później
Boshhh, jestem w niebie.. jadę do Kotoru wzdłuż wybrzeża i jestem zachwycona. Przepiękne ostre stoki drapieżnie opadające do morza, piękne budowle, wąziutka droga tuż nad przejrzystym morzem. Jestem tak zachwycona, że nie śmiem wyjąć nawet aparatu. Chcę tylko chłonąć to piękno. Wchodzę na Starówkę. Ogromna, prawdziwa, żywa, piękna, wokół wspinające się na niebotyczne wysokości mury obronne miasta. Kosmos. To jest tak boskie, że brak mi słów. Ale warto było tu przyjechać. Jestem w niebie.

2 godziny później
Stoję, kurwa od 2 godzin na przystanku czekając aż autobus, który miał być 1,5 h temu, przyjedzie. Nie przyjeżdża. Już niemal nie pamiętam jak boskie jest to miasto i okolica. Jestem wściekła. Zapadł zmrok, a ja czekam jak idiotka nie mając nawet pojęcia, czy ten autobus w ogóle przyjedzie, czy tu cokolwiek jeździ. A nie chcę, żeby Australijczyk musiał po mnie przyjeżdżać. Przecież jestem twardzielką. Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Najwyżej te 30? Km jakoś przehitchhikuję po nocy, choć trochę się boję sama hitchhikować, zwłaszcza w nocy.. Rany jestem tak wściekła!!!!

3 godziny później
Jak już byłam na granicy płaczu podjechał do mnie koleś na motorze. Podjeżdżał już wcześniej, ale byłam zajęta blogowaniem stanu swojej wściekłości. Teraz wrócił i zagaduje, że wyglądam tak jakbym musiała z kimś porozmawiać albo jakbym potrzebowała czekolady, czy może mi jakoś pomóc bla bla bla. Nawet niezły… Tylko ja nie cierpię takich sytuacji. Czy to jest podrywacz, gwałciciel czy dobry człowiek? Jasne, że chciałabym wierzyć, że naprawdę chce mnie bezinteresownie podwieźć tym motorem 30km w nieswoją stronę, ale jednak jestem w obcym kraju, nie wiem jakie tu zwyczaje, a od 28 lat czytam w gazetach o gwałtach i morderstwach… Ale z drugiej strony może to moje nieufne polactwo wychodzi? Może tu ludzie sobie pomagają? Może trzeba mu po prostu zaufać? Nie cierpię takich sytuacji! W trakcie mojej rozkminy: ufać czy nie, nadjeżdża bus. Koleś od motoru mówi, że to nie mój bus, ale tknięta czymś otwieram drzwi i kierowca mówi, że tak, że oczywiście jedzie do Tivatu (na marginesie wspomnę, że podróżowanie tu jest bosko tanie: 1,7 euro miliardy kilometrów Tivat-Kotor). Wsiadam i macham motocyklowemu. Trochę żałuję, bo połowa mnie szczerze wierzy, że ten przystojniak jest dobrym człowiekiem, ba, księciem z bajki, który chciał mi bezinteresownie pomóc, a potem żylibyśmy długo i szczęśliwie w Boce Kotorskiej… ale druga połowa mówi mi: Kaśka, jakbyś chciała hitchhikować wyciągnęłabyś kciuka, to najstarszy motyw na świecie, samotna kobieta widocznie wściekła i bezradna na przystanku, koleś na motorze… łatwa ofiara… Rozkmina rozkminą, ale widoki w drodze powrotnej rekompensują mi straty duchowe, czasowe i moralne. Jutro wrócę tu pieszo. Te 30km. I nacykam miliardy fot, bo to po prostu zjawiskowe. A jak miał był być to Książe z bajki to Los spotka nas jutro. Gdzieś. JakośJ Już nie mogę się doczekać jutrzejszego spaceru.

niedziela, 1 maja 2011

Druga szansa Dubrovnika

Dubrovnik, podobnie zresztą jak Sarajewo zasługiwał jednak na drugą szansę. Cały dzień lało znów jak z cebra, więc do 15 przezornie nie wychodziłam z łóżka. Po 15 trochę z głodu, trochę z powoli ogarniającego mnie szaleństwa ruszyłam na Starówkę. Znowu mniej ludzi i jakoś tak ładniej, prawdziwiej w strugach deszczu. O 17 spotkałam się z Odą, Ibrahimem, Albertem w Irish Pubie. Jak zwykle kałuża w butach i ogólne poczucie zimna. Potem wpadł jakiś chory psychicznie podrywacz Chorwat-nacjonalista Dario i Amerykanin Ernst. Ernst podwiózł mnie w nocy do domu i okazał się całkiem fajny. Jest fotografikiem i tour guidem z NY o niemieckich korzeniach. Może jeszcze się spotkamy w Montenegro. Tymczasem wypiliśmy kilka piw i nieźle się bawiliśmy, a potem poszliśmy na spcer po Starówce nocą. Było całkiem miło. Na końcu odwiedziliśmy restaurację Ibrahima, bo okazało się, że oprócz pubu ma też restaurację w super fajnej boskiej wąskiej uliczce z widokiem na zabytkowy kościółek i tak posiedzieliśmy na dworze przy lampce wina i muszę przyznać, zże to ostatnie miejsce i ludzie, wszystko było magiczne. Z Odą jesteśmy już jak travellerskie bratnie dusze. To był naparwdę wspaniały wieczór bałkański z Argentynką, Turkiem, Australijczykiem i Amerykaninem. Wiecie to był jeden z tych fajnych momentów, kiedy mimo iż nic nowego nie odkrywasz i nic twórczego nie robisz, wiesz, że jesteś właśnie tu i teraz i dobrze ci z tym. Jutro jadę do Czarnogóry. Ciekawe kogo spotkam tym razem na swej bałkańskiej drodze:)

Ciągle pada...

To jakiś koszmar.Właśnie wstałam i co? I znowu, a pewnie raczej powinnam powiedzieć nadal, pada. Ciuchy i buty nie tylko nie wyschły, ale raczej zaczęły trącać stęchlizną, a ja siedzę w piżamie w łóżku i nie mam zmiaru wstawać, bo po co... Po południu założę znowu mokre buty, spotkam się z Odą i resztą i znowu zmoknę... Piękny dzień... Jutro ruszam do Kotoru i nie sądzę, żeby było lepiej.