sobota, 30 kwietnia 2011
Znowu leje
Tym razem w Dubrowniku. Tylko wyszliśmy z Albertem na ulicę. Ulewa, że bajka. Ale umówiłam się z Odą i Ibrahimem. I nie żałuję, choć pewnie będę chora, bo przemokłam do suchej nitki i buty pewnie nie wyschną mi już do wyjazdu, a na dodatek przypłacę ten wieczór kacem. Oda jest cudna. Ma piękne śmiejące się orzechowe oczy i jest mega inspirująca. Z Buenos Aires skąd pochodzi przeniosła się do Barcelony, gdzie mieszkała 10 lat na Ravalu, a potem do Sarajewa. Przyjechała tam na wycieczkę i została. Jest magiczna. Szalona wegetarianka gardząca wielodzietnymi parami, wszak mogliby adoptować kogoś z Afryki. Wypiłyśmy razem kilka piw, przegadałyśmy istotę couchsurfingu, porozumiałyśmy się co do niezrozumienia dla męskiego umiłowania futbolu, wyśmiałyśmy się jak szalone i umówiłyśmy na jutro. Biedni Albert i Ibrahim patrzyli na nas jak na wariatki. Było cudnie.
Dubrownik, czyli miasto niepiękne, ale pełne krejzoli
Wstałam o 6 rano na autobus o 7. Ucieszyłam się, że przynajmniej odeśpię, ale jak tylko wsiadałam zagadał do mnie chłopiec obok i tak gadał przez następne 3 i pół godziny, czyli całą drogę do Dubrownika. Wyrywał mnie tak zdecydowanie, że nawet ja zauważyłam, że mnie wyrywa (zazwyczaj widzi to 50 innych osób, a ja kompletnie nie kumam o co kaman). W pierwszej chwili pomyślałam, że to najgorsza bajera na świecie na wiersze własnego autorstwa i na młodego romantyka, więc najpierw go wyśmiałam, wszak to dziecko zaledwie, ma 21 lat, a potem albo ta bajera okazała się skuteczna, albo naprawdę jest wrażliwym młodym człowiekiem, więc szkoda mi się go zrobiło, wzruszył mnie tą otwartością i wrażliwością i postanowiłam być miła. Więc chyba zaraz mam randkę z 21-latkiem, który kompletnie nie rozumie, że dla mnie zakrawa to na pedofilię… Ale nic to Denis jest Chorwatem z Osjeku, pracuje w Dubrowniku, dobre z niego dziecko, kręci go tak jak mnie chorwacka przyroda. Opowiedział mi swoje życie i mimo iż się nie wyspałam, czas zaliczam do udanie spędzonych. Ledwie wysiadłam, napisała do mnie Oda, dziewczyna z Buenos Aires, która mieszka w Sarajewie, bo nie udało nam się spotkać w Bośni, ale ona teraz jest w Dubrowniku, wiec mamy się spotkać wieczorem w Irish pubie jej kumpla o typowo irlandzkim imieniu Ibrahim.. Wyobraźcie sobie więc Polka po randce z chorwackim dzieckiem pójdzie od irlandzkiego pubu w Dubrowniku wypytywać o Ibrahima Bóg wie skąd, a tego ostatniego o Odę z Argentyny. Mam przeczucie, że wyjdzie z tego jakaś lipa. Tymczasem na dworcu czekał na mnie chłopiec z hostelu… o właśnie pojawił się na tarasie obok, o wilku mowa, taki śmieszny, aczkolwiek pozytywny chorwacki imprezowicz w typie białe rękawiczki i łapy w górę… Ale miły. Powiedział mi, gdzie są wszystkie kluby w mieście, widać wyglądam na typ dyskotekowy bez makijażu i w przepoconych, przemoczonych ciuchach, juppi! Oprócz mnie do mojego pokoju przyjechał jeden Kanadyjczyk- kurcze wyjątkowo na różnych falach nadaję z tą nacją, więc poszłam w miasto. Acha jeszcze 2 słowa o hostelu: więc Dubrownik to takie miasto na zboczu góry: tuż nad morzem jest Stare Miasto, potem nowe miasto, ulice, długo, długo nic, a po tym długo długo nic hen hen wysoko na górze jest mój hostel. To ze 2 km pod górę wąskimi uliczkami, ale coś za coś, właśnie siedzę na tarasie z obłędnym widokiem na morze. Tymczasem po odpuszczeniu Kanadyjczykowi krętymi uliczkami ruszyłam wiec na Starówkę. No i Gwiazdka miał rację (jeden z Polaków poznanych w Belgradzie), coś mi tu nie trybi. Niby włosko, ale zbyt przestrzennie, niby staro, ale zbyt nowo… Nawet mieszkańcy Starego Miasta jacyś tacy nierealni, nie ma brudu i krzyków, jak we Włoszech, jest sztuczna sterylność. No nie bardzo. Więc wróciłam do hostelu i ta okołohostelowa część Dubrownika jest fajniejsza, oczywiście jest dużo brzydsza, ale jest prawdziwa.. W hostelu jest dyskotekowiec, jego despotyczna siostra- właścicielka i ich rodzice, mama, która sprząta i papa, który naprawia rury i jest bardzo miły i bardzo lubi Polki, posiedzieliśmy już więc na tarasie z papą 70-latkiem, pogadaliśmy o życiu - ja po polsku on po chorwacku, on pewnie mówił o awarii pralki, a ja - że piękny widok z okna, ale to było bardzo miłe. Jak wróciłam ze Starówki pojawił się jeszcze Australijczyk- to z kolei naród z którym mam zawsze 100% chemii, więc mamy już niezłą brechtawę, bo chłopcy: ten z Kanady i ten z Australii dostali wspólne łóżko…Wesoło jest… no dobra. Nie sądzę, że wydarzy się tu coś więcej turystycznego, i nie wiem co będą robic jutro, bo mam tu hotel na 2 noce, gupia, gupia Kasia, bardziej sądzę, że będzie ciekawa towarzysko noc, więc kończę, bo Albert - Australijczyk z nieznanych przyczyn właśnie wpycha mi chleb w oko.
piątek, 29 kwietnia 2011
Mo-star i Mo-kre skarpetki
No i lunęło. Jak zwykle w momencie kiedy wyszłam bez kurtki od deszczu. Po pół godzinie stania w środku nicości pod jakimś wątpliwej jakości daszkiem, bo przecież kiedyś
musi przestać padać, wróciłam do hostelu i kiedy tylko założyłam płaszcz przeciwdeszczowy, przestało, więc poszłam najpierw kupić bilet do Dubrovnika, potem znowu na Starówkę. I znowu lało jak z cebra. Kiedy już wszytko łącznie z wnętrzem stopochronów mi przemokło zainwestowałam w parasol, który zdmuchnęło mi i połamało jak tylko weszłam na most. Postanowiłam więc skryć się pod dachem jednej z tawern na pysznej espresso po bośniacku. Jak tylko zamówiłam, kelner zaczął krążyć nade mną z upierdliwością godną muchy o świcie, bo okazało się, że zamykają. Wróciłam na ulicę, bo było mi już wszystko jedno, jakkolwiek dramatycznie by to nie brzmiało i... tu zaskoczenie.. było bosko. Turyści poszli spać, stragany pozamykane, leje jak z cebra, więc jestem sama na magicznie cudownej starówce w świetle zachodzącego słońca (tak, widziałam je przez strugi deszczu). Było magicznie.
A teraz jestem w hostelu w pokoju 3-osobowym z jakimś przedziwnym tworem typu geek z USA. Geek nie wyszedł ani na pół minuty z hostelu. Siedzi non stop online. Podobno tak od poniedziałku, a jest piątek i zostaje do niedzieli. Nie odzywamy się do siebie. Znaczy przedstawiliśmy się sobie i jakoś nie było chemii. Chyba mam za mało megabajtów... No dziwne to i dość niezręczne przyznam. Zwłaszcza, ze poój ma 2 m2. Nikogo nie ma na fejsie. Jest 20.30, ja mam wszystko przemoczone i nie chce mi się iść w miasto, tym bardziej, że jutro muszę wstać o 6:15 na autobus do Dubrovnika. Koledzy budowlańcy z Anglii - nawet prawie za Wami tęsknię ;)
A teraz jestem w hostelu w pokoju 3-osobowym z jakimś przedziwnym tworem typu geek z USA. Geek nie wyszedł ani na pół minuty z hostelu. Siedzi non stop online. Podobno tak od poniedziałku, a jest piątek i zostaje do niedzieli. Nie odzywamy się do siebie. Znaczy przedstawiliśmy się sobie i jakoś nie było chemii. Chyba mam za mało megabajtów... No dziwne to i dość niezręczne przyznam. Zwłaszcza, ze poój ma 2 m2. Nikogo nie ma na fejsie. Jest 20.30, ja mam wszystko przemoczone i nie chce mi się iść w miasto, tym bardziej, że jutro muszę wstać o 6:15 na autobus do Dubrovnika. Koledzy budowlańcy z Anglii - nawet prawie za Wami tęsknię ;)
Mostar, czyli nareszcie jestem zauroczona
No dobra, już w Sarajewie byłam.. nad rzeką mniej się czuło sztuczności, a wieczorem było już w ogóle miło. Rano wstałam i udałam się droga autobusową do Mostaru. Droga była cudowna, wiodła wśród zielonych wzgórz nad obłędnie turkusową rzeką przecinaną na zmianę akweduktami i innymi malowniczymi mostami, nie zabrakło tez oczywiście tuneli. Tuż przed Mostarem zrobiło się płasko i mniej atrakcyjnie. Na dworcu czekała na mnie właścicielka hotelu. Przemiła młoda dziewczyna. Cudny hotel cudni ludzie, to lubię. Poszłam na spacer na starówkę i Mostar totalnie mnie zachwycił cudowne kamienne uliczki i malutkie domeczki, niesamowity most, mnóstwo kolorowych sklepików, meczetów i minaretów, a zaledwie kilka metrów wyżej totalnie zniszczenia powojenne: kule w każdym domu, budynki z powybijanymi oknami, czyli historia i prawda oraz niemal cukierkowe piękno. Bardzo mi się to podoba, ale dłużej niż 1 dzień to można by się zanudzić. No i jakoś nudno samej…:P poczekam do wieczora, żeby zobaczyć stare miasto o zmierzchu, a jutro do rana ruszam do Dubrownika.
czwartek, 28 kwietnia 2011
Polacy w Sarajewie
No i czekałam na dworcu w Belgradzie na swój autobus i czekałam i nagle usłyszałam obok język polski. Obcięłam dwóch kolesi pod czterdziestkę, nieco zaniedbanych, wyglądających na polskich budowlańców w Anglii, pomyślałam, że pewnie jakieś interesy robią, ale nie wyglądali zachęcająco, wiec wsiedliśmy do tego samego autokaru do Sarajewa i cisza. Ponieważ w rozmowie z kierowcą nie ukrywali skąd są, pomyślałam, że na granicy będzie lipa jak się okaże, że my wszyscy z Polski, a ja się nie przyznaję, więc na postoju niby przypadkiem usłyszałam polski i zagadałam.. Okazało się, że chłopcy z Warszawy, ja z Lublina i… rozdzieliła nas kolejka do toalety damskiej i męskiej. Autobus ruszył, a po chwili jeden z nich podchodzi i mówi, że zapraszają koleżankę z Polski na łyk polskiej kultury. Walili rakiję, że boli, rozmowa się nie kleiła, okazało się, że jakieś świry szukające pozostałości wojen bałkańskich i już pewnie bym się odsiadła gdyby nie to, że doszliśmy do tematu co robimy w życiu, co studiowałam itp.. I nagle okazało się, że oto na krańcu Serbii spotykam kolegów z dziennikarstwa UW… Masakra.. No i zadzierzgnęły się więzy podróżniczej przyjaźni. Przez 6 kolejnych godzin rozmawialiśmy o wszystkim łącznie z feminizmem.. całkiem inteligentni jak na budowlańców i pozytywni, no dobra, przesadziłam, że pozytywni, ale mili. Po przekroczeniu granicy z Bośnią, po płaskiej Serbii zrobiło się nagle pięknie.. Góry, w dole rzeka, mnóstwo zieleni, pojedyncze domy, jak Bieszczady tylko z mega wzgórzami opadającymi stromo do morza. Bardzo nam się to spodobało, a ponieważ okazało się, że rusza nas to samo, rozmowa jeszcze bardziej się kleiła, rakija się lała i było miło. Nie dostałam pieczątki wyjazdowej z Serbii i zastanawiam się, czy nie będzie z tym kichy…Ale nieważne. Droga była górzysta i kręta, moja choroba lokomocyjna intensywna.. ale dotarliśmy. Było po 23. Chłopcy nie mieli klepniętego noclegu, więc zaproponowałam, żeby poszli ze mną, nawet się wręcz ucieszyłam, że nie będę musiała sama szlajać się po nocy. Tymczasem ku mojemu zaskoczeniu wyjechała po mnie na dworzec Jasmina, właścicielka zabookowanego hostelu, było miejsce też dla chłopców, a na miejscu spotkaliśmy .. jeszcze dwie Polki, mieszkające w Słowenii, studiujące turystykę, jedna też pilotka. Było bardzo miło. Poszliśmy spać. Rano wstaliśmy i ruszyliśmy na podbój Sarajewa. Starówka jest piękna. Meczety, kościoły, cerkwie i synagogi, karawanseraje, malutkie sklepiki i łaźnie tureckie, a wszystko w uroczych malutkich krętych uliczkach. Co niesamowite to to, że miasto otoczone jest wzgórzami.. Stamtąd podczas wojny 1992-1995 ostrzeliwano miasto. Nowa część to jak zwykle paskudny Ursynów, na przedmieściach Starego Miasta widać modernizm, Austrowęgry i mnóstwo śladów wojennych, głównie dziur po kulach. Starówka to klimat turecki: zapach kawy i palonego drewna, pyszne jedzenie i szisza… Takie trochę Krupówki. Bardzo ładne i fajne, ale jednak mocno turystyczne, ale nie narzekam bardzo mi się podoba. Lubie nieoczywiste starówki, gdzie człowiek latwpo się gubi i godzinami może kluczyć urokliwymi uliczkami.Poszłam tez na moast łaciński, gdzie Gawriło Princip rozpoczał I WŚ. I co ciekawe pojechaliśmy na przedmieścia, gdzie tuz przy lotnisku miesci się zabytkowy tunel. Tunek wybudowano podcza wojny w 1992 r. Budowa trwała 4 miesiące i tak powstał 800 tunel życia, łączący oblężony Belgrad z wolną strfą pełną jedzenia, wolności i pomocy humanitarnej przy lotnisku. Tym ciekawsz ebylo to doświadczenie, że oprowadzała nas Jasmina, która spędziła w Sarajewie wojnę i 4-krotnie przemierzała tunel w obie strony. To historia zaklęta w tym mieście, która niewątpliwie ciężko dostrzec na starówce. Także generalnie mi się bardzo podoba, ale odczuwam pewna nutkę sztucznośći… tym niemniej jest tu bardzo przyjemnie posiedzieć wypić kawkę, zjeść sarmę, czyli pysznego gołąbka i zapalić sziszkę…
środa, 27 kwietnia 2011
Panna z mokrą głową rusza na Bałkany
Zasadniczo wyprowadziłam się prawie z cudnej Pragi, spakowałam wszystko, tak, aby po powrocie z Bałkanów? Bałkan? być gotową do wyprowadzki na Corfu, przemyślnie zostawiwszy niezbędne elementy garderoby w Warszawie, wróciłam wolna i lekka, przynajmniej w bagażu, ze świąt na Wschodzie. Zdążyłam się dopakować i wyjść z A na drinka, ostatniego drina na Pradze i gdzieś tak w drodze powrotnej kiedy usłyszałam pikanie rozładowującego się telefonu coś jakby ulotnie przeleciało mi przez głowę, że gdzie jest ładowarka, ale dopiero jakiś czas później na dobre okazało się, że jest w Lublinie. A ja rano lecę na Bałkany, hotele nie znalezione, a pierwsza noc z CS, więc telefon niezbędny. Napisałam do G, że może ma jakiś stary telefon i mi pożyczy, bez odpowiedzi. Pomyślałam, że i tak rano jadę do biura oddać zaległe sprzęty, a że wylot o 10 jeszcze rano wpadnę do Złotych Tarasów, najwyżej kupię ładowarkę… Poszłam więc spać, wstałam rano, nieco nawet spóźniona, a muszę szukać tej ładowarki, umyłam głowę i nagle… tak, wszytko ładnie pięknie, ale suszarka do włosów też się wyprowadziła do Lublina. Piszę to wszystko wyłącznie po to, żebyście mogli się w wczuć w mój entuzjazm dnia wylotu na Bałkany kiedy przez 2 godziny latałam jak szalona rano w zimnie z mokrą głową po 2 centrach handlowych szukając ładowarki do telefonu i niemal spóźniając się na samolot. Ładowarki nie znalazłam, ale samolot złapałam. Do Belgradu leciałam bez większego entuzjazmu. Wszystko co wyczytałam i usłyszałam o mieście wcale mi się nie podobało. Postanowiłam więc spędzić tu jak najmniej czasu czyt. 1 noc. Po wylądowaniu pierwsze wrażenie: w sumie Europa, taka bardziej ukraińska Europa, pozaunijna, ale jednak dzikich na ulicy nie widać. Mądra Jola wyszukała w necie info jak dojechać z lotnika do centrum, że ponoć jest droższy shuttle bus i tańszy bus podmiejski nr 72, shuttle busa nie widziałam, a podmiejski zdarł ze mnie 10 Dinarów, co pewnie jest jakieś 5 zł, bo 10 euro to ponad 900 dinarów.. W autobusie kierowca nie mówi po angielsku i, mimo iż jest to linia stricte lotniskowa w autobusie nie ma nawet pół informacji w języku turystom przyjaznym, ale dałam 100 dinarów, dostałam bilet i jechałam gdzieś… przystanki opisane są cyrylicą na przystankach. Po raz kolejny błogosławiłam 2 miesiące rosyjskiego na lektorach, które zaowocowały znajomością alfabetu. Jechałam na Zeleni Vrnac czy coś w tym stylu, jeden z głównych przystanków transferowych w mieście, jak się okazało również końcowy linii 72. Stamtąd miałam się przetransferować pod Hotel MOSKVA i wsiąść w autobus 31 do mojej hostki. Transport autobusowy także przypomina Ukrainę, choć jako użytkownik Ikarusów chyba nie mam się co wywyższać. Gdyby nie Polki poznane w autobusie pewnie kluczyłabym w okolicy, ale pokazały mi Moskwę i szczęśliwie się przesiadłam. I musze przyznać, że bardzo mi się podobało to co śmigało za oknem. Trochę neoklasycyzmu w austrowęgierskim stylu, trochę secesji, trochę swojskiego klimatu warszawskiej Pragi… Belgrad wydał mi się swojską mieszanką. Tak jakby miał w sobie to co najlepsze z Warszawy i z Krakowa. No i cerkwie, cudne , monumentalne, zwłaszcza największa w mieście i przy okazji najwieksza prawosławna świątynia na świecie – cerkiew św. Sawy, przypominająca Błękitny meczet, polecam zwłaszcza nocą, gdyz jest pięknie oświetlona.
Moja hostka okazała się bardzo miła dziewczynką mieszkająca w przedwojennej kamienicy. Takiej z duszą. Trochę jak mieszkanie mojej babci w Lublinie, trochę jak Praga… I ruszyłyśmy na podbój Belgradu - Białego Miasta od murów obronnych w oślepiająco białym kolorze. Przeszłyśmy 15 km i ja ledwo żyłam. Ciekawa architektura, super deptak, Kalemegdan, czyli twierdza nad miastem z super panoramą Dunaju. To, co mi się spodobało to dużo kolorowo ubranych ludzi. Są tu bardziej towarzyscy, rozmawiają z obcymi na ulicach, spędzają czas na świeżym powietrzu, a pogoda była cudnie wiosenna. W ogóle bardzo się tu czuję swojsko. Ech, słowiańska duszaJ I to co jest fajne, to to, że stary Belgrad jest bardzo różnorodny, piękne kamienice stoją obok ruder sprzed wojny i obok modernistycznych i socrealistycznych molochów… Jest tu jakaś prawda. Maja też Nowy Belgrad, czyli wyjątkowo paskudne Blokowisko, taki mega Ursynów… My tymczasem szlajałyśmy się pięknymi uliczkami pamiętającymi potęgę austrowęgierską, dla mnie słyszalną głównie w serbskiej muzyce ludowej, której też jest bardzo dużo na ulicach i w knajpach. Co wręcz groteskowe, wieczorem w każdej knajpie jest własna kapela. Jedzenie podobne do naszego, tyle, że bez zup, ziemniaki i mięcho i kapusta, plus oczywiście kawa po turecku. Raczej nie piją herbaty. Chyba jest dość tanio, choć mam problemy z przelicznikiem. Może to i lepiejJ Poszłyśmy na dworzec kupić na kolejny dzień bilet do Sarajewa (23 euro autobusem) i na posterunek policji, gdyż słyszałam, że powinnam się zameldować, policjanci, a wierzcie mi, że przez 4 km szukałyśmy komisariatu i ja już ledwo żyłam. Policjanci powiedzieli, że nie muszę się meldować , a nawet jeśli, musiałby to zrobić właściciel mieszkania koło swego domu.. Więc odpuściłam ten wątek. Wykończone pojechałyśmy do miejsca, które dla mnie było absolutnym must-do, czyli ulicy Skadarlija. Przeczytałam, że to belgradzki Montmartre, brukowana ulica XIX i XX wiecznej bohemy, obecnie pełna knajpek, ale to co tam zastałam było nawet fajniejsze. Faktycznie belgradzki Montmartre. Byłyśmy tam po zmroku w kafejce na piwku. Super! Wykończona wróciłam do domu. Drugiego dnia musiałam wstać o 7 i wyjść z Marijaną wcześnie rano. Postanowiłam pojechać na Zamun. Ta ledwie wspomniana w moim super przewodniku Bezdroży, który generalnie polecam, część miasta to niegdyś odrębne miasto, jedna z najstarszych okolic. I znowu to był strzał w 10! Zamun jest obłędny. To jak Mała Strana w Pradze. Urocze domeczki, kamieniczki, wzgórze z basztą, i wreszcie nabrzeże nad Dunajem pełne fantastycznych klimatycznych kafejek. Cudo. Jedyne co mi się nie podobało, a byłam tam ok. 9 rano, to bezpańskie, a może i pańskie, ale wolnobiegające wielkie psy, dobermany itp. Kiepsko czuję się spacerując obok takich bestii. Ale poza tym super. Z Zamunu wróciłam do centrum i teraz siedzę na Kalemegdanie, piszę, zaraz ruszę w 7 - godzinną podróż autobusem do Sarajewa, gdzie dojadę ok. 23 i jakimś cudem spróbuję znaleźć mój hostel.. Ale generalnie jest fajnie.
Moja hostka okazała się bardzo miła dziewczynką mieszkająca w przedwojennej kamienicy. Takiej z duszą. Trochę jak mieszkanie mojej babci w Lublinie, trochę jak Praga… I ruszyłyśmy na podbój Belgradu - Białego Miasta od murów obronnych w oślepiająco białym kolorze. Przeszłyśmy 15 km i ja ledwo żyłam. Ciekawa architektura, super deptak, Kalemegdan, czyli twierdza nad miastem z super panoramą Dunaju. To, co mi się spodobało to dużo kolorowo ubranych ludzi. Są tu bardziej towarzyscy, rozmawiają z obcymi na ulicach, spędzają czas na świeżym powietrzu, a pogoda była cudnie wiosenna. W ogóle bardzo się tu czuję swojsko. Ech, słowiańska duszaJ I to co jest fajne, to to, że stary Belgrad jest bardzo różnorodny, piękne kamienice stoją obok ruder sprzed wojny i obok modernistycznych i socrealistycznych molochów… Jest tu jakaś prawda. Maja też Nowy Belgrad, czyli wyjątkowo paskudne Blokowisko, taki mega Ursynów… My tymczasem szlajałyśmy się pięknymi uliczkami pamiętającymi potęgę austrowęgierską, dla mnie słyszalną głównie w serbskiej muzyce ludowej, której też jest bardzo dużo na ulicach i w knajpach. Co wręcz groteskowe, wieczorem w każdej knajpie jest własna kapela. Jedzenie podobne do naszego, tyle, że bez zup, ziemniaki i mięcho i kapusta, plus oczywiście kawa po turecku. Raczej nie piją herbaty. Chyba jest dość tanio, choć mam problemy z przelicznikiem. Może to i lepiejJ Poszłyśmy na dworzec kupić na kolejny dzień bilet do Sarajewa (23 euro autobusem) i na posterunek policji, gdyż słyszałam, że powinnam się zameldować, policjanci, a wierzcie mi, że przez 4 km szukałyśmy komisariatu i ja już ledwo żyłam. Policjanci powiedzieli, że nie muszę się meldować , a nawet jeśli, musiałby to zrobić właściciel mieszkania koło swego domu.. Więc odpuściłam ten wątek. Wykończone pojechałyśmy do miejsca, które dla mnie było absolutnym must-do, czyli ulicy Skadarlija. Przeczytałam, że to belgradzki Montmartre, brukowana ulica XIX i XX wiecznej bohemy, obecnie pełna knajpek, ale to co tam zastałam było nawet fajniejsze. Faktycznie belgradzki Montmartre. Byłyśmy tam po zmroku w kafejce na piwku. Super! Wykończona wróciłam do domu. Drugiego dnia musiałam wstać o 7 i wyjść z Marijaną wcześnie rano. Postanowiłam pojechać na Zamun. Ta ledwie wspomniana w moim super przewodniku Bezdroży, który generalnie polecam, część miasta to niegdyś odrębne miasto, jedna z najstarszych okolic. I znowu to był strzał w 10! Zamun jest obłędny. To jak Mała Strana w Pradze. Urocze domeczki, kamieniczki, wzgórze z basztą, i wreszcie nabrzeże nad Dunajem pełne fantastycznych klimatycznych kafejek. Cudo. Jedyne co mi się nie podobało, a byłam tam ok. 9 rano, to bezpańskie, a może i pańskie, ale wolnobiegające wielkie psy, dobermany itp. Kiepsko czuję się spacerując obok takich bestii. Ale poza tym super. Z Zamunu wróciłam do centrum i teraz siedzę na Kalemegdanie, piszę, zaraz ruszę w 7 - godzinną podróż autobusem do Sarajewa, gdzie dojadę ok. 23 i jakimś cudem spróbuję znaleźć mój hostel.. Ale generalnie jest fajnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)