piątek, 9 lipca 2010

Senator i zielona pierś

Hurra!! Świat jest piękny, ludzie dobrzy, a ja jestem machiavellistką, a w każdym razie emocjonalną terrorystką i skuteczna negocjatorską. Nie będę za to raczej nigdy dobra gospodynią. Znowu się załamałam. Po pierwsze primo dam Wam kolejna radę z cyklu kulinarnych: nie zostawiajcie nigdy ugotowanego bobu w sosie czosnkowym w przepisie byłego chłopaka w lodówce na dłużej niż dwa dni.. Nie wiem czy kiedykolwiek ten zapach opuści mieszkanie.. Po drugie bądź tu mądry człowieku. W akcie obrzydzenia mrożonkami stwierdziłam, że, a co, raz się żyje, ugotuję coś naprawdę. Kupiłam nawet mięso. Pierś kurzą czyli. Zamroziłam. Przypomniałam sobie o niej miesiąc później. Wyjęłam z zamrażarki, rozmroziłam... i… zapomniałam zjeść. Wtedy przypomniałam sobie rady mędrców, że pożywienie raz rozmrożone nie powinno być po rozmrożeniu powtórnie zamrażane, więc wrzuciłam do lodówki i znowu o tym zapomniałam. Dziś, 2 dni później, powiem szczerze żałuję tego kroku. Mięso jest w niektórych miejscach obeschnięte, a w innych zielonkawe, podczas gdy ja chcąc nie chcąc musze wrócić do mrożonek. Na dodatek zielone partie ukazały się dopiero jak pokonałam wstręt przed krojeniem mięsa i zaczęłam, przełamując odruch wymiotny, zaglądać kurze w piersi…I wtedy zadzwonił telefon. Zadzwonił Senator. Prawdziwy! I wiecie stojąc z nożem w reku nad spleśniałym, a w każdym razie zielonym kurczakiem, w domu śmierdzącym bobem z czosnkiem pomyślałam: świat jest jednak niesamowity. Historia z Senatorem jest w ogóle ciekawa. To prawdziwy senator Senatu RP, tego interesującego architektonicznie b budynku przy Wiejskiej, że o instytucji nie wspomnę. Otóż kilka tygodni temu byłam jako reprezentacja fundacji na pokazie mody Wielkiej Projektantki - kiedyś muszę to opisać, bo to też niezła historia. Tym niemniej aspektem jej peryferyjnym jest fakt, że po tym jak prowadziłam tam, a raczej zaledwie stymulowałam nieco, licytację na podopiecznych fundacji, po tej licytacji przyszedł do mnie jakiś chłopak wcisnął mi był swoją wizytówkę, dodam, że partyjną. Jak zobaczyłam, że partyjna, mimo iż opcja polityczna jak najbardziej ok, ale bądźmy szczerzy – polityk? - nuuuda, więc traktowałam go dość ozięble i z nieskrywanym brakiem pociągu i wszelkiego zainteresowania. Boże, mam nadzieję, że nigdy nie przeczyta tego blogaJ Ale on powiedział, że może pomóc jednemu naszemu dziecku w bardzo fajnym marzeniu o odwiedzeniu placu budowy stadionu narodowego. I wcisnął mi wizytówkę, mówiąc, że wszystko co zakrawa o ministerstwa, także ministerstwo sportu, że on chętnie mi pomoże… No i ja wysłałam mu faktycznie jakiegoś maila, bardziej z grzeczności, wyciągając wszystkie sportowe marzenia jakie tylko przyszły mi do głowy i zapomniałam o sprawie. Była kampania, więc on nie miał czasu na nic. A tu dziś ni z gruszki ni z pietruszki dzwoni niebożę, przeprasza, że nie odpisywał wcześniej, że już był u Senatora jakiegoś tam co ma coś wspólnego ze sportem, który interesuje jedno moje wyjątkowe dziecko, że ten senator jest prezesem związku sportu nas interesującego czy coś i że przedstawił mu moją prośbę o marzeniu chorego chłopca, który chce się spotkać z polską reprezentacją czegośtam i w ogóle po drodze zaangażowanych zostało w to mnóstwo osób i oto gdzieś pośrodku piersi kurzej zielonkawej i wysuszonej tkwiłam na gorącej linii z senatorem, który pomoże mi spełnić marzenie D. Czyż świat nie jest piękny kiedy sobie wszyscy pomagamy? I czy to nie cudowne, że czasem pomoc przychodzi z totalnie nieoczekiwanej strony i ze tak niewiele czasem trzeba żeby komuś pomóc. Uśmiechnijcie się, może do was też zadzwoni senator

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz