Zwariowałam, zwariowałam, ja chyba kompletnie już zwariowałam. Czuję się na Korfu coraz lepiej, totalnie jak w domu. Albo to epidemia jak-w-domów albo starość albo szaleństwo. Tak się czuję na Pradze i teraz tutaj. A przez ostatnie 10 lat nie czułam się tak w żadnym zakątku globu, no może poza Sycylią. Nie wiem co się dzieje, odkrywam siebie na nowo. Dojrzewam. Osiągam spokój. Cieszę się każdą chwilą. Może mam niedługo umrzeć? Nie wiem. Jestem sobie na Korfu. Mój zatrudniacz to jakaś poracha. We wtorek rano, a jest to dzień transferowy czyli wysyłamy z powrotem do Polski 300 osób i tyleż samo w czterech transzach zwanych dalej lotami, przyjmujemy, co łącznie daje jakieś 600 osób, więc nagle rano okazuje się, że jakieś 30 z tych 600 trafi do innego hotelu niż wykupiło i nic się z tym nie da zrobić, a że będą chcieli cię bić, zabić, że będą cię wyzywać, bluzgać, gnoić i grozić ci, włącznie z rękoczynami, to już twój problem, biuro umywa ręce, nic się nie da zrobić. I ty przez cały dzień to znosisz w połączeniu z pozostałymi 570 problemami z cyklu ktoś zapomniał paszportu z hotelu i nie może wylecieć, ktoś zgubił walizkę, ktoś nie chce dopłacić za nadbagaż, ktoś składa skargę, że kierowca jechał jak wariat i chciał go zabić itp. Idziesz spać o 23, po kilku godzinach pyskówki z niezadowolonymi ze zmiany hotelu, dla których ta zmiana, skądinąd zresztą jest zmianą na lepsze, ale gdzieżby ktoś chciał w to uwierzyć, wszak nas Polaków zawsze i wszędzie chcą przecież oszukać, więc ta cała zmiana jest ich zdaniem ewidentną winą rezydentki, czyli Twoją. Więc zamiast pomyśleć i pisać reklamacje do biura (Internet w zmienionym hotelu jest za free) wrzeszczą na Ciebie i grożą dalej. Wstajesz o 7 kolejnego dnia i od rana telefony, groźby, prośby, kombinacje, do 15 już 2 razy byłaś w hotelu Problem, w międzyczasie obrabiając pozostałe 270 osób na wyspie, nie ukrywajmy nieco po macoszemu, co odbije się na twojej sprzedaży czyt. prowizji, czyt. LIPA!!! O 15 wracasz do hotelu Problem. Spędzasz tam kolejne 4 godziny. Ludzie już wiedzą, że hotel nie jest zły, ale nadal kombinują co by tu wysępić, wycieczkę, auto itp., a biuro ma ich gdzieś, wszak i tak odreagują na Tobie, a do powrotu do Polski może zapomną, że chcieli pisać reklamacje. Po drodze do domu jedziesz jeszcze do szpitala z panem 70-letnim lekarzem hipochondrykiem, co to odczuwa ból i wolałby to wyjaśnić i stajesz na rzęsach, żeby grecki lekarz zrozumiał słowo „przepuklina”. Odbijasz się też od szklanego sufitu pt. grecki strajk, więc wizyta w szpitalu zamienia się w kolejny koszmar. Wreszcie pan uspokojony, że jedyne co mu dolega to hipochondria, zamęczając cię swoimi z pozoru schizofrenicznymi opowieściami, wsiada do taksówki, ściślej wsadzasz go, ale nie martw się, bo jeszcze jutro cię przydyba co byś mu pojechała znowu do tego szpitala, przetrząsnęła go z jednej do drugiej i załatwiła zaświadczenie, że dziś tu był, to może ubezpieczalnia odda mu za taksówkę, w co szczerze powątpiewasz (Pan z KRK, żeby nie było wątpliwości), ale klient nasz pan i szkoda ci człowieka, wszak jesteś mięczarą… Następnie zaczyna padać, a ty tkwi bez parasola w przepoconym uniformie bez sił, bez ducha, a jest dopiero 19, więc musisz gnać na lotnisko, bo jest jakiś śmieszny przylot 30 osób z Wrocka i ktoś musi ich odebrać. Miasto sparaliżowane, burza, leje jak z cebra, jak mokro nie potrafią jeździć ci Grecy przeklęci, pioruny biją, z parkingu daleko, samolot tuż tuż, biegniesz, dobiegasz cała mokra. I wściekła. Wtedy oczywiście przestaje padać. Na pocieszenie dostajesz tęczę. Jest piękna, są to nawet dwie tęcze. Ale żeby nie było ci zbyt dobrze, nawalona grupka z Wrocka zrobi oborę na lotnisku, po której przez 2 tygodnie będziesz wszystkim tłumaczyć, że alkoholik nie jest wcale synonimem Polaka…Bezskutecznie zresztą. Po drodze na kolację (tak dziś wreszcie po 3 dniach masz szansę coś zjeść) tęcza okaże się najcudowniejszą tęczą jaką w życiu widziałaś i pomyślisz, kurczę, jak mi się tu podoba, a potem zamarzniesz przy stoliku, żeby paść niemal trupem w łóżeczku. Następnego dnia od 9 będziesz obrabiać dyżury w hotelach. Zgodzisz się zastąpić koleżankę, bo ona nie czuje wycieczki z piątku, ty ją czujesz, więc bez żalu zamienisz się z nią na czwartek i wpadniesz za nią w szczyt jej bagna w jej hotelach, jakbyś nie miała wystarczającego piekła w swoich. Idiotka!! Po 4 godzinach utarczek z rozmaitymi managerami i klientami trafisz wreszcie do swoich hoteli, po której o godz. 16 nie będziesz miała siły ręką ruszyć. Pojedziesz na chwilę na Internet napisać do firmy X co o tym myślisz i wrócić przygotować się prowadzenia piątkowej imprezy, na której trafisz w szpony bandy wiecznie nadętych ponuraków (turyści z Krakowa - przyp. red.), którzy zresztą zrobią rozpierduchę, że kelner policzył im 40 eurocentów za chleb, a oni owszem zjedli chleb, ale jednak go nie zamówili i o te 40 centów afera na całą knajpę. A potem pytania dlaczego traktują nas jak mega wiochę, a nie jak Niemców… ciekawe... A kiedy wrócisz ledwie żywa wieczorem, nie będziesz już nawet miała siły myśleć o wycieczce do Albanii, którą masz prowadzić kolejnego dnia. Napiszesz resztką sił coś na blogu ku chwale potomnych, potem i tak nie znajdziesz neta, żeby to opublikować, więc zrezygnowana wskoczysz na chwilę do wody na ulubionej plaży i nie będziesz miała siły wracać do domu. I tylko znowu w akcie szaleństwa irracjonalnie ci zakołacze pod kopułką „kurcze, jak mi się tu podoba”.. Bo naprawdę mi się podoba. Zatopisz się w lekturze Durella i uśmiechniesz do losu. Zwariowałam!
PS wklejam to teraz z kafejki na plaży pożerana przez wyglodniale komarzyce po wieczornym pływanku po pracy na ulubionej plażce:) a jutro ide na grecki slub i greckie wesele:)
sobota, 18 czerwca 2011
niedziela, 12 czerwca 2011
Korfu -my love???
No dobra najpierw się rozstałam z pracą, potem odkryłam, że wcale nie chcę się z nią rozstawać, a przede wszystkim bez żadnych logicznych przesłanek, ale jednak, wcale nie chcę rozstawać się z Korfu i że mogę tu zostać nawet na wolontariacie, potem zaczęłam więc z rozmysłem palić głupa, żeby tylko jednak firma X nie chciała się rozstać ze mną. Chwilowo nie chciała i zawdzięczam to wyłącznie jednej osobie, której absolutnie wolałabym niczego nie zawdzięczać, ale summa summarum chyba zostaję. I mam permanentną michę banan. Bo jestem tu szczęśliwa!!! Zwariowałam! Wszystko mi się podoba. Odkryłam swoją boską plażę, co to wygląda, przez 10 metrów, ale jednak jak Azja Południowo-Wschodnia. Odkryłam przeboski las oliwny, podkreślam las nie gaj, super zatokę Agios Gordis, zamek Gardiki, następnie Angelokastro. Spędziłam cały dzień w basenie na dachu świata w Golden Foxie ponad Paleokastritsą… Jest mi cudnie dobrze tu samej ze sobą. Tylko tu można było wymyślić carpe diem i ja właśnie carpe diam sobie tak powolutku dzień po dniu. I jestem cudnie spokojna i szczęśliwa. Nawet inaczej w tym ciepełku odczuwam swoją cielesność, że o seksualności nie wspomnę. I wreszcie samo miasto Korfu, to już czyste Włochy, zwłaszcza nocą. Trąca mi to wszystko Sycylią. No i ludzie miło niegreccy… Nawet mam zaproszenie na prawdziwy grecki ślub za tydzień i greckie weselicho!!! Od ludzi, którzy znają mnie 3 tygodnie, a już się uwielbiamy.. Dobrze mi tu bardzo!
A teraz będzie mała dygresyjna, bo jak można poważnie traktować naród, w którym quo vadis oznacza „pu pas”? Otóż kilka przezabawnych historii z cyklu polski turysta na wakacjach. „Pani pilotka jest ignorantką. Ignoruje nasze prośby o rekompensatę za zmianę pokoju”. Albo przyczajony turysta podsłuchuje moją rozmowę o Malezji i Azji z innymi turystami. Turysta, dodam, poinformował mnie, że jest prezesem z Poznania zanim jeszcze okazało się, że umie powiedzieć dzień dobry. Turysta: „W Tunezji??? A po co tam jeździć. W tej Tunezji śmierdzi. Jak tylko zjechaliśmy z Gibraltaru w tej Tunezji śmierdziało”. Inny turysta na greckiej wyspie Paxos wpływając do Błękitnych Jaskiń: „Proszem paniom, to jest bardzo niebezpiecznie takie wpływanie do tych jaskiń, ja nie mówię, że teraz, ale zimą, jak to wszystko pokrywa śnieg, przecież to się może obsunąć i przysypać człowieka”… Że nie wspomnę o bezbłędnym pytaniu sprzed 2 sezonów, gdzie, gdy Iza opowiadała, że schodzi się z wysokości 160 metrów do morza, pani błyskotliwe spytała: „a na jakiej wysokości to morze??”… Więc widzicie mamy momenty małych triumfów intelektu nad „polskim turystom”... Choć zwykle to oni triumfują nad nami. Zabawne jest, że mam już małą kategoryzację polskiego turysty pod kątem regionu pochodzenia. Od 2 lat sprawdza się bezbłędnie. Najgorsza grupa turystów przylatuje z Poznania. Najbardziej skąpe największe buce. Na lotnisku informują cię jakie stanowisko zajmują, zwykle są prezesami, jakby co najmniej cię to interesowało. Nie mają poczucia humoru, a mają mnóstwo kompleksów, zwłaszcza wobec Warszawy, z którą nie ukrywam sympatyzuję… Okropieństwo problematyczne do bólu. Turysta z Krakowa to też turysta skąpy i problematyczny, ale przynajmniej ma poczucie humoru i generalnie zwykle, w przeciwieństwie do Poznaniaków, jest niegłupi… Najlepsi turyści przyjeżdżają z Katowic, na drugim miejscu jest Warszawa. Mają kasę, są normalni, z poczuciem humoru i wyluzowani. Warszawa jest mniej wyluzowana, ale ma już doświadczenie podróżne i wie, że greckie trzy gwiazdki są gorsze od polskich i ma na to lekką zlewkę, co jest niewątpliwie ok. Turysta samodzielny i nieproblematyczny. Trafiają się turyści z innych stron polski, nie stanowią jednak zwartej całości. Mazurzy są fajni, a Lublinianie jak trafią na swego czyli mnie są tak zdziwienie zachwyceni, że aż miło. Oczywiście wiem, że to ogromna generalizacja, ale naprawdę zaczynam myśleć, że moi wspaniali wielkopolscy przyjaciele to jedyne cywilizowane elementy tego województwa..
Podzieliwszy się z wami tą refleksją całuję i idę kontemplować moje piękne Korfu. Zwariowałam, zwariowałam.. Ale jak miło tak zwariować…
A teraz będzie mała dygresyjna, bo jak można poważnie traktować naród, w którym quo vadis oznacza „pu pas”? Otóż kilka przezabawnych historii z cyklu polski turysta na wakacjach. „Pani pilotka jest ignorantką. Ignoruje nasze prośby o rekompensatę za zmianę pokoju”. Albo przyczajony turysta podsłuchuje moją rozmowę o Malezji i Azji z innymi turystami. Turysta, dodam, poinformował mnie, że jest prezesem z Poznania zanim jeszcze okazało się, że umie powiedzieć dzień dobry. Turysta: „W Tunezji??? A po co tam jeździć. W tej Tunezji śmierdzi. Jak tylko zjechaliśmy z Gibraltaru w tej Tunezji śmierdziało”. Inny turysta na greckiej wyspie Paxos wpływając do Błękitnych Jaskiń: „Proszem paniom, to jest bardzo niebezpiecznie takie wpływanie do tych jaskiń, ja nie mówię, że teraz, ale zimą, jak to wszystko pokrywa śnieg, przecież to się może obsunąć i przysypać człowieka”… Że nie wspomnę o bezbłędnym pytaniu sprzed 2 sezonów, gdzie, gdy Iza opowiadała, że schodzi się z wysokości 160 metrów do morza, pani błyskotliwe spytała: „a na jakiej wysokości to morze??”… Więc widzicie mamy momenty małych triumfów intelektu nad „polskim turystom”... Choć zwykle to oni triumfują nad nami. Zabawne jest, że mam już małą kategoryzację polskiego turysty pod kątem regionu pochodzenia. Od 2 lat sprawdza się bezbłędnie. Najgorsza grupa turystów przylatuje z Poznania. Najbardziej skąpe największe buce. Na lotnisku informują cię jakie stanowisko zajmują, zwykle są prezesami, jakby co najmniej cię to interesowało. Nie mają poczucia humoru, a mają mnóstwo kompleksów, zwłaszcza wobec Warszawy, z którą nie ukrywam sympatyzuję… Okropieństwo problematyczne do bólu. Turysta z Krakowa to też turysta skąpy i problematyczny, ale przynajmniej ma poczucie humoru i generalnie zwykle, w przeciwieństwie do Poznaniaków, jest niegłupi… Najlepsi turyści przyjeżdżają z Katowic, na drugim miejscu jest Warszawa. Mają kasę, są normalni, z poczuciem humoru i wyluzowani. Warszawa jest mniej wyluzowana, ale ma już doświadczenie podróżne i wie, że greckie trzy gwiazdki są gorsze od polskich i ma na to lekką zlewkę, co jest niewątpliwie ok. Turysta samodzielny i nieproblematyczny. Trafiają się turyści z innych stron polski, nie stanowią jednak zwartej całości. Mazurzy są fajni, a Lublinianie jak trafią na swego czyli mnie są tak zdziwienie zachwyceni, że aż miło. Oczywiście wiem, że to ogromna generalizacja, ale naprawdę zaczynam myśleć, że moi wspaniali wielkopolscy przyjaciele to jedyne cywilizowane elementy tego województwa..
Podzieliwszy się z wami tą refleksją całuję i idę kontemplować moje piękne Korfu. Zwariowałam, zwariowałam.. Ale jak miło tak zwariować…
środa, 8 czerwca 2011
Wszystko się kiełbasi, kiedy mnie zaczęło się podobać Korfu
Najpierw zasadniczo rozstałam się pracą, albo ściślej ona rozstała się ze mną, a potem irracjonalnie gdzieś przy kolacji z widokiem na zatokę, zrozumiałam, że nie, nie chcę wyjeżdżać. Że z nieznanych i z niezbyt logicznych przesłanek chcę zostać! Że ta wcale nie najpiękniejsza wyspa świata ma coś w sobie i że chcę tego czegoś więcej i że nawet z darmo i za stres z turystami chcę tu być. Że czuję, że tu-i-terazuję, że jestem we właściwym miejscu i czasie choć jeszcze nie wiem czemu.. i że dziwnie mi dobrze na tym paskudnym Korfu…
Ech zobaczymy jak to się wszytko rozwinie. Fatalizm jednak ulatwia życie, niech sie dzieje co chce.
Ech zobaczymy jak to się wszytko rozwinie. Fatalizm jednak ulatwia życie, niech sie dzieje co chce.
piątek, 3 czerwca 2011
Albania południowa od Sarandy do Butryntu
Albanię polubiłam chyba od pierwszego wrażenia. Jest tak brzydka, że aż żal byłoby jej nie polubić. Prowadzę wycieczki z Korfu do Butryntu. Płyniemy półtorej godziny z Kerkiry do portu w Sarandzie. Naszym oczom ukazuje się jakieś architektoniczne paskudztwo przypominające jednocześnie plac budowy i plac burzenia. To Saranada, Agia Saranda czyli miasto czterdziestu świętych zamordowanych w imię wiary. Inna plotka głosi, że zmarli śmiercią zupełnie naturalną, ale na ich pamiątkę i tak nazwano miasto Saranda. Nieważne. Saranda nie jest ładna. Zabytki zamykają się w jednym małym wykopalisku pt synagoga. Bida wszechprzytłaczająca odmalowuje się głównie w twarzach i ubiorach localsów. I ten język podobny do niczego.. Jedziemy do Butryntu. Offroad jest zjawiskiem powszechnym. Budowane właśnie co krok nowe hotele w Srandzie, w mijanym po drodze miasteczku Ksamili zastąpione zostały na wpół wyburzonymi domami. Otóż 2005 r. weszło nowe prawo budowlane i kto nie ma pozwolenia czyt. nie zapłaci podatku ot odwiedzony zostanie przez rządowego buldożera, który huknie wielką mosiężną kulą w parterek domeczku i położy, a przynajmniej poważnie zegnie całą konstrukcję. I tyle. Usunięcie gruzów i resztek leży po stronie nie mających kasy właścicieli, więc te koszmarki wyglądające jak pozostałości po trzęsieniach ziemi stoją tu latami. Po drodze oczywiście mijamy też rzędy charakterystycznych dla Albanii bunkrów, na drogę wybiegają krowy, ktoś przy głównej drodze narodowej odziera ze skóry barana- słowem jest klimacik. Jest też swojsko brzmiąca rzeka Bystrzyca prowadząca do błękitnych źródeł, są hodowle małż na jeziorze butrynckim i wreszcie jest samo miasto Butrynt. Zjawisko, gdzie od 8 wieku p.n.e. na gruzach miasta hellenistycznego wybudowano rzymskie, a na rzymskim bizantyjskie, co na koniec przykryli Wenecjanie i doprawił Ali Pasza.. Ze względu na gospodarność Albańczyków nie ma kasy na ochronę bezcennych, największych w Europie mozaik podłogowych z IV n.e. Leżą więc sobie pięknie biedniutkie przysypane dla ochrony przed deszczem, słońcem i wandalami… piaskiem. Barbarzyńscy turyści z kraju, który nic nie szanuje, czyli Grecy, skaczą po murach z IV w. p.n.e. Lwia brama przetrwała parę ładnych wieków, ale kto wie ile jeszcze da radę… A porównuje się Butrynt z Pompejami… Serce krwawi i naprawdę trudno nie lubić Albanii. Trudno nie lubić dorabiających jako przewodnicy biednych albańskich nauczycieli historii trochę zlęknionych świata i ludzi, nieco zakompleksionych, ale bardzo poczciwych, prostolinijnych…Trudno nie lubić pana siedzącego na krawężniku w Sarandzie płuczącego małże i ładującego je za śmieszne pieniądze turystom w półtoralitrowe butelki czy starowinki sprzedającej 4 pocztówki za 1 euro. Trudno nie lubić małych chłopców wciskających zapasionym turystkom kiczowate bransoletki za 1 euro, którzy marzą o tym, żeby pokazać kumplom, że znają mnie- guide’a z Polonii, która wydaje im się odległym i bogatym krajem… Smutna ta Albania, trudna i intrygująca…
poniedziałek, 23 maja 2011
O rany, czyli witamy na Corfu..
No dobra, co ja zrobiłam, właśnie przyleciałam na Korfu, gdzie mam spędzić kolejne 5 miesięcy i jestem załamana. Najpierw mi się spodobało. Na granicy snu w blasku porannego słońca powitało nas maluteńkie lotnisko. W sezonie musi tu być makabra, ale obecnie jest całkiem kameralnie. Założyłam się z Izą i Kasią, towarzyszkami mojej niedoli, że na 100% nikt nie odbierze nas z lotniska o 6:20 rano. Wszak to Grecja. Przyjechał jakiś skacowany, ale nawet niezły gość. Zabrał nas do mieszkania. Tam załamałam się po raz pierwszy. Obleśnie krótko mówiąc. Tym bardziej, że poznańskie biuro podróży na literę G zapewniało mnie, że dbają o rezydentów. Kłamcy. Moje mieszkanko na Krecie w porównaniu z tym to był hotel pięciogwiazdkowy. Następnie Milos zabrał nas na 3-godzinną poranną kawę i oczekiwanie na szefa. Pojawiwszy się ok. 11, szef nie wniósł wiele do naszej wiedzy, a w sprawach mieszkaniowych skierował nas do swojej siostry, Liliany. Na Lilianę czekałyśmy kolejną godzinę, choć miała być za 5 minut. Jak to w Grecji: siga, siga - powoli, powoli. Liliana powiedziała, że nic nie może zrobić. Zadzwoniłyśmy do J - naszego szefa z Polski, który przyjeżdża w sobotę na kontrolę, ale pewnie też nic nie zrobi. W biurze nie ma nic i nikt nic nie wie, ale są mili. Tymczasem wielki szef Antonis rozkazał Milosowi zabrać nas do Achilleionu - rezydencji cesarzowej Sissi - całkiem ładny pałacyk, dużo ciekawszy niż na zdjęciach i fantastyczne ogrody z cudną panoramą tej wyjątkowo zielonej, acz niewyjątkowo pięknej wyspy. Następnie pojechaliśmy do Paleokastritsy – to najładniejsza zatoka wyspy. Rzeczywiście wreszcie było ładnie. Nad zatoką jest świetna knajpka. W tej knajpce pracuje jakiś Polak. W ogóle przerażają mnie historie o naszym poprzedniku - szefie rezydentów z zeszłego roku. Ponoć rzadko kiedy trzeźwiał i sprzedawał mnóstwo wycieczek, na których wszyscy też rzadko kiedy trzeźwieli. Czyli super wstrzelał się w gust polaków. Generalnie ma tu teraz co najmniej tylu przyjaciół co i wrogów, a my musimy pracować na tym gruncie. Więc Paleokastritsa była super. Potem objazd po wyspie, Sidari wydaje się ok, cała reszta to porażka. Plus w porównaniu z lokalnymi zwyczajami na drodze, Kreta to była bułka z masłem. Tu po prostu nie umieją jeździć, a jeżdżą bardzo szybko wyprzedzają na czwartego na zakrętach i nie patrzą w lusterka. Kiepsko to widzę. Wróciłyśmy do biura. Koleżanka Kasia dostała własne auto, wszyscy byli nieco milsi niż wcześniej. Ale mieszkanko nadal było masakrą. Brzydziłyśmy się wziąć prysznic. Poszłyśmy więc spać w obleśnych śmierdzących kocach. Generalnie jest zimno i syf. Rano nadal brzydzę się prysznica. Jedziemy na objazd po hotelach, a tu akumulator nie działa. Przyjechał, fakt, że ekspresowo Pan, który go podładował, kazał nam jechać i nie gasić silnika. Zobaczymy.
Dzień drugi
Cały dzień drugi spędziłyśmy na objeździe wyspy pt. wizyt w naszych 10 hotelach. Wyspa ma 60 km długości i ok. 12 szerokości więc miało być migiem. Akurat! Przeżyłam najgorszą jazdę w moim życiu. Kreta przy tym była jedna wielką płaską patelnią i autostradą. Tu serpentyny nie mają końca, ich szerokość nie pozwala ani nic zobaczyć ani się minąć, więc jakieś 59 tysięcy razy ktoś mnie spychał tyłem aż do szerszego miejsca, najczęściej autobus. Ponieważ nie umiem jeździć tyłem jest to bardzo stresujące. Autobus nie czeka aż zjedziesz. Ty pół metra w tył, on 70 cm do przodu…. To stresujące. Na dodatek nie masz żadnej gwarancji, że ten drugi kierowca w ogóle cię widzi i jeżdżą jak wariaci. A ja mam najmniej wydaje się problematyczne, najmilsze hotele, ale w najbardziej górzystym, najładniejszym, ale i maksymalnie serpentynowatym obszarze.. Przyzwyczaję się, ale tego dnia przeżyłam koszmar… Hotele wydają się ok., oprócz 5-gwiazdkowców, ale te obrobią dziewczyny. Iza będzie mieszkała oddzielnie na północy w podobnym standardzie, acz bez komarów i owcy, przy barach i imprezowniach. Do naszego mega syfnego mieszkania już się przyzwyczajamy. Ja oswajam dziwne robaki oraz drzwi są zatrzaskowe, gdyż wczoraj w środku nocy zostawiłam klucz w środku, zamknęłam drzwi i.. zonk! Budziłyśmy babcię - właścicielkę. Tak, tak, znowu mieszkamy z właścicielami, tym razem oddzielnie, w domku ogrodnika, za płotem 3 m od domku są kozy i owce, komary, robale i głusza. Plusem jest obłędny spektakl jaki wczoraj urządziły nam świetliki. W życiu czegoś takiego nie widziałam, to była czysta magia. Tysiące błyskających punktów w trawie. Mieszkamy dość blisko Korfu town, co jest niewątpliwie wielkim, jeśli nie jedynym plusem tego mieszkania. Wracając z hoteli przejeżdżałyśmy przez centrum Korfu autem nocą. Miasto jest.. zaskakująco…piękne.. Może nie będzie tak źle…
Dzień trzeci
Wybrałyśmy się na wycieczkę na dwie sąsiednie wyspy: Paxos i Antipaxos. To co muszę podkreślić nt Korfu, to przemili ludzie, wszędzie, w hotelach, kontrahenci itp. Totalnie inaczej niż na Krecie. Wsiadamy na statek, a tu koleś z obsługi mówi do nas: dziewczynki, nie, nie, nie będziecie podróżować ze zwykłymi turystami, mam dla was niespodziankę, na Krecie byłaby to cela pod pokładem;), a on zabiera nas na dziób, gdzie zagrodził kawałek łajby, turystom wstęp wzbroniony, a my mamy leżaczki i wszystko przygotowane do opalania na pokładzie. Przemiło. Oczywiście karmią nas i poją za free, ale to standard. Z portu w Korfu płynęłyśmy ok. 2 godzin do sąsiedniej wyspy Paxos. Przywitały nas absolutnie obłędne Błękitne Groty. Widoki jak Tajlandia, Phuket wymięka. To był szał. Zapomniałam o 2 godzinach na statku. Groty główne są 3, statki wpływają do nich. Nad nimi ogromne wapienne klify i błękit z turkusem w kwestii kolorów morza. Kosmos!! To było przepiękne. Wyglądało trochę jak Zatoka Wraku na Zakynthos. Dalej płyniemy do brzegu Antipaxos, czyli kolejnej malutkiej wysepki, gdzie turyści maja czas na skoki z łajby do wody i pływanko w cudnie rozlanym atramencie morza. Ja odpuszczam zimną morską kąpiel i pracuję nad opalenizną. Widoki piękne. Następnie płyniemy na Paxos, do miasta Galios, jednego z trzech na wyspie. Miasteczko mocno włoskie w stylu, trochę jak Rethymno na Krecie. Fajnie, choć zanim dopłynęłyśmy, pan szefo zaprosił nas na lunch. W przemiłej tawernie posiedziałyśmy, pogadaliśmy, potem z dziewczynami poszłyśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Piękne kolory morza i skał, urocze budyneczki. Potem 2 godziny w drodze powrotnej, słońce nas trochę przygrzało wietrzyk powiewa i wracamy do Korfu. Dziś idziemy w miasto.
środa, 18 maja 2011
4 nad ranem
Jest 3.36 czasu polskiego i 4.36 greckiego. Siedzę sobie własnie na lotnisku w Atenach, a mój maly komputerek nie umie już pisać "ł" ani "si". Za prawie 2 godziny mam lot na Corfu. Padam ze zmęczenia. Ale jest 60 minute netu za free:) Za 4 h będę na Corfu. Waga bagazu rejestrowego 21kg :)
poniedziałek, 16 maja 2011
20 kg to zbrodnia!!
I wyjątkowo nie chodzi o jakiś skok w mojej wadze.. jak ja, u licha, mam się spakować na najbliższe 5 miesięcy w bagaż rejestrowy o dopuszczalnej masie nieprzekraczającej 20kg??? same kosmetyki ważą 17kg!!
Siedzę więc ze łzami w oczach nad otwartą walizka, której waga po miliardzie okrojeń skoczyła o jakieś 300g i wkurzam się na cały świat.. Jutro lecę na 5 miesięcy na Corfu.. rany.. jak mi się nie chce.. Trzeba by się ustatkować, pojąć za męża kredyt, potem może nawet mężczyznę, ale żeby pakować się w 20kg, no na to to ja chyba już naprawdę jestem za stara.
Ostatni tydzień minął mi w jakimś dziwnym amoku, antyspołecznym zresztą, pomiędzy przepierka po Bałkanach, pakowaniem, zakupami, przygotowywaniem do pilotażu po Corfu i Albanii.. Jestem więc zestresowana, zmęczona i zła. I jeszcze te 20 kg!!!jak się mega ścieśnię mam tylko o jakieś 6 za dużo.. Ma ktoś wtyki w LOT? HELP! acha i wylatuje tuż przed 23, mam przesiadkę po 1 w nocy w Atenach i Corfu przywitam o wschodzie słońca o 6:25 rano w środę. Kasia - ranny ptaszek z pewnością pokocha tę wyspę od pierwszego wrażenia:) Trzymajcie kciuki:)
Siedzę więc ze łzami w oczach nad otwartą walizka, której waga po miliardzie okrojeń skoczyła o jakieś 300g i wkurzam się na cały świat.. Jutro lecę na 5 miesięcy na Corfu.. rany.. jak mi się nie chce.. Trzeba by się ustatkować, pojąć za męża kredyt, potem może nawet mężczyznę, ale żeby pakować się w 20kg, no na to to ja chyba już naprawdę jestem za stara.
Ostatni tydzień minął mi w jakimś dziwnym amoku, antyspołecznym zresztą, pomiędzy przepierka po Bałkanach, pakowaniem, zakupami, przygotowywaniem do pilotażu po Corfu i Albanii.. Jestem więc zestresowana, zmęczona i zła. I jeszcze te 20 kg!!!jak się mega ścieśnię mam tylko o jakieś 6 za dużo.. Ma ktoś wtyki w LOT? HELP! acha i wylatuje tuż przed 23, mam przesiadkę po 1 w nocy w Atenach i Corfu przywitam o wschodzie słońca o 6:25 rano w środę. Kasia - ranny ptaszek z pewnością pokocha tę wyspę od pierwszego wrażenia:) Trzymajcie kciuki:)
poniedziałek, 9 maja 2011
Wróciłam
Wszystko co działo się później robi się tylko coraz bardziej pogmatwane i coraz mniej podróżnicze. Monaster Ostrog nie zachwycił. Opóźniony 4 godziny 13-godzinny pociąg relacji Podgorica-Belgrad przeraził.
Uwielbiam wracać do domu, ale tym razem było mi wyjątkowo trudno rozstać się z.. Bałkanami;)
Mniej więcej za tydzień wysyłają mnie na Corfu, blogowanie rozpocznie się więc na nowo..
Uwielbiam wracać do domu, ale tym razem było mi wyjątkowo trudno rozstać się z.. Bałkanami;)
Mniej więcej za tydzień wysyłają mnie na Corfu, blogowanie rozpocznie się więc na nowo..
sobota, 7 maja 2011
O Podgoricy, Cetinje i o tym, jak po raz kolejny ledwo uszłam spod kosy kostuchy
Dragana przyjechała po mnie o 11 i ruszyłyśmy w trasę ku stolicy Czarnogóry - Podgoricy. Droga piękna, pnąca się wysoko w górach nad urwiskami, patrząc w dół panorama wybrzeża. Zapytałam, czy często zdarza się, że samochody przy ich krejzolskim stylu jazdy wypadają często z tej drogi, Dragana odparła, że raczej nie i nagle z zza zakrętu na trzeciego, nic nie widząc, wyprzedzał wjeżdżając na nasz pas jakiś wielki czarny samochód. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Dragana zachowała stalowe nerwy i refleks, wskutek czego czarne auto nie zmiażdżyło nas i nie zderzyliśmy się, a jedynie zepchnęło nas z drogi. Dragana wyhamowała na poboczu w krzakach. Czarne auto nawet się nie zatrzymało. My natomiast wróciłyśmy na drogę. Każda komórka mojego starzejącego się organizmu mi drżała. Mimo to, dobrze wiedzieć, że ewidentnie nie czas jeszcze umierać, że widać coś jeszcze na nas czeka.
Dojechałyśmy do Podgoricy. Słowo daję, że to najbrzydsze miasto, jakie w życiu widziałam. Nic tu nie ma… Tylko brzydkie bloki. Dragana poszła na spotkanie służbowe, ja umówiłam się z jakąś niezbyt porywającą Rosjanką z CS (Rosjanki bywają bardzo zachowawcze i udają, że się szanują bardziej niż reszta świata, wskutek czego czasem trudno mi się z nimi dogadać). Draga wróciła i stwierdziłam, że nie zostanę tu dłużej, że jadę z nią z powrotem do Cetinje.
Zgodnie z przewodnikiem Cetinje miało to być urocze miasteczko, dawna stolica Czarnogóry. W istocie są to 2 ulice na krzyż, nic więcej. Choć, skoro o krzyżu mowa, to ponoć mają tu rękę Jana Chrzciciela. Nie uścisnęłam jej jeśli idzie o szczegóły. Na widok mojego plecaka ludzie reagowali jakby wylądowało UFO. Nie czułam się tam komfortowo, więc ruszyłam w drogę powrotną do stolicy.
Wróciłam do Podgoricy przerażona i rozczarowana. Jutro albo pojadę do Monastiru Ostrog albo dzień wcześniej do Belgradu, bo raczej tu nie wysiedzę…
cd wczoraj z pespektywy dzisiaj
Potem było już tylko gorzej. Weszłam do kafejki szukając wtyczki, żeby podładować netbooka. Kelner wepchnął mnie do restauracji. Powiedziałam im, że z wielkim plecakiem nie czuje się tu komfortowo, ale on mnie wpiął w gniazdko i powiedział, żebym się nie przejmowała. Zamówiłam kawę i deser. Kelner zaczął robić problemy, że to restauracja, ze musze zamówić jedzenie. Wytłumaczyłam mu sytuację, ale w końcu, wyprowadzona z równowagi, zamówiłam jakieś mięcho, którego nie miałam zamiaru jeść, bo nie byłam głodna, chciałam tylko podładować netbooka. Wtedy kelner zaczął robić scenę, że obrażam ich szefa kuchni nie jedząc.. no jakiś czeski film. Byłam na tyle zmęczona, że zapłaciłam i wyszłam głęboko wierząc, że Podgorica jest najfatalniejszym, bo, że najbrzydszym to już jestem pewna, miejscem na świecie.
I wtedy zaczęłam czekać na Bena, mojego hosta z CS, na Placu Republiki. I wtedy zrozumiałam, że w tym dniu pełnym nieszczęść on już na 100% okaże się jakimś totalnym koszmarem… Pełna tych wspaniałych wizji zaczęłam gorączkowo szukać hotelu. Nie znalazłam. I wtedy przyszedł Ben.
Ben to najsłodsze, najdelikatniejsze i najmilsze made in UK, jakie w życiu poznałam. Wygląda trochę jak pasikonik z kreskówek. Ma wielkie lekko melancholijne oczy, takie spanielowate, nie, nie spanielowate, baskettowate.. ale ogólnie bardziej pasikonik.. I jest taki dobry, taki łagodny, sama nie wiem, czy bardziej mam ochotę się do niego przytulić, czy jego przytulić. Mieszkał 2 lata w Bydgoszczy, uczy angielskiego po całym świecie i jest strasznie fajny. Zawieźliśmy mój plecak do jego mieszkania i ruszyliśmy w miasto. Jego kumple Podgoriczanie mieli grać jakiś koncert jazzowy. W ten sposób poznałam bandę czarnogórskich jazzmanów. Jeden z nich, Nebojsza, jest cudnie uśmiechniętym wielkoludem, ma ze 2 metry, gra na kontrabasie i ma na imię „Nie-Bój-Się”, czyż to nie cudowne? Cudownie się czułam sięgając mu do pępka, nie żebym tam rzeczywiście sięgała, chodzi o wzrost. Ben właściwie też jest wysoki, tylko chudy, więc czułam się jak jakiś liliput i byłam jedyną kobietą. Petr, klarnecista, jest niski, grubawy i wygląda jak wszyscy lekarze, których znam, ma też takie samo poczucie humoru: lekko seksistowskie, a może wręcz seksualne, ironiczne, upierdliwe i mocno flirtujące. Mam dziwne wrażenie, że wpadłam mu w oko, przypuszczalnie dlatego, że byłam tam jedyną kobietą, ale to inna kwestia.. Jak to się dzieje, że zawsze mogłabym się podbać wyłączanie tym kolesiom, którzy nie podobają się mnie?? Potem przyszedł Brian, Amerykanin, przyjaciel Bena. Brian jest dziwny, bardzo sarkastyczny, bardzo inteligentny, trochę sztywny i bucowaty, bardzo pogubiony. On mnie dziwnie obserwował.. Odetchnęłam z ulgą kiedy sobie poszedł. Ale zanim to się stało, Królowa Gaf wróciła na tron. Otóż pytam Petra i Nebojszę: chłopaki, jak to jest u licha możliwe, że w Czarnogórze jest tyle super lasek i tak niewielu fajnych facetów, spójrzcie na ulice..” I się zaczęło: „Kasia, czy my nie jesteśmy super? Powiedz szczerze jesteśmy sexy czy nie?” Królowa Gaf, próbując wybrnąć, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zatapiała się już tylko głębiej i głębiej w odmętach wpadek: „No co wy, chłopaki, wy jesteście kumplami do picia”… Oni brechta, dzięki, Kasia, fajnie, że do tego się nadajemy, Kasia: nie, nie, nie, nie to miałam na myśli, raczej to, że jesteśmy jak bracia i siostry , no i jesteście muzykami, to czyni was trochę sexy…. No tu już byłam całkowicie pogrążona.. Wszyscy mieli ze mnie mega pompę, a light motiv, czy jak to się pisze, chłopców do picia pozostał z nami do końca wieczoru. Poszliśmy na miliardy drinków do fajnej okolicy, takiej w praskim stylu, i nawet się nie obejrzałam jak była 3 nad ranem… Właśnie jest 12 kolejnego dnia. Wstajemy z Benem i wybieramy się do Monasteru Ostrog. Podgorica może i jest fatalna, ale Petr i Nebojsza są super.
Dojechałyśmy do Podgoricy. Słowo daję, że to najbrzydsze miasto, jakie w życiu widziałam. Nic tu nie ma… Tylko brzydkie bloki. Dragana poszła na spotkanie służbowe, ja umówiłam się z jakąś niezbyt porywającą Rosjanką z CS (Rosjanki bywają bardzo zachowawcze i udają, że się szanują bardziej niż reszta świata, wskutek czego czasem trudno mi się z nimi dogadać). Draga wróciła i stwierdziłam, że nie zostanę tu dłużej, że jadę z nią z powrotem do Cetinje.
Zgodnie z przewodnikiem Cetinje miało to być urocze miasteczko, dawna stolica Czarnogóry. W istocie są to 2 ulice na krzyż, nic więcej. Choć, skoro o krzyżu mowa, to ponoć mają tu rękę Jana Chrzciciela. Nie uścisnęłam jej jeśli idzie o szczegóły. Na widok mojego plecaka ludzie reagowali jakby wylądowało UFO. Nie czułam się tam komfortowo, więc ruszyłam w drogę powrotną do stolicy.
Wróciłam do Podgoricy przerażona i rozczarowana. Jutro albo pojadę do Monastiru Ostrog albo dzień wcześniej do Belgradu, bo raczej tu nie wysiedzę…
cd wczoraj z pespektywy dzisiaj
Potem było już tylko gorzej. Weszłam do kafejki szukając wtyczki, żeby podładować netbooka. Kelner wepchnął mnie do restauracji. Powiedziałam im, że z wielkim plecakiem nie czuje się tu komfortowo, ale on mnie wpiął w gniazdko i powiedział, żebym się nie przejmowała. Zamówiłam kawę i deser. Kelner zaczął robić problemy, że to restauracja, ze musze zamówić jedzenie. Wytłumaczyłam mu sytuację, ale w końcu, wyprowadzona z równowagi, zamówiłam jakieś mięcho, którego nie miałam zamiaru jeść, bo nie byłam głodna, chciałam tylko podładować netbooka. Wtedy kelner zaczął robić scenę, że obrażam ich szefa kuchni nie jedząc.. no jakiś czeski film. Byłam na tyle zmęczona, że zapłaciłam i wyszłam głęboko wierząc, że Podgorica jest najfatalniejszym, bo, że najbrzydszym to już jestem pewna, miejscem na świecie.
I wtedy zaczęłam czekać na Bena, mojego hosta z CS, na Placu Republiki. I wtedy zrozumiałam, że w tym dniu pełnym nieszczęść on już na 100% okaże się jakimś totalnym koszmarem… Pełna tych wspaniałych wizji zaczęłam gorączkowo szukać hotelu. Nie znalazłam. I wtedy przyszedł Ben.
Ben to najsłodsze, najdelikatniejsze i najmilsze made in UK, jakie w życiu poznałam. Wygląda trochę jak pasikonik z kreskówek. Ma wielkie lekko melancholijne oczy, takie spanielowate, nie, nie spanielowate, baskettowate.. ale ogólnie bardziej pasikonik.. I jest taki dobry, taki łagodny, sama nie wiem, czy bardziej mam ochotę się do niego przytulić, czy jego przytulić. Mieszkał 2 lata w Bydgoszczy, uczy angielskiego po całym świecie i jest strasznie fajny. Zawieźliśmy mój plecak do jego mieszkania i ruszyliśmy w miasto. Jego kumple Podgoriczanie mieli grać jakiś koncert jazzowy. W ten sposób poznałam bandę czarnogórskich jazzmanów. Jeden z nich, Nebojsza, jest cudnie uśmiechniętym wielkoludem, ma ze 2 metry, gra na kontrabasie i ma na imię „Nie-Bój-Się”, czyż to nie cudowne? Cudownie się czułam sięgając mu do pępka, nie żebym tam rzeczywiście sięgała, chodzi o wzrost. Ben właściwie też jest wysoki, tylko chudy, więc czułam się jak jakiś liliput i byłam jedyną kobietą. Petr, klarnecista, jest niski, grubawy i wygląda jak wszyscy lekarze, których znam, ma też takie samo poczucie humoru: lekko seksistowskie, a może wręcz seksualne, ironiczne, upierdliwe i mocno flirtujące. Mam dziwne wrażenie, że wpadłam mu w oko, przypuszczalnie dlatego, że byłam tam jedyną kobietą, ale to inna kwestia.. Jak to się dzieje, że zawsze mogłabym się podbać wyłączanie tym kolesiom, którzy nie podobają się mnie?? Potem przyszedł Brian, Amerykanin, przyjaciel Bena. Brian jest dziwny, bardzo sarkastyczny, bardzo inteligentny, trochę sztywny i bucowaty, bardzo pogubiony. On mnie dziwnie obserwował.. Odetchnęłam z ulgą kiedy sobie poszedł. Ale zanim to się stało, Królowa Gaf wróciła na tron. Otóż pytam Petra i Nebojszę: chłopaki, jak to jest u licha możliwe, że w Czarnogórze jest tyle super lasek i tak niewielu fajnych facetów, spójrzcie na ulice..” I się zaczęło: „Kasia, czy my nie jesteśmy super? Powiedz szczerze jesteśmy sexy czy nie?” Królowa Gaf, próbując wybrnąć, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zatapiała się już tylko głębiej i głębiej w odmętach wpadek: „No co wy, chłopaki, wy jesteście kumplami do picia”… Oni brechta, dzięki, Kasia, fajnie, że do tego się nadajemy, Kasia: nie, nie, nie, nie to miałam na myśli, raczej to, że jesteśmy jak bracia i siostry , no i jesteście muzykami, to czyni was trochę sexy…. No tu już byłam całkowicie pogrążona.. Wszyscy mieli ze mnie mega pompę, a light motiv, czy jak to się pisze, chłopców do picia pozostał z nami do końca wieczoru. Poszliśmy na miliardy drinków do fajnej okolicy, takiej w praskim stylu, i nawet się nie obejrzałam jak była 3 nad ranem… Właśnie jest 12 kolejnego dnia. Wstajemy z Benem i wybieramy się do Monasteru Ostrog. Podgorica może i jest fatalna, ale Petr i Nebojsza są super.
piątek, 6 maja 2011
Chillout w Budvie i Petrovac
Chciałam Wam coś zapostować wczoraj, ale znowu Vranac zadziałał, a ten dziwny blog zjadał mi kolejne frazy, wiec jak zjadł dwie, poddałam się… Otóż wczoraj rano po raz kolejny otworzyłam oczy i zobaczyłam deszcze, więc postanowiłam zbojkotować ten piękny czwartek i zakryłam się śpiworkiem. Kiedy wreszcie wstałam, obejrzałam 2 filmy i ok. 14 wyszło słońce. Poszłam na plażę, trochę się porelaksowałam, potem obejrzałam kolejny film, bo ile można się relaksować. Po południu przyjechała Dragana i zabrała mnie 20km na południe do wioski wypoczynkowej Petrovac. Wioska ok, poszłyśmy na spacer do lasu, odkryłyśmy jakiś mega wielki tunel w skale. Weszłyśmy, zaczęłyśmy się bać i wyszłyśmy, połaziłyśmy jeszcze chwilę i poszłyśmy na kolację do restauracji na nadmorskim bulwarze. Musze przyznać, że była to jedna z najbardziej romantycznych kolacji w moim życiu… Pogadałyśmy o życiu, rany, uwielbiam tę dziewczynę i nie mogę się doczekać kiedy wreszcie kupi swój dom na Jamajce. Wróciłyśmy do Budvy do naszego ulubionego baru Caspar na Vranac. Niestety ja po 2 kieliszkach tego wina odlatuję, więc skończyłam na jednym. Dragana odwiozła mnie do domu i dziś jedziemy razem do Podgoricy. Nie wiem, czy po drodze zwiedzę Cetinje – starą stolicę Czarnogóry i nie wiem co dalej, ale dziś śpię u jakiegoś Brytyjczyka z CS bez referencji. Zobaczymy..
środa, 4 maja 2011
Budva, czyli miasto pomyłek
I piliśmy to wino i piliśmy… oglądaliśmy film i było przyjemnie. Przynajmniej mnie, bo Ernst jeździł gdzieś po Tivacie szukając mojego hotelu, a z porannego maila dowiedziałam się, że chyba nie docierają do mnie smsy. Rano czekało mnie miłe przebudzenie. Nudny Niemiec zrobił kawę. Maja i Ivan jak zwykle śniadanko. Potem leniwy poranek. Na koniec Ivan podwiózł mnie na przystanek i ruszyłam ku Budvie. Trasa do Budvy znowu malownicza i fajna, ale sama Budva na pierwszy rzut oka marny kurort. Na dworcu weszłam do informacji turystycznej pytając jak dojść do hotelu i jak dojechać do Sveti Stefan, czyli uroczą wsypę, pocztówkową wizytówkę czarnogórskiego wybrzeża. Odpowiedź: autobusem. Idę do hostelu. Przy wejściu czeka dziewczynka z Ukrainy, Ania, jak się później okaże też couchsurferka. Otwiera nam przyjemny Irlandczyk, właściciel hotelu, trochę rozmawiamy, potem ja mówię, że jadę na Svety Stefan, ci z hostelu mówią, że autobusów nie ma, że raczej taxi, więc postaram się spacerem, Anka mówi, że idzie ze mną. Idziemy 10 km. Jest fajnie i słonecznie. Autobusy oczywiście są, kosztują zaledwie 1,5 euro, ale co tam trasa nie najgorsza, choć momentami idziemy główną nadmorską autostradą, bez pobocza, a obok z zawrotną prędkością śmigają tiry… Tuż przed Sveti Stefan jest super park, słonko grzeje, ptaszki śpiewają, jest miło. Dochodzimy do wyspy, a pan strażnik mówi, że nie możemy wejść. Pytamy dlaczego: bo wyspa jest w renowacji. Hmmm i koleś z IT nie mógł mi tego powiedzieć? Okazuje się, że wyspa jest w renowacji od 5 lat!!!! Cała trasa na marne, wkurzone i zmęczone postanawiamy wracać stopem. To mój pierwszy stop w Czarnigórz ei głęboko żałuję, ze jestem sama, bo ta forma podróżowania w tym cudnym kraju bardzo mi się podoba. Najpierw przez park do drogi głównej podwozi nas jakaś miła pani, a potem zatrzymuje się jakiś młody koleś z Baru. Zmusza nas do słuchania etnofolku i na wieść o tym, że jutro wybieram się do Baru wciska mi swój numer i każe zadzwonić to pójdziemy na kawę. Wszystko jest miłe. Podwozi nas na samą starówkę. I nie wiem, pewnie przez pogodę czy coś, ale naprawdę mi się podoba ta starówka. Ludzie mili, budynki nie najbrzydsze choć odbudowane. O 18 jestem umówiona z Draganą z CS z Kotoru. Dziewczyna przyjeżdża specjalnie dla mnie z Kotoru idziemy z nią i z Anią na kawę, potem na Vrnac. Kafejka super, Dragana jest cudnie inspirująca, single female traveller wybierająca się wkrótce na Jamajkę. Odczuwamy pokrewieństwo dusz i już snujemy wspólne podróżnicze plany. Zaczyna jednak lać. Umawiamy się wiec na jutro na salsa party w Kotorze. Tymczasem Ernst krąży gdzieś między Kotorem a Budvą i próbuje nas znowu odnaleźć. Rany, Bóg ewidentnie nie chce, żebyśmy się spotkali. Ja natomiast zaczynam odczuwać skutki słonecznego przypieczenia.. Ale jest fajnie. Ludzie uciekają ze starówki, a obsługa baru w którym siedzimy zaczyna się z nami ziomalić. To całkiem dobry wieczór zakończony nocną pizzą. No i był też epizod z gigantycznymi pająkami. Otóż siedzimy z Anią na murach obronnych, obok staromiejski grajek coś zapodaje na gitarze, patrzymy w fale w blasku zachodzącego słońca i nagle widzę po piasku śmigają dwa małe kraby. Przyglądam się im i nagle stwierdzam, że to nie małe kraby, ale wielkie pająki, tarantule!!!! Uciekamy z krzykiem z Anią. Potem długo je fotografujemy w celach badawczych oczywiście z maksymalnej odległości an 45-krotnym zoomie. Małe kraby czy wielkie pająki? Nie wiem, ale na mury nie wracam. Miałam jutro jechać do Baru, ale chyba rozważę plażowanie, zwłaszcza, że odkryłam super beach bar…
Zobaczymy, inshallachJ
Zobaczymy, inshallachJ
wtorek, 3 maja 2011
Dzień dziwów pełny, acz miły w zatoce Kotoru
Obudził mnie dźwięk deszczu. Wiedziałam co to znaczy, więc postanowiłam nie otwierać oczu i udawać, że nie istnieję ja albo deszcz, wszystko jedno. W końcu trzeba jednak było wstać. Wielkie okno odsłoniło przede mną straszną prawdę. Znowu lało jak z cebra. Na usta cisnęło mi się kilka strasznych przekleństw. Poszłam do łazienki, skąd zgarnęła mnie Maja zapraszając na śniadanie. Śniadanie? Już zasadniczo zapomniałam co to takiego. A tu rodzinnie: Maja, Ivan, Ben, ja i wspólna pyszna jajecznica. To było naprawdę bardzo miłe. Maja, jak się okazało z wykształcenia muzyk klasyczny, zapodała coś z cyklu sevdah i zaczęła mi opowiadać o regionalnej muzyce, potem zeszłyśmy na kulturę, historię i politykę. To był wspaniały piżamowy poranek i nawet nie zauważyłam, że przestało padać. Kiedy zreflektowałam, olałam poranek filmowy z moją ulubioną czarnogórską rodzinką i podwieziona przez Ivana, ruszyłam w stronę Kotoru.
W międzyczasie odezwał się Ernst, którego poznałam w Dubrovniku, wczoraj też się odzywał, a dziś mówi, że spróbuje przyjechać do Kotoru. I tu pozwolę sobie zrobić wycieczkę personalną. Drodzy Koledzy z Sarajewa, widzicie, jak to się robi za granicą? Samiec bierze od samicy adres e-mail (zamiennie z numerem telefonu), a potem z niego korzysta, trwając w kontakcie, informując, co u niego, pytając co u niej. Koledzy z Sarajewa biorą natomiast numer telefonu Samicy, odnajdują bloga i.. nic. Słuch o nich ginie. Zawsze wiedziałam, że Polacy to dziwny naród, ale żeby aż tak? Następnym razem będę udawać, że na myśl o 90 minutach obserwacji kolesi biegających za piłką nie mam mdłości.
Wracając do tematu: licząc na udany wieczór w miłym towarzystwie, wyszłam z domu. Ponieważ nie padało, postanowiłam zrealizować swój tajny plan o spacerze od promu do Kotoru. Jak tylko wysiadam z busika na wyświetlaczu aparatu pojawiła się informacja: błąd karty. Włączam i wyłączam, wkładam i wyjmuję, a tu nic, tylko błąd karty. I wtedy stał się cud. Pośród wszystkich dowodów na Istnienie Nieprzypadkowości Wszechrzeczy to wydarzenie ostatecznie powinno udowodnić wszystkim niedowiarkom, że Bóg istnieje. Otóż w środku nicości, w środku czarnogórskiej wsi, gdzie nawet do najbliższego spożywczaka jest 10km, zobaczyłam jeden jedyny szyld. Nie uwierzycie! Napis głosił: Computers. To chyba jest w ogóle jedyny sklep z komputerami w całej Czarnogórze. Weszłam tam na granicy płaczu, że ja, że aparat, że wycieczka, że wysiadłam z autobusu, żeby widoki, że karta, że błąd.. Pani popatrzyła na mnie z lekkim rozdrażnieniem i odesłała do swojego kolegi, ten z kolei złapał się na litość. Posprawdzał kartę i stwierdził, że dysk jest ok, ale potem wykrył małą szczelinkę w plastiku, przez którą karta nie działa. Kupiłam więc nową, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście i ruszyłam na mój foto-spacer wzdłuż wybrzeża. Było baśniowo. Jak w Karkonoszach albo Bieszczadach. Pochmurno, ale ciepło, nie padająco, mgły snuły się tuż nad wodą, pachniało świeżością….
Jak dochodziłam do Kotoru, lub raczej powinnam napisać 20km później, zaczęło padać. Wykończona szlajnęłam się chwilę po mieście i pojechałam do Perast – miasteczka na północ od Kotoru, które też chciałam zobaczyć. W Perascie z każdą chwilą deszcz się wzmagał. Miasteczko fajne, senne, trochę bezczasowe, ale lało jak z cebra. Miałam swój parasol za 3 euro z Mostaru, trochę się zwęził z połamania biedaczek, ale nawet on nie mógł uchronić mnie przed tą zlewą. Potem czekałam godzinę w deszczu na przystanku na autobus i wróciłam do Kotoru, gdzie znowu po krótkim spacerze czekałam 2 h na autobus i wróciłam do Tivatu.
Muszę Wam jednak powiedzieć, ze dziś wypróbowałam mój nowy sposób na przemoczone buty. Otóż zamiast zakładać adidasy, wzięłam japonki, licząc, że, co jak co, ale woda w butach nie zostanie, a z drugiej strony ryzykując odmrożenie stóp. Nawet nie było tak źle. Aż do Perastu. Autobus wysadził mnie na szczycie miasta. Musiałam znaleźć jakieś schodki w dół, nie dość, że ślisko, a japonki z powodzeniem mogłyby zastąpić mi narty, to jeszcze ja tu gołe stopy, a od Perastu dzielą mnie stada ślimaków na każdym schodku. Wypełzły oslizgłe paskudy sztachnąć się świeżym powietrzem po deszczu na spacerki. Bleee… Było to paskudne uczucie odklejać ślimaczyło z nogi… Mój ugryzień pająkowy też się nieźle trzyma na śródręczu, żeby nie powiedzieć, że nadal jest spuchnięty i swędzi i na dodatek strasznie boli mnie skręcona rok temu kostka, nie wiem, czy to od wody czy na zmianę pogody, ale co by nie mówić, sypię się…
Wróciłam po południu wymarznięta. Kupiłam Vrnac, czyli czarnogórskie pyszne winko i będę ucztować z Maja, Ivanem, Benem i Filipem-nowym Niemcem, który przyjechał. Ernst będzie musiał tu przybyć, jeśli zamierza się ze mną spotkać, bo ja na pewno się nigdzie w ten ziąb już nie ruszam.
Jutro czeka mnie Budva.
W międzyczasie odezwał się Ernst, którego poznałam w Dubrovniku, wczoraj też się odzywał, a dziś mówi, że spróbuje przyjechać do Kotoru. I tu pozwolę sobie zrobić wycieczkę personalną. Drodzy Koledzy z Sarajewa, widzicie, jak to się robi za granicą? Samiec bierze od samicy adres e-mail (zamiennie z numerem telefonu), a potem z niego korzysta, trwając w kontakcie, informując, co u niego, pytając co u niej. Koledzy z Sarajewa biorą natomiast numer telefonu Samicy, odnajdują bloga i.. nic. Słuch o nich ginie. Zawsze wiedziałam, że Polacy to dziwny naród, ale żeby aż tak? Następnym razem będę udawać, że na myśl o 90 minutach obserwacji kolesi biegających za piłką nie mam mdłości.
Wracając do tematu: licząc na udany wieczór w miłym towarzystwie, wyszłam z domu. Ponieważ nie padało, postanowiłam zrealizować swój tajny plan o spacerze od promu do Kotoru. Jak tylko wysiadam z busika na wyświetlaczu aparatu pojawiła się informacja: błąd karty. Włączam i wyłączam, wkładam i wyjmuję, a tu nic, tylko błąd karty. I wtedy stał się cud. Pośród wszystkich dowodów na Istnienie Nieprzypadkowości Wszechrzeczy to wydarzenie ostatecznie powinno udowodnić wszystkim niedowiarkom, że Bóg istnieje. Otóż w środku nicości, w środku czarnogórskiej wsi, gdzie nawet do najbliższego spożywczaka jest 10km, zobaczyłam jeden jedyny szyld. Nie uwierzycie! Napis głosił: Computers. To chyba jest w ogóle jedyny sklep z komputerami w całej Czarnogórze. Weszłam tam na granicy płaczu, że ja, że aparat, że wycieczka, że wysiadłam z autobusu, żeby widoki, że karta, że błąd.. Pani popatrzyła na mnie z lekkim rozdrażnieniem i odesłała do swojego kolegi, ten z kolei złapał się na litość. Posprawdzał kartę i stwierdził, że dysk jest ok, ale potem wykrył małą szczelinkę w plastiku, przez którą karta nie działa. Kupiłam więc nową, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście i ruszyłam na mój foto-spacer wzdłuż wybrzeża. Było baśniowo. Jak w Karkonoszach albo Bieszczadach. Pochmurno, ale ciepło, nie padająco, mgły snuły się tuż nad wodą, pachniało świeżością….
Jak dochodziłam do Kotoru, lub raczej powinnam napisać 20km później, zaczęło padać. Wykończona szlajnęłam się chwilę po mieście i pojechałam do Perast – miasteczka na północ od Kotoru, które też chciałam zobaczyć. W Perascie z każdą chwilą deszcz się wzmagał. Miasteczko fajne, senne, trochę bezczasowe, ale lało jak z cebra. Miałam swój parasol za 3 euro z Mostaru, trochę się zwęził z połamania biedaczek, ale nawet on nie mógł uchronić mnie przed tą zlewą. Potem czekałam godzinę w deszczu na przystanku na autobus i wróciłam do Kotoru, gdzie znowu po krótkim spacerze czekałam 2 h na autobus i wróciłam do Tivatu.
Muszę Wam jednak powiedzieć, ze dziś wypróbowałam mój nowy sposób na przemoczone buty. Otóż zamiast zakładać adidasy, wzięłam japonki, licząc, że, co jak co, ale woda w butach nie zostanie, a z drugiej strony ryzykując odmrożenie stóp. Nawet nie było tak źle. Aż do Perastu. Autobus wysadził mnie na szczycie miasta. Musiałam znaleźć jakieś schodki w dół, nie dość, że ślisko, a japonki z powodzeniem mogłyby zastąpić mi narty, to jeszcze ja tu gołe stopy, a od Perastu dzielą mnie stada ślimaków na każdym schodku. Wypełzły oslizgłe paskudy sztachnąć się świeżym powietrzem po deszczu na spacerki. Bleee… Było to paskudne uczucie odklejać ślimaczyło z nogi… Mój ugryzień pająkowy też się nieźle trzyma na śródręczu, żeby nie powiedzieć, że nadal jest spuchnięty i swędzi i na dodatek strasznie boli mnie skręcona rok temu kostka, nie wiem, czy to od wody czy na zmianę pogody, ale co by nie mówić, sypię się…
Wróciłam po południu wymarznięta. Kupiłam Vrnac, czyli czarnogórskie pyszne winko i będę ucztować z Maja, Ivanem, Benem i Filipem-nowym Niemcem, który przyjechał. Ernst będzie musiał tu przybyć, jeśli zamierza się ze mną spotkać, bo ja na pewno się nigdzie w ten ziąb już nie ruszam.
Jutro czeka mnie Budva.
poniedziałek, 2 maja 2011
Nareszcie Czarnogóra
Jak tylko otworzyłam oczy, a było to o 6:45 rano, poraziły mnie promienie słońca. Od razu się wkurzyłam. Jak to? Ja jestem 2 dni w Dubrowniku i leje, a jak tylko wyjeżdżam, ot pełne słońce. Na dodatek wczoraj sprawdzałam prognozy dla Czarnogóry i miało być chmurzasto i deszczowo. Na domiar złego w nocy pogryzły mnie jakieś pająki, czy inne tajemne biesy, więc swędzi, piecze, jest czerwone i spuchło mi śródręcze. Ale co tam, jadę do Czarnogóry. Postanowiłam po drodze do Tivatu, gdzie mam hostel, zatrzymać się na kilka godzin w Herzegnovi (czy bardziej Herzegu Novim). No i wreszcie jest fajnie. Nie jest to z pewnością najpiękniejsze miasteczko świata, ale jest spokojne, prawdziwe, urokliwe i prawie nie ma turystów. Jest też targ ze świeżymi warzywami i owocami, jest tanio, wszak to Czarnogóra, jest twierdza, wąskie uliczki, palmy, morze, piękne zapachy kwitów i.. słońce. Poszlajałam się po mieście u wejścia do Zatoki Kotorskiej, usiadłam w restauracji, gdzie za 5 euro dostałam tosty z frytkami, kawę i wodę. Konsumpcja nastąpiła na bajecznym tarasie z widokiem na morze. Wokół palmy i zapach pomarańczy… I totalny chillout. Potrzebowałam tego po 2 dniach deszczu. Jest dobrze. Teraz skoczę do hostelu w środku nicości w jakiejś starej bazie wojskowej w Tivacie, a potem do Kotoru, którego już zupełnie nie mogę się doczekać. Myślę, że Kotor może być tym, co mnie absolutnie zachwyci podczas tej wyprawy. Oby tylko pogoda nie zawiodła, bo prognozy i chmury na horyzoncie nie wróżą nic dobrego.
5 godzin później
Po raz kolejny muszę powiedzieć: to się nie dzieje naprawdę. Czarnogóra to kraj cudnych krejzoli. Trochę podobna do Krymu, ale czuje się w tym szaleństwie jak ryba w wodzie. Kierowcy w autobusach coś gadają krzyczą, śmieją się do mnie, ja nic nie rozumiem, oni rozumieją, że ja nie rozumiem, ale nadal gadają, stają mi na przystanku w centrum Tivatu, który wbrew moim planem nie jest Kotorem, potem podwożą mnie dalej, proszę, dziękuje itp. Ale od początku. Mam hostel w Tivacie. Nie wiem jak to się stało. Miał być w Kotorze. Ale jest przynajmniej 10km dalej w Tivacie. W środku nicości. Jadę autobusem. Wjeżdżamy na prom. Widoki piękne. W końcu to adriatycki fiord. Cudeńko. Zielone wzgórza opadają łagodnie do wody. Wszyscy, nawet jak nie mówią po angielsku, są komunikatywni i bardzo się starają. To jest przemiłe. Przyjeżdżam do Tivatu. Paskudne miejsce w środku nicości. Chmurzasto, ale nie pada. Idę z tym wielkim plecakiem i idę, ze 3 km. Gubię się i wkurzam. W końcu znajduję hostel Anton. Jestem wykończona i wściekła. Prowadzi go para – Maja i Ivan. Koleś jakiś mega nierozgarnięty. Laska śpi. Na miejscu jest jakiś jeszcze dziwaczny Australijczyk. Podróżuje po świecie, ale skończyła mu się kasa i ta laska powiedziała, że może z nimi zostać za free jak będzie pomagał w hostelu. Wcześniej mieszkał w Krakowie. Zabawny zbieg okoliczności. Robi kawę. Nie ma tu zbyt wielu gości, wszak jesteśmy w środku nicości. Ja naprawdę nie wiem jak hostelworld mógł mnie tak okłamać, albo jak bardzo musiała być pijana bookując hotel?? Ale stało się. Jestem. Mówię im, że chcę do Kotoru. Oni proponują, że możemy tu coś porobić, ale skoro chcę do Kotoru, a chcę, pomagają mi z ogarnięciem autobusów, a na koniec Ivan, czyli mąż Mai, odwozi mnie na dworzec i mówią, że jakbym miała problemy z powrotem z Kotoru, niech zadzwonię, oni po mnie przyjadą te 20 km. Są tak mili i serdeczni. Naprawdę to jakieś krejzolskie miejsce. Kupię wino i pointegrujemy się wieczorem. A teraz ruszam do Kotoru. Trzymajcie kciuki.
4 godziny później
Boshhh, jestem w niebie.. jadę do Kotoru wzdłuż wybrzeża i jestem zachwycona. Przepiękne ostre stoki drapieżnie opadające do morza, piękne budowle, wąziutka droga tuż nad przejrzystym morzem. Jestem tak zachwycona, że nie śmiem wyjąć nawet aparatu. Chcę tylko chłonąć to piękno. Wchodzę na Starówkę. Ogromna, prawdziwa, żywa, piękna, wokół wspinające się na niebotyczne wysokości mury obronne miasta. Kosmos. To jest tak boskie, że brak mi słów. Ale warto było tu przyjechać. Jestem w niebie.
2 godziny później
Stoję, kurwa od 2 godzin na przystanku czekając aż autobus, który miał być 1,5 h temu, przyjedzie. Nie przyjeżdża. Już niemal nie pamiętam jak boskie jest to miasto i okolica. Jestem wściekła. Zapadł zmrok, a ja czekam jak idiotka nie mając nawet pojęcia, czy ten autobus w ogóle przyjedzie, czy tu cokolwiek jeździ. A nie chcę, żeby Australijczyk musiał po mnie przyjeżdżać. Przecież jestem twardzielką. Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Najwyżej te 30? Km jakoś przehitchhikuję po nocy, choć trochę się boję sama hitchhikować, zwłaszcza w nocy.. Rany jestem tak wściekła!!!!
3 godziny później
Jak już byłam na granicy płaczu podjechał do mnie koleś na motorze. Podjeżdżał już wcześniej, ale byłam zajęta blogowaniem stanu swojej wściekłości. Teraz wrócił i zagaduje, że wyglądam tak jakbym musiała z kimś porozmawiać albo jakbym potrzebowała czekolady, czy może mi jakoś pomóc bla bla bla. Nawet niezły… Tylko ja nie cierpię takich sytuacji. Czy to jest podrywacz, gwałciciel czy dobry człowiek? Jasne, że chciałabym wierzyć, że naprawdę chce mnie bezinteresownie podwieźć tym motorem 30km w nieswoją stronę, ale jednak jestem w obcym kraju, nie wiem jakie tu zwyczaje, a od 28 lat czytam w gazetach o gwałtach i morderstwach… Ale z drugiej strony może to moje nieufne polactwo wychodzi? Może tu ludzie sobie pomagają? Może trzeba mu po prostu zaufać? Nie cierpię takich sytuacji! W trakcie mojej rozkminy: ufać czy nie, nadjeżdża bus. Koleś od motoru mówi, że to nie mój bus, ale tknięta czymś otwieram drzwi i kierowca mówi, że tak, że oczywiście jedzie do Tivatu (na marginesie wspomnę, że podróżowanie tu jest bosko tanie: 1,7 euro miliardy kilometrów Tivat-Kotor). Wsiadam i macham motocyklowemu. Trochę żałuję, bo połowa mnie szczerze wierzy, że ten przystojniak jest dobrym człowiekiem, ba, księciem z bajki, który chciał mi bezinteresownie pomóc, a potem żylibyśmy długo i szczęśliwie w Boce Kotorskiej… ale druga połowa mówi mi: Kaśka, jakbyś chciała hitchhikować wyciągnęłabyś kciuka, to najstarszy motyw na świecie, samotna kobieta widocznie wściekła i bezradna na przystanku, koleś na motorze… łatwa ofiara… Rozkmina rozkminą, ale widoki w drodze powrotnej rekompensują mi straty duchowe, czasowe i moralne. Jutro wrócę tu pieszo. Te 30km. I nacykam miliardy fot, bo to po prostu zjawiskowe. A jak miał był być to Książe z bajki to Los spotka nas jutro. Gdzieś. JakośJ Już nie mogę się doczekać jutrzejszego spaceru.
5 godzin później
Po raz kolejny muszę powiedzieć: to się nie dzieje naprawdę. Czarnogóra to kraj cudnych krejzoli. Trochę podobna do Krymu, ale czuje się w tym szaleństwie jak ryba w wodzie. Kierowcy w autobusach coś gadają krzyczą, śmieją się do mnie, ja nic nie rozumiem, oni rozumieją, że ja nie rozumiem, ale nadal gadają, stają mi na przystanku w centrum Tivatu, który wbrew moim planem nie jest Kotorem, potem podwożą mnie dalej, proszę, dziękuje itp. Ale od początku. Mam hostel w Tivacie. Nie wiem jak to się stało. Miał być w Kotorze. Ale jest przynajmniej 10km dalej w Tivacie. W środku nicości. Jadę autobusem. Wjeżdżamy na prom. Widoki piękne. W końcu to adriatycki fiord. Cudeńko. Zielone wzgórza opadają łagodnie do wody. Wszyscy, nawet jak nie mówią po angielsku, są komunikatywni i bardzo się starają. To jest przemiłe. Przyjeżdżam do Tivatu. Paskudne miejsce w środku nicości. Chmurzasto, ale nie pada. Idę z tym wielkim plecakiem i idę, ze 3 km. Gubię się i wkurzam. W końcu znajduję hostel Anton. Jestem wykończona i wściekła. Prowadzi go para – Maja i Ivan. Koleś jakiś mega nierozgarnięty. Laska śpi. Na miejscu jest jakiś jeszcze dziwaczny Australijczyk. Podróżuje po świecie, ale skończyła mu się kasa i ta laska powiedziała, że może z nimi zostać za free jak będzie pomagał w hostelu. Wcześniej mieszkał w Krakowie. Zabawny zbieg okoliczności. Robi kawę. Nie ma tu zbyt wielu gości, wszak jesteśmy w środku nicości. Ja naprawdę nie wiem jak hostelworld mógł mnie tak okłamać, albo jak bardzo musiała być pijana bookując hotel?? Ale stało się. Jestem. Mówię im, że chcę do Kotoru. Oni proponują, że możemy tu coś porobić, ale skoro chcę do Kotoru, a chcę, pomagają mi z ogarnięciem autobusów, a na koniec Ivan, czyli mąż Mai, odwozi mnie na dworzec i mówią, że jakbym miała problemy z powrotem z Kotoru, niech zadzwonię, oni po mnie przyjadą te 20 km. Są tak mili i serdeczni. Naprawdę to jakieś krejzolskie miejsce. Kupię wino i pointegrujemy się wieczorem. A teraz ruszam do Kotoru. Trzymajcie kciuki.
4 godziny później
Boshhh, jestem w niebie.. jadę do Kotoru wzdłuż wybrzeża i jestem zachwycona. Przepiękne ostre stoki drapieżnie opadające do morza, piękne budowle, wąziutka droga tuż nad przejrzystym morzem. Jestem tak zachwycona, że nie śmiem wyjąć nawet aparatu. Chcę tylko chłonąć to piękno. Wchodzę na Starówkę. Ogromna, prawdziwa, żywa, piękna, wokół wspinające się na niebotyczne wysokości mury obronne miasta. Kosmos. To jest tak boskie, że brak mi słów. Ale warto było tu przyjechać. Jestem w niebie.
2 godziny później
Stoję, kurwa od 2 godzin na przystanku czekając aż autobus, który miał być 1,5 h temu, przyjedzie. Nie przyjeżdża. Już niemal nie pamiętam jak boskie jest to miasto i okolica. Jestem wściekła. Zapadł zmrok, a ja czekam jak idiotka nie mając nawet pojęcia, czy ten autobus w ogóle przyjedzie, czy tu cokolwiek jeździ. A nie chcę, żeby Australijczyk musiał po mnie przyjeżdżać. Przecież jestem twardzielką. Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Najwyżej te 30? Km jakoś przehitchhikuję po nocy, choć trochę się boję sama hitchhikować, zwłaszcza w nocy.. Rany jestem tak wściekła!!!!
3 godziny później
Jak już byłam na granicy płaczu podjechał do mnie koleś na motorze. Podjeżdżał już wcześniej, ale byłam zajęta blogowaniem stanu swojej wściekłości. Teraz wrócił i zagaduje, że wyglądam tak jakbym musiała z kimś porozmawiać albo jakbym potrzebowała czekolady, czy może mi jakoś pomóc bla bla bla. Nawet niezły… Tylko ja nie cierpię takich sytuacji. Czy to jest podrywacz, gwałciciel czy dobry człowiek? Jasne, że chciałabym wierzyć, że naprawdę chce mnie bezinteresownie podwieźć tym motorem 30km w nieswoją stronę, ale jednak jestem w obcym kraju, nie wiem jakie tu zwyczaje, a od 28 lat czytam w gazetach o gwałtach i morderstwach… Ale z drugiej strony może to moje nieufne polactwo wychodzi? Może tu ludzie sobie pomagają? Może trzeba mu po prostu zaufać? Nie cierpię takich sytuacji! W trakcie mojej rozkminy: ufać czy nie, nadjeżdża bus. Koleś od motoru mówi, że to nie mój bus, ale tknięta czymś otwieram drzwi i kierowca mówi, że tak, że oczywiście jedzie do Tivatu (na marginesie wspomnę, że podróżowanie tu jest bosko tanie: 1,7 euro miliardy kilometrów Tivat-Kotor). Wsiadam i macham motocyklowemu. Trochę żałuję, bo połowa mnie szczerze wierzy, że ten przystojniak jest dobrym człowiekiem, ba, księciem z bajki, który chciał mi bezinteresownie pomóc, a potem żylibyśmy długo i szczęśliwie w Boce Kotorskiej… ale druga połowa mówi mi: Kaśka, jakbyś chciała hitchhikować wyciągnęłabyś kciuka, to najstarszy motyw na świecie, samotna kobieta widocznie wściekła i bezradna na przystanku, koleś na motorze… łatwa ofiara… Rozkmina rozkminą, ale widoki w drodze powrotnej rekompensują mi straty duchowe, czasowe i moralne. Jutro wrócę tu pieszo. Te 30km. I nacykam miliardy fot, bo to po prostu zjawiskowe. A jak miał był być to Książe z bajki to Los spotka nas jutro. Gdzieś. JakośJ Już nie mogę się doczekać jutrzejszego spaceru.
niedziela, 1 maja 2011
Druga szansa Dubrovnika
Dubrovnik, podobnie zresztą jak Sarajewo zasługiwał jednak na drugą szansę. Cały dzień lało znów jak z cebra, więc do 15 przezornie nie wychodziłam z łóżka. Po 15 trochę z głodu, trochę z powoli ogarniającego mnie szaleństwa ruszyłam na Starówkę. Znowu mniej ludzi i jakoś tak ładniej, prawdziwiej w strugach deszczu. O 17 spotkałam się z Odą, Ibrahimem, Albertem w Irish Pubie. Jak zwykle kałuża w butach i ogólne poczucie zimna. Potem wpadł jakiś chory psychicznie podrywacz Chorwat-nacjonalista Dario i Amerykanin Ernst. Ernst podwiózł mnie w nocy do domu i okazał się całkiem fajny. Jest fotografikiem i tour guidem z NY o niemieckich korzeniach. Może jeszcze się spotkamy w Montenegro. Tymczasem wypiliśmy kilka piw i nieźle się bawiliśmy, a potem poszliśmy na spcer po Starówce nocą. Było całkiem miło. Na końcu odwiedziliśmy restaurację Ibrahima, bo okazało się, że oprócz pubu ma też restaurację w super fajnej boskiej wąskiej uliczce z widokiem na zabytkowy kościółek i tak posiedzieliśmy na dworze przy lampce wina i muszę przyznać, zże to ostatnie miejsce i ludzie, wszystko było magiczne. Z Odą jesteśmy już jak travellerskie bratnie dusze. To był naparwdę wspaniały wieczór bałkański z Argentynką, Turkiem, Australijczykiem i Amerykaninem. Wiecie to był jeden z tych fajnych momentów, kiedy mimo iż nic nowego nie odkrywasz i nic twórczego nie robisz, wiesz, że jesteś właśnie tu i teraz i dobrze ci z tym. Jutro jadę do Czarnogóry. Ciekawe kogo spotkam tym razem na swej bałkańskiej drodze:)
Ciągle pada...
To jakiś koszmar.Właśnie wstałam i co? I znowu, a pewnie raczej powinnam powiedzieć nadal, pada. Ciuchy i buty nie tylko nie wyschły, ale raczej zaczęły trącać stęchlizną, a ja siedzę w piżamie w łóżku i nie mam zmiaru wstawać, bo po co... Po południu założę znowu mokre buty, spotkam się z Odą i resztą i znowu zmoknę... Piękny dzień... Jutro ruszam do Kotoru i nie sądzę, żeby było lepiej.
sobota, 30 kwietnia 2011
Znowu leje
Tym razem w Dubrowniku. Tylko wyszliśmy z Albertem na ulicę. Ulewa, że bajka. Ale umówiłam się z Odą i Ibrahimem. I nie żałuję, choć pewnie będę chora, bo przemokłam do suchej nitki i buty pewnie nie wyschną mi już do wyjazdu, a na dodatek przypłacę ten wieczór kacem. Oda jest cudna. Ma piękne śmiejące się orzechowe oczy i jest mega inspirująca. Z Buenos Aires skąd pochodzi przeniosła się do Barcelony, gdzie mieszkała 10 lat na Ravalu, a potem do Sarajewa. Przyjechała tam na wycieczkę i została. Jest magiczna. Szalona wegetarianka gardząca wielodzietnymi parami, wszak mogliby adoptować kogoś z Afryki. Wypiłyśmy razem kilka piw, przegadałyśmy istotę couchsurfingu, porozumiałyśmy się co do niezrozumienia dla męskiego umiłowania futbolu, wyśmiałyśmy się jak szalone i umówiłyśmy na jutro. Biedni Albert i Ibrahim patrzyli na nas jak na wariatki. Było cudnie.
Dubrownik, czyli miasto niepiękne, ale pełne krejzoli
Wstałam o 6 rano na autobus o 7. Ucieszyłam się, że przynajmniej odeśpię, ale jak tylko wsiadałam zagadał do mnie chłopiec obok i tak gadał przez następne 3 i pół godziny, czyli całą drogę do Dubrownika. Wyrywał mnie tak zdecydowanie, że nawet ja zauważyłam, że mnie wyrywa (zazwyczaj widzi to 50 innych osób, a ja kompletnie nie kumam o co kaman). W pierwszej chwili pomyślałam, że to najgorsza bajera na świecie na wiersze własnego autorstwa i na młodego romantyka, więc najpierw go wyśmiałam, wszak to dziecko zaledwie, ma 21 lat, a potem albo ta bajera okazała się skuteczna, albo naprawdę jest wrażliwym młodym człowiekiem, więc szkoda mi się go zrobiło, wzruszył mnie tą otwartością i wrażliwością i postanowiłam być miła. Więc chyba zaraz mam randkę z 21-latkiem, który kompletnie nie rozumie, że dla mnie zakrawa to na pedofilię… Ale nic to Denis jest Chorwatem z Osjeku, pracuje w Dubrowniku, dobre z niego dziecko, kręci go tak jak mnie chorwacka przyroda. Opowiedział mi swoje życie i mimo iż się nie wyspałam, czas zaliczam do udanie spędzonych. Ledwie wysiadłam, napisała do mnie Oda, dziewczyna z Buenos Aires, która mieszka w Sarajewie, bo nie udało nam się spotkać w Bośni, ale ona teraz jest w Dubrowniku, wiec mamy się spotkać wieczorem w Irish pubie jej kumpla o typowo irlandzkim imieniu Ibrahim.. Wyobraźcie sobie więc Polka po randce z chorwackim dzieckiem pójdzie od irlandzkiego pubu w Dubrowniku wypytywać o Ibrahima Bóg wie skąd, a tego ostatniego o Odę z Argentyny. Mam przeczucie, że wyjdzie z tego jakaś lipa. Tymczasem na dworcu czekał na mnie chłopiec z hostelu… o właśnie pojawił się na tarasie obok, o wilku mowa, taki śmieszny, aczkolwiek pozytywny chorwacki imprezowicz w typie białe rękawiczki i łapy w górę… Ale miły. Powiedział mi, gdzie są wszystkie kluby w mieście, widać wyglądam na typ dyskotekowy bez makijażu i w przepoconych, przemoczonych ciuchach, juppi! Oprócz mnie do mojego pokoju przyjechał jeden Kanadyjczyk- kurcze wyjątkowo na różnych falach nadaję z tą nacją, więc poszłam w miasto. Acha jeszcze 2 słowa o hostelu: więc Dubrownik to takie miasto na zboczu góry: tuż nad morzem jest Stare Miasto, potem nowe miasto, ulice, długo, długo nic, a po tym długo długo nic hen hen wysoko na górze jest mój hostel. To ze 2 km pod górę wąskimi uliczkami, ale coś za coś, właśnie siedzę na tarasie z obłędnym widokiem na morze. Tymczasem po odpuszczeniu Kanadyjczykowi krętymi uliczkami ruszyłam wiec na Starówkę. No i Gwiazdka miał rację (jeden z Polaków poznanych w Belgradzie), coś mi tu nie trybi. Niby włosko, ale zbyt przestrzennie, niby staro, ale zbyt nowo… Nawet mieszkańcy Starego Miasta jacyś tacy nierealni, nie ma brudu i krzyków, jak we Włoszech, jest sztuczna sterylność. No nie bardzo. Więc wróciłam do hostelu i ta okołohostelowa część Dubrownika jest fajniejsza, oczywiście jest dużo brzydsza, ale jest prawdziwa.. W hostelu jest dyskotekowiec, jego despotyczna siostra- właścicielka i ich rodzice, mama, która sprząta i papa, który naprawia rury i jest bardzo miły i bardzo lubi Polki, posiedzieliśmy już więc na tarasie z papą 70-latkiem, pogadaliśmy o życiu - ja po polsku on po chorwacku, on pewnie mówił o awarii pralki, a ja - że piękny widok z okna, ale to było bardzo miłe. Jak wróciłam ze Starówki pojawił się jeszcze Australijczyk- to z kolei naród z którym mam zawsze 100% chemii, więc mamy już niezłą brechtawę, bo chłopcy: ten z Kanady i ten z Australii dostali wspólne łóżko…Wesoło jest… no dobra. Nie sądzę, że wydarzy się tu coś więcej turystycznego, i nie wiem co będą robic jutro, bo mam tu hotel na 2 noce, gupia, gupia Kasia, bardziej sądzę, że będzie ciekawa towarzysko noc, więc kończę, bo Albert - Australijczyk z nieznanych przyczyn właśnie wpycha mi chleb w oko.
piątek, 29 kwietnia 2011
Mo-star i Mo-kre skarpetki
No i lunęło. Jak zwykle w momencie kiedy wyszłam bez kurtki od deszczu. Po pół godzinie stania w środku nicości pod jakimś wątpliwej jakości daszkiem, bo przecież kiedyś
musi przestać padać, wróciłam do hostelu i kiedy tylko założyłam płaszcz przeciwdeszczowy, przestało, więc poszłam najpierw kupić bilet do Dubrovnika, potem znowu na Starówkę. I znowu lało jak z cebra. Kiedy już wszytko łącznie z wnętrzem stopochronów mi przemokło zainwestowałam w parasol, który zdmuchnęło mi i połamało jak tylko weszłam na most. Postanowiłam więc skryć się pod dachem jednej z tawern na pysznej espresso po bośniacku. Jak tylko zamówiłam, kelner zaczął krążyć nade mną z upierdliwością godną muchy o świcie, bo okazało się, że zamykają. Wróciłam na ulicę, bo było mi już wszystko jedno, jakkolwiek dramatycznie by to nie brzmiało i... tu zaskoczenie.. było bosko. Turyści poszli spać, stragany pozamykane, leje jak z cebra, więc jestem sama na magicznie cudownej starówce w świetle zachodzącego słońca (tak, widziałam je przez strugi deszczu). Było magicznie.
A teraz jestem w hostelu w pokoju 3-osobowym z jakimś przedziwnym tworem typu geek z USA. Geek nie wyszedł ani na pół minuty z hostelu. Siedzi non stop online. Podobno tak od poniedziałku, a jest piątek i zostaje do niedzieli. Nie odzywamy się do siebie. Znaczy przedstawiliśmy się sobie i jakoś nie było chemii. Chyba mam za mało megabajtów... No dziwne to i dość niezręczne przyznam. Zwłaszcza, ze poój ma 2 m2. Nikogo nie ma na fejsie. Jest 20.30, ja mam wszystko przemoczone i nie chce mi się iść w miasto, tym bardziej, że jutro muszę wstać o 6:15 na autobus do Dubrovnika. Koledzy budowlańcy z Anglii - nawet prawie za Wami tęsknię ;)
A teraz jestem w hostelu w pokoju 3-osobowym z jakimś przedziwnym tworem typu geek z USA. Geek nie wyszedł ani na pół minuty z hostelu. Siedzi non stop online. Podobno tak od poniedziałku, a jest piątek i zostaje do niedzieli. Nie odzywamy się do siebie. Znaczy przedstawiliśmy się sobie i jakoś nie było chemii. Chyba mam za mało megabajtów... No dziwne to i dość niezręczne przyznam. Zwłaszcza, ze poój ma 2 m2. Nikogo nie ma na fejsie. Jest 20.30, ja mam wszystko przemoczone i nie chce mi się iść w miasto, tym bardziej, że jutro muszę wstać o 6:15 na autobus do Dubrovnika. Koledzy budowlańcy z Anglii - nawet prawie za Wami tęsknię ;)
Mostar, czyli nareszcie jestem zauroczona
No dobra, już w Sarajewie byłam.. nad rzeką mniej się czuło sztuczności, a wieczorem było już w ogóle miło. Rano wstałam i udałam się droga autobusową do Mostaru. Droga była cudowna, wiodła wśród zielonych wzgórz nad obłędnie turkusową rzeką przecinaną na zmianę akweduktami i innymi malowniczymi mostami, nie zabrakło tez oczywiście tuneli. Tuż przed Mostarem zrobiło się płasko i mniej atrakcyjnie. Na dworcu czekała na mnie właścicielka hotelu. Przemiła młoda dziewczyna. Cudny hotel cudni ludzie, to lubię. Poszłam na spacer na starówkę i Mostar totalnie mnie zachwycił cudowne kamienne uliczki i malutkie domeczki, niesamowity most, mnóstwo kolorowych sklepików, meczetów i minaretów, a zaledwie kilka metrów wyżej totalnie zniszczenia powojenne: kule w każdym domu, budynki z powybijanymi oknami, czyli historia i prawda oraz niemal cukierkowe piękno. Bardzo mi się to podoba, ale dłużej niż 1 dzień to można by się zanudzić. No i jakoś nudno samej…:P poczekam do wieczora, żeby zobaczyć stare miasto o zmierzchu, a jutro do rana ruszam do Dubrownika.
