Dwa słowa wstępu dla tych, ktorzy nie wiedzą o co chodzi. Przez Barcelonę i Katar wyruszyłam ku Ameryce Południowej na 11 dni cudnych wkacji i miliardy godzin podróży.
Barcelona.
Barcelona to dla mnie jak zwykle dziwne doświadczenie. Po Daanie i naszym katalońskim epizodzie, właściwie nie czuję jakbym była w obcym mieście, a raczej jakbym jechała do siebie. Znam te wszystkie zakamary, nie mam parcia na zwiedzanie. Znajomych też nie mam. Pierwszy dzień- jestem wykończona. Hostel jest miły i spokojny, taki jak chciałam. Wygrzewam się na słońcu w Port Vell, szlajam się Barri Gotic, siedzę na Barcelonecie.. Miło.. Wykończona idę spać ok. 21. Dzień drugi niespiesznie wstaję, piję kawę na tarasie. Uwielbiam te barcelońskie tarasy i to niespieszne tempo życia. Wyjeżdżam znowu do centrum. Nie czuję się najlepiej. Albo to osłabienie, albo jesień, albo początki grypy, albo brak entuzjazmu, bo przecież nie jestem w nowym miejscu. Ok. 15 wracam do hotelu. Czytam maile na tarasie. Nagle odzywa się obcy couchsurfer. Umawiamy się na wieczór. Mieliśmy iść na cmentarz Montjuic, wszak to Zaduszki, ale wygrała sangria w Barri Gotic. Koleś jest Sardyńczykiem, chemikiem, mega pozytywny, pijemy dużo Sangrii i przenosimy się na Ravel, po drodze zaliczając siec kebabowi Maoz. Jest bardzo wesoło. W środku nocy docieram do hostelu, żeby wstać o 6:30 na lot do Kataru.
Katar.
Nie uwierzycie .. ja też nie mogę. Lecimy z Barcelony jednymi z najlepszych linii świata Qatar Airwaves. Lot to poezja, ani pół turbulencji, jedzonