No dobra, co ja zrobiłam, właśnie przyleciałam na Korfu, gdzie mam spędzić kolejne 5 miesięcy i jestem załamana. Najpierw mi się spodobało. Na granicy snu w blasku porannego słońca powitało nas maluteńkie lotnisko. W sezonie musi tu być makabra, ale obecnie jest całkiem kameralnie. Założyłam się z Izą i Kasią, towarzyszkami mojej niedoli, że na 100% nikt nie odbierze nas z lotniska o 6:20 rano. Wszak to Grecja. Przyjechał jakiś skacowany, ale nawet niezły gość. Zabrał nas do mieszkania. Tam załamałam się po raz pierwszy. Obleśnie krótko mówiąc. Tym bardziej, że poznańskie biuro podróży na literę G zapewniało mnie, że dbają o rezydentów. Kłamcy. Moje mieszkanko na Krecie w porównaniu z tym to był hotel pięciogwiazdkowy. Następnie Milos zabrał nas na 3-godzinną poranną kawę i oczekiwanie na szefa. Pojawiwszy się ok. 11, szef nie wniósł wiele do naszej wiedzy, a w sprawach mieszkaniowych skierował nas do swojej siostry, Liliany. Na Lilianę czekałyśmy kolejną godzinę, choć miała być za 5 minut. Jak to w Grecji: siga, siga - powoli, powoli. Liliana powiedziała, że nic nie może zrobić. Zadzwoniłyśmy do J - naszego szefa z Polski, który przyjeżdża w sobotę na kontrolę, ale pewnie też nic nie zrobi. W biurze nie ma nic i nikt nic nie wie, ale są mili. Tymczasem wielki szef Antonis rozkazał Milosowi zabrać nas do Achilleionu - rezydencji cesarzowej Sissi - całkiem ładny pałacyk, dużo ciekawszy niż na zdjęciach i fantastyczne ogrody z cudną panoramą tej wyjątkowo zielonej, acz niewyjątkowo pięknej wyspy. Następnie pojechaliśmy do Paleokastritsy – to najładniejsza zatoka wyspy. Rzeczywiście wreszcie było ładnie. Nad zatoką jest świetna knajpka. W tej knajpce pracuje jakiś Polak. W ogóle przerażają mnie historie o naszym poprzedniku - szefie rezydentów z zeszłego roku. Ponoć rzadko kiedy trzeźwiał i sprzedawał mnóstwo wycieczek, na których wszyscy też rzadko kiedy trzeźwieli. Czyli super wstrzelał się w gust polaków. Generalnie ma tu teraz co najmniej tylu przyjaciół co i wrogów, a my musimy pracować na tym gruncie. Więc Paleokastritsa była super. Potem objazd po wyspie, Sidari wydaje się ok, cała reszta to porażka. Plus w porównaniu z lokalnymi zwyczajami na drodze, Kreta to była bułka z masłem. Tu po prostu nie umieją jeździć, a jeżdżą bardzo szybko wyprzedzają na czwartego na zakrętach i nie patrzą w lusterka. Kiepsko to widzę. Wróciłyśmy do biura. Koleżanka Kasia dostała własne auto, wszyscy byli nieco milsi niż wcześniej. Ale mieszkanko nadal było masakrą. Brzydziłyśmy się wziąć prysznic. Poszłyśmy więc spać w obleśnych śmierdzących kocach. Generalnie jest zimno i syf. Rano nadal brzydzę się prysznica. Jedziemy na objazd po hotelach, a tu akumulator nie działa. Przyjechał, fakt, że ekspresowo Pan, który go podładował, kazał nam jechać i nie gasić silnika. Zobaczymy.
Dzień drugi
Cały dzień drugi spędziłyśmy na objeździe wyspy pt. wizyt w naszych 10 hotelach. Wyspa ma 60 km długości i ok. 12 szerokości więc miało być migiem. Akurat! Przeżyłam najgorszą jazdę w moim życiu. Kreta przy tym była jedna wielką płaską patelnią i autostradą. Tu serpentyny nie mają końca, ich szerokość nie pozwala ani nic zobaczyć ani się minąć, więc jakieś 59 tysięcy razy ktoś mnie spychał tyłem aż do szerszego miejsca, najczęściej autobus. Ponieważ nie umiem jeździć tyłem jest to bardzo stresujące. Autobus nie czeka aż zjedziesz. Ty pół metra w tył, on 70 cm do przodu…. To stresujące. Na dodatek nie masz żadnej gwarancji, że ten drugi kierowca w ogóle cię widzi i jeżdżą jak wariaci. A ja mam najmniej wydaje się problematyczne, najmilsze hotele, ale w najbardziej górzystym, najładniejszym, ale i maksymalnie serpentynowatym obszarze.. Przyzwyczaję się, ale tego dnia przeżyłam koszmar… Hotele wydają się ok., oprócz 5-gwiazdkowców, ale te obrobią dziewczyny. Iza będzie mieszkała oddzielnie na północy w podobnym standardzie, acz bez komarów i owcy, przy barach i imprezowniach. Do naszego mega syfnego mieszkania już się przyzwyczajamy. Ja oswajam dziwne robaki oraz drzwi są zatrzaskowe, gdyż wczoraj w środku nocy zostawiłam klucz w środku, zamknęłam drzwi i.. zonk! Budziłyśmy babcię - właścicielkę. Tak, tak, znowu mieszkamy z właścicielami, tym razem oddzielnie, w domku ogrodnika, za płotem 3 m od domku są kozy i owce, komary, robale i głusza. Plusem jest obłędny spektakl jaki wczoraj urządziły nam świetliki. W życiu czegoś takiego nie widziałam, to była czysta magia. Tysiące błyskających punktów w trawie. Mieszkamy dość blisko Korfu town, co jest niewątpliwie wielkim, jeśli nie jedynym plusem tego mieszkania. Wracając z hoteli przejeżdżałyśmy przez centrum Korfu autem nocą. Miasto jest.. zaskakująco…piękne.. Może nie będzie tak źle…
Dzień trzeci
Wybrałyśmy się na wycieczkę na dwie sąsiednie wyspy: Paxos i Antipaxos. To co muszę podkreślić nt Korfu, to przemili ludzie, wszędzie, w hotelach, kontrahenci itp. Totalnie inaczej niż na Krecie. Wsiadamy na statek, a tu koleś z obsługi mówi do nas: dziewczynki, nie, nie, nie będziecie podróżować ze zwykłymi turystami, mam dla was niespodziankę, na Krecie byłaby to cela pod pokładem;), a on zabiera nas na dziób, gdzie zagrodził kawałek łajby, turystom wstęp wzbroniony, a my mamy leżaczki i wszystko przygotowane do opalania na pokładzie. Przemiło. Oczywiście karmią nas i poją za free, ale to standard. Z portu w Korfu płynęłyśmy ok. 2 godzin do sąsiedniej wyspy Paxos. Przywitały nas absolutnie obłędne Błękitne Groty. Widoki jak Tajlandia, Phuket wymięka. To był szał. Zapomniałam o 2 godzinach na statku. Groty główne są 3, statki wpływają do nich. Nad nimi ogromne wapienne klify i błękit z turkusem w kwestii kolorów morza. Kosmos!! To było przepiękne. Wyglądało trochę jak Zatoka Wraku na Zakynthos. Dalej płyniemy do brzegu Antipaxos, czyli kolejnej malutkiej wysepki, gdzie turyści maja czas na skoki z łajby do wody i pływanko w cudnie rozlanym atramencie morza. Ja odpuszczam zimną morską kąpiel i pracuję nad opalenizną. Widoki piękne. Następnie płyniemy na Paxos, do miasta Galios, jednego z trzech na wyspie. Miasteczko mocno włoskie w stylu, trochę jak Rethymno na Krecie. Fajnie, choć zanim dopłynęłyśmy, pan szefo zaprosił nas na lunch. W przemiłej tawernie posiedziałyśmy, pogadaliśmy, potem z dziewczynami poszłyśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Piękne kolory morza i skał, urocze budyneczki. Potem 2 godziny w drodze powrotnej, słońce nas trochę przygrzało wietrzyk powiewa i wracamy do Korfu. Dziś idziemy w miasto.