czwartek, 28 kwietnia 2011
Polacy w Sarajewie
No i czekałam na dworcu w Belgradzie na swój autobus i czekałam i nagle usłyszałam obok język polski. Obcięłam dwóch kolesi pod czterdziestkę, nieco zaniedbanych, wyglądających na polskich budowlańców w Anglii, pomyślałam, że pewnie jakieś interesy robią, ale nie wyglądali zachęcająco, wiec wsiedliśmy do tego samego autokaru do Sarajewa i cisza. Ponieważ w rozmowie z kierowcą nie ukrywali skąd są, pomyślałam, że na granicy będzie lipa jak się okaże, że my wszyscy z Polski, a ja się nie przyznaję, więc na postoju niby przypadkiem usłyszałam polski i zagadałam.. Okazało się, że chłopcy z Warszawy, ja z Lublina i… rozdzieliła nas kolejka do toalety damskiej i męskiej. Autobus ruszył, a po chwili jeden z nich podchodzi i mówi, że zapraszają koleżankę z Polski na łyk polskiej kultury. Walili rakiję, że boli, rozmowa się nie kleiła, okazało się, że jakieś świry szukające pozostałości wojen bałkańskich i już pewnie bym się odsiadła gdyby nie to, że doszliśmy do tematu co robimy w życiu, co studiowałam itp.. I nagle okazało się, że oto na krańcu Serbii spotykam kolegów z dziennikarstwa UW… Masakra.. No i zadzierzgnęły się więzy podróżniczej przyjaźni. Przez 6 kolejnych godzin rozmawialiśmy o wszystkim łącznie z feminizmem.. całkiem inteligentni jak na budowlańców i pozytywni, no dobra, przesadziłam, że pozytywni, ale mili. Po przekroczeniu granicy z Bośnią, po płaskiej Serbii zrobiło się nagle pięknie.. Góry, w dole rzeka, mnóstwo zieleni, pojedyncze domy, jak Bieszczady tylko z mega wzgórzami opadającymi stromo do morza. Bardzo nam się to spodobało, a ponieważ okazało się, że rusza nas to samo, rozmowa jeszcze bardziej się kleiła, rakija się lała i było miło. Nie dostałam pieczątki wyjazdowej z Serbii i zastanawiam się, czy nie będzie z tym kichy…Ale nieważne. Droga była górzysta i kręta, moja choroba lokomocyjna intensywna.. ale dotarliśmy. Było po 23. Chłopcy nie mieli klepniętego noclegu, więc zaproponowałam, żeby poszli ze mną, nawet się wręcz ucieszyłam, że nie będę musiała sama szlajać się po nocy. Tymczasem ku mojemu zaskoczeniu wyjechała po mnie na dworzec Jasmina, właścicielka zabookowanego hostelu, było miejsce też dla chłopców, a na miejscu spotkaliśmy .. jeszcze dwie Polki, mieszkające w Słowenii, studiujące turystykę, jedna też pilotka. Było bardzo miło. Poszliśmy spać. Rano wstaliśmy i ruszyliśmy na podbój Sarajewa. Starówka jest piękna. Meczety, kościoły, cerkwie i synagogi, karawanseraje, malutkie sklepiki i łaźnie tureckie, a wszystko w uroczych malutkich krętych uliczkach. Co niesamowite to to, że miasto otoczone jest wzgórzami.. Stamtąd podczas wojny 1992-1995 ostrzeliwano miasto. Nowa część to jak zwykle paskudny Ursynów, na przedmieściach Starego Miasta widać modernizm, Austrowęgry i mnóstwo śladów wojennych, głównie dziur po kulach. Starówka to klimat turecki: zapach kawy i palonego drewna, pyszne jedzenie i szisza… Takie trochę Krupówki. Bardzo ładne i fajne, ale jednak mocno turystyczne, ale nie narzekam bardzo mi się podoba. Lubie nieoczywiste starówki, gdzie człowiek latwpo się gubi i godzinami może kluczyć urokliwymi uliczkami.Poszłam tez na moast łaciński, gdzie Gawriło Princip rozpoczał I WŚ. I co ciekawe pojechaliśmy na przedmieścia, gdzie tuz przy lotnisku miesci się zabytkowy tunel. Tunek wybudowano podcza wojny w 1992 r. Budowa trwała 4 miesiące i tak powstał 800 tunel życia, łączący oblężony Belgrad z wolną strfą pełną jedzenia, wolności i pomocy humanitarnej przy lotnisku. Tym ciekawsz ebylo to doświadczenie, że oprowadzała nas Jasmina, która spędziła w Sarajewie wojnę i 4-krotnie przemierzała tunel w obie strony. To historia zaklęta w tym mieście, która niewątpliwie ciężko dostrzec na starówce. Także generalnie mi się bardzo podoba, ale odczuwam pewna nutkę sztucznośći… tym niemniej jest tu bardzo przyjemnie posiedzieć wypić kawkę, zjeść sarmę, czyli pysznego gołąbka i zapalić sziszkę…
środa, 27 kwietnia 2011
Panna z mokrą głową rusza na Bałkany
Zasadniczo wyprowadziłam się prawie z cudnej Pragi, spakowałam wszystko, tak, aby po powrocie z Bałkanów? Bałkan? być gotową do wyprowadzki na Corfu, przemyślnie zostawiwszy niezbędne elementy garderoby w Warszawie, wróciłam wolna i lekka, przynajmniej w bagażu, ze świąt na Wschodzie. Zdążyłam się dopakować i wyjść z A na drinka, ostatniego drina na Pradze i gdzieś tak w drodze powrotnej kiedy usłyszałam pikanie rozładowującego się telefonu coś jakby ulotnie przeleciało mi przez głowę, że gdzie jest ładowarka, ale dopiero jakiś czas później na dobre okazało się, że jest w Lublinie. A ja rano lecę na Bałkany, hotele nie znalezione, a pierwsza noc z CS, więc telefon niezbędny. Napisałam do G, że może ma jakiś stary telefon i mi pożyczy, bez odpowiedzi. Pomyślałam, że i tak rano jadę do biura oddać zaległe sprzęty, a że wylot o 10 jeszcze rano wpadnę do Złotych Tarasów, najwyżej kupię ładowarkę… Poszłam więc spać, wstałam rano, nieco nawet spóźniona, a muszę szukać tej ładowarki, umyłam głowę i nagle… tak, wszytko ładnie pięknie, ale suszarka do włosów też się wyprowadziła do Lublina. Piszę to wszystko wyłącznie po to, żebyście mogli się w wczuć w mój entuzjazm dnia wylotu na Bałkany kiedy przez 2 godziny latałam jak szalona rano w zimnie z mokrą głową po 2 centrach handlowych szukając ładowarki do telefonu i niemal spóźniając się na samolot. Ładowarki nie znalazłam, ale samolot złapałam. Do Belgradu leciałam bez większego entuzjazmu. Wszystko co wyczytałam i usłyszałam o mieście wcale mi się nie podobało. Postanowiłam więc spędzić tu jak najmniej czasu czyt. 1 noc. Po wylądowaniu pierwsze wrażenie: w sumie Europa, taka bardziej ukraińska Europa, pozaunijna, ale jednak dzikich na ulicy nie widać. Mądra Jola wyszukała w necie info jak dojechać z lotnika do centrum, że ponoć jest droższy shuttle bus i tańszy bus podmiejski nr 72, shuttle busa nie widziałam, a podmiejski zdarł ze mnie 10 Dinarów, co pewnie jest jakieś 5 zł, bo 10 euro to ponad 900 dinarów.. W autobusie kierowca nie mówi po angielsku i, mimo iż jest to linia stricte lotniskowa w autobusie nie ma nawet pół informacji w języku turystom przyjaznym, ale dałam 100 dinarów, dostałam bilet i jechałam gdzieś… przystanki opisane są cyrylicą na przystankach. Po raz kolejny błogosławiłam 2 miesiące rosyjskiego na lektorach, które zaowocowały znajomością alfabetu. Jechałam na Zeleni Vrnac czy coś w tym stylu, jeden z głównych przystanków transferowych w mieście, jak się okazało również końcowy linii 72. Stamtąd miałam się przetransferować pod Hotel MOSKVA i wsiąść w autobus 31 do mojej hostki. Transport autobusowy także przypomina Ukrainę, choć jako użytkownik Ikarusów chyba nie mam się co wywyższać. Gdyby nie Polki poznane w autobusie pewnie kluczyłabym w okolicy, ale pokazały mi Moskwę i szczęśliwie się przesiadłam. I musze przyznać, że bardzo mi się podobało to co śmigało za oknem. Trochę neoklasycyzmu w austrowęgierskim stylu, trochę secesji, trochę swojskiego klimatu warszawskiej Pragi… Belgrad wydał mi się swojską mieszanką. Tak jakby miał w sobie to co najlepsze z Warszawy i z Krakowa. No i cerkwie, cudne , monumentalne, zwłaszcza największa w mieście i przy okazji najwieksza prawosławna świątynia na świecie – cerkiew św. Sawy, przypominająca Błękitny meczet, polecam zwłaszcza nocą, gdyz jest pięknie oświetlona.
Moja hostka okazała się bardzo miła dziewczynką mieszkająca w przedwojennej kamienicy. Takiej z duszą. Trochę jak mieszkanie mojej babci w Lublinie, trochę jak Praga… I ruszyłyśmy na podbój Belgradu - Białego Miasta od murów obronnych w oślepiająco białym kolorze. Przeszłyśmy 15 km i ja ledwo żyłam. Ciekawa architektura, super deptak, Kalemegdan, czyli twierdza nad miastem z super panoramą Dunaju. To, co mi się spodobało to dużo kolorowo ubranych ludzi. Są tu bardziej towarzyscy, rozmawiają z obcymi na ulicach, spędzają czas na świeżym powietrzu, a pogoda była cudnie wiosenna. W ogóle bardzo się tu czuję swojsko. Ech, słowiańska duszaJ I to co jest fajne, to to, że stary Belgrad jest bardzo różnorodny, piękne kamienice stoją obok ruder sprzed wojny i obok modernistycznych i socrealistycznych molochów… Jest tu jakaś prawda. Maja też Nowy Belgrad, czyli wyjątkowo paskudne Blokowisko, taki mega Ursynów… My tymczasem szlajałyśmy się pięknymi uliczkami pamiętającymi potęgę austrowęgierską, dla mnie słyszalną głównie w serbskiej muzyce ludowej, której też jest bardzo dużo na ulicach i w knajpach. Co wręcz groteskowe, wieczorem w każdej knajpie jest własna kapela. Jedzenie podobne do naszego, tyle, że bez zup, ziemniaki i mięcho i kapusta, plus oczywiście kawa po turecku. Raczej nie piją herbaty. Chyba jest dość tanio, choć mam problemy z przelicznikiem. Może to i lepiejJ Poszłyśmy na dworzec kupić na kolejny dzień bilet do Sarajewa (23 euro autobusem) i na posterunek policji, gdyż słyszałam, że powinnam się zameldować, policjanci, a wierzcie mi, że przez 4 km szukałyśmy komisariatu i ja już ledwo żyłam. Policjanci powiedzieli, że nie muszę się meldować , a nawet jeśli, musiałby to zrobić właściciel mieszkania koło swego domu.. Więc odpuściłam ten wątek. Wykończone pojechałyśmy do miejsca, które dla mnie było absolutnym must-do, czyli ulicy Skadarlija. Przeczytałam, że to belgradzki Montmartre, brukowana ulica XIX i XX wiecznej bohemy, obecnie pełna knajpek, ale to co tam zastałam było nawet fajniejsze. Faktycznie belgradzki Montmartre. Byłyśmy tam po zmroku w kafejce na piwku. Super! Wykończona wróciłam do domu. Drugiego dnia musiałam wstać o 7 i wyjść z Marijaną wcześnie rano. Postanowiłam pojechać na Zamun. Ta ledwie wspomniana w moim super przewodniku Bezdroży, który generalnie polecam, część miasta to niegdyś odrębne miasto, jedna z najstarszych okolic. I znowu to był strzał w 10! Zamun jest obłędny. To jak Mała Strana w Pradze. Urocze domeczki, kamieniczki, wzgórze z basztą, i wreszcie nabrzeże nad Dunajem pełne fantastycznych klimatycznych kafejek. Cudo. Jedyne co mi się nie podobało, a byłam tam ok. 9 rano, to bezpańskie, a może i pańskie, ale wolnobiegające wielkie psy, dobermany itp. Kiepsko czuję się spacerując obok takich bestii. Ale poza tym super. Z Zamunu wróciłam do centrum i teraz siedzę na Kalemegdanie, piszę, zaraz ruszę w 7 - godzinną podróż autobusem do Sarajewa, gdzie dojadę ok. 23 i jakimś cudem spróbuję znaleźć mój hostel.. Ale generalnie jest fajnie.
Moja hostka okazała się bardzo miła dziewczynką mieszkająca w przedwojennej kamienicy. Takiej z duszą. Trochę jak mieszkanie mojej babci w Lublinie, trochę jak Praga… I ruszyłyśmy na podbój Belgradu - Białego Miasta od murów obronnych w oślepiająco białym kolorze. Przeszłyśmy 15 km i ja ledwo żyłam. Ciekawa architektura, super deptak, Kalemegdan, czyli twierdza nad miastem z super panoramą Dunaju. To, co mi się spodobało to dużo kolorowo ubranych ludzi. Są tu bardziej towarzyscy, rozmawiają z obcymi na ulicach, spędzają czas na świeżym powietrzu, a pogoda była cudnie wiosenna. W ogóle bardzo się tu czuję swojsko. Ech, słowiańska duszaJ I to co jest fajne, to to, że stary Belgrad jest bardzo różnorodny, piękne kamienice stoją obok ruder sprzed wojny i obok modernistycznych i socrealistycznych molochów… Jest tu jakaś prawda. Maja też Nowy Belgrad, czyli wyjątkowo paskudne Blokowisko, taki mega Ursynów… My tymczasem szlajałyśmy się pięknymi uliczkami pamiętającymi potęgę austrowęgierską, dla mnie słyszalną głównie w serbskiej muzyce ludowej, której też jest bardzo dużo na ulicach i w knajpach. Co wręcz groteskowe, wieczorem w każdej knajpie jest własna kapela. Jedzenie podobne do naszego, tyle, że bez zup, ziemniaki i mięcho i kapusta, plus oczywiście kawa po turecku. Raczej nie piją herbaty. Chyba jest dość tanio, choć mam problemy z przelicznikiem. Może to i lepiejJ Poszłyśmy na dworzec kupić na kolejny dzień bilet do Sarajewa (23 euro autobusem) i na posterunek policji, gdyż słyszałam, że powinnam się zameldować, policjanci, a wierzcie mi, że przez 4 km szukałyśmy komisariatu i ja już ledwo żyłam. Policjanci powiedzieli, że nie muszę się meldować , a nawet jeśli, musiałby to zrobić właściciel mieszkania koło swego domu.. Więc odpuściłam ten wątek. Wykończone pojechałyśmy do miejsca, które dla mnie było absolutnym must-do, czyli ulicy Skadarlija. Przeczytałam, że to belgradzki Montmartre, brukowana ulica XIX i XX wiecznej bohemy, obecnie pełna knajpek, ale to co tam zastałam było nawet fajniejsze. Faktycznie belgradzki Montmartre. Byłyśmy tam po zmroku w kafejce na piwku. Super! Wykończona wróciłam do domu. Drugiego dnia musiałam wstać o 7 i wyjść z Marijaną wcześnie rano. Postanowiłam pojechać na Zamun. Ta ledwie wspomniana w moim super przewodniku Bezdroży, który generalnie polecam, część miasta to niegdyś odrębne miasto, jedna z najstarszych okolic. I znowu to był strzał w 10! Zamun jest obłędny. To jak Mała Strana w Pradze. Urocze domeczki, kamieniczki, wzgórze z basztą, i wreszcie nabrzeże nad Dunajem pełne fantastycznych klimatycznych kafejek. Cudo. Jedyne co mi się nie podobało, a byłam tam ok. 9 rano, to bezpańskie, a może i pańskie, ale wolnobiegające wielkie psy, dobermany itp. Kiepsko czuję się spacerując obok takich bestii. Ale poza tym super. Z Zamunu wróciłam do centrum i teraz siedzę na Kalemegdanie, piszę, zaraz ruszę w 7 - godzinną podróż autobusem do Sarajewa, gdzie dojadę ok. 23 i jakimś cudem spróbuję znaleźć mój hostel.. Ale generalnie jest fajnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)