Wstałyśmy rano w pięknym, małym, miłym, trochę sennym, ale jednak całkiem spokojnym miasteczku Puerto Iguazu. Wczoraj siedziałyśmy chwilę przy piwku i Internecie, okolica naprawdę fajna, hostel też. Dziś rano planowałyśmy wstać przed 8, ale od 7 wszyscy nas budzili tłukąc się po pokoju. Wszak śpimy w najbardziej ekonomicznym mieszanym pokoju 10-osobowym za 35 peso do osoby (ok. 30 zł). Wstaję. I tak jedziemy na wiele godzin do wodospadów od argentyńskiej strony, nie musze dłużej spać. Jemy śniadanko. Wyjątkowo jest chleb i jajka na twardo i normalna europejska kawa co mnie bardzo cieszy. Zwykle są tylko herbatniki z dulce de leche- najbardziej charakterystycznym śniadaniowym słodkim smarowidłem - jest to zwyczajna znana także w Polsce masa krówkowa. Jem i piję i wychodzimy. Pogoda piękna. Pełne słońce, w dzień zrobi się ponad 30 stopni. Nie wiem jak ja sprawdzałam prognozę pogody, a raczej wiem- sprawdzałam tylko w Buenos, gdzie miało być mniej więcej tak jak u nas, może z 5 stopni więcej i biedna blondynka nie wpadła na to, że tysiąc coś kilometrów bliżej równika pogoda będzie zupełnie inna. No więc mamy przy granicy z Brazylią pełne słońce i ponad 30 stopni, a ja w skarpetach i jeansach.. i bez blockera i aftersuna.. tak tak, możecie już domyślać się konsekwencji. Mimo iż generalnie uciekałam ze słońca, jestem krwiście czerwona i wszystko mnie piecze. Ale to słonce, ten klimat, zapach powietrza, są tak przyjemne - czysty relaksik, że nie śmiem nawet narzekać. Wakacje. Czuję jakbym w jeden dzisiejszy dzień odpoczęła kilka ostatnich miesięcy. Powietrze tu jest takie jakieś lekkie… Dojeżdżamy lokalnym busem do cataratas czyli wodospadów. Dojazd 15 peso, coś niewiele ponad 10 zł, wstęp 85 peso, czyli jakieś 80 zł. Jestem bardzo ciekawa, czy rzeczywiście ta argentyńska strona będzie lepsza niż brazylijska. Od razu powiem, że generalnie tak z pewnym małym „ale”. Tutaj nie podjeżdża po ciebie autobus z małpka tylko idzie się i można wybrać albo przejazd taką niby wąskotorówką turystyczną albo dolny okrąg spacerowy – oglądanie wodospadu od dołu – lower circuit, albo górny okrąg spacerowy- oglądanie wodospadów do góry- upper circuit, można też oba albo żadne, a potem dodatkowo można pojechać tą kolejka do Garganta del Diablo widzianego od góry. Wszystko zajmuje ok. 5-6 godzin. Zaczynamy od upper circuit. Jest fajnie. Chodzi się nad i między wodospadami po specjalnych mostkach. Fajnie jak pod nogami widzisz spadający strumień wody. To jest o niebo fajniejsze niż strona brazylijska. Widoki ok, ale znowu nic zapierającego dech w piersiach. Podobnie lower circuit- tym razem kładeczki od dołu, fajne, ok., ale nie ma wow. Tym niemniej miły dzień na słońcu, spacerki itp. Wreszcie wsiadamy w pociąg do Garganta del Diablo - Gardzieli Diabła. Po opuszczeniu pociągu daje się zaobserwować wszechograniający spokój. Rzeka przypomina wielkie jezioro lub rozlewiska, nad którymi przechodzi się kładeczkami. Znowu krajobrazy jak z Missisipi i Chaty Wuja Toma. Fajny spacerek. Aż nagle ni stad ni zowąd woda zaczyna się kotłować i urywając się opada kilkaset metrów w dół- jesteśmy tuż nad gardzielą diabła. Widać niewiele więcej niż parę wodną, w kwestii widoków na Gardziel lepsza jest więc strona brazylijska, ale wrażenie tutaj jest niesamowite. Patrząc w dół człowiek naprawdę patrzy w otchłań- od piekła dzieli mnie tylko krok. Wzburzone fale z ogromną siłą spadają w dół. Biel oślepia do tego stopnia, że nie zdziwiłabym się, gdyby wiele osób miało tu haluny. Niesamowite wrażenie. Wygląda to trochę jak lawina. Kosmos. Mam dość bieli, słońca i bryzy, wracam do pociągu.
Ok. 16 jesteśmy z powrotem w Puerto de Iguazu. Dzień był fantastyczny, choć widzę już czerwień odsłoneczną i czuję, że zaraz zacznie piec.
Mamy dziś jeszcze przemieścić się do Paragwaju do Ciudad del Este. Idzi8emy do hotelu po nasze rzeczy. Próbujemy wygooglować jakiś hostel w Ciudad del Este. Dziwna sprawa –nie ma. Rozważamy czy nie zostać w Puerto de Iguazu. Adam z Martą nas trochę zlewają, ja nie bardzo chcę z rana sama eksplorować Paragwaj, tym bardziej, że moja hostka z dżungli ostrzegała, że kierowcy robią jakieś dziwne akcje i omijają granicę. Masz więc pieczątkę, że wyjeżdżasz z Argentyny, ale nie masz, że wjeżdżasz gdzieś indziej, co rodzi wiele problemów i może uniemożliwić powrót do Europy. Ponoć busiarza trzeba samemu zatrzymać jak ominie granicę. A na dodatek jest niedziela, cała Ameryka Południowa jest wymarła. Nawet nasze żywe minionej nocy Puerto de Iguazu przypomina dziś miasto duchów. Jestem już lekko podkurzona, a wtedy przychodzi Olga i pyta, czy czuję zew przygody. Czuję. Jedziemy do Ciudad del Este. W ciemno, co ma być, to będzie. Olga przekonuje mnie, że nic nie może nam się stać, a ja bardzo chcę jej wierzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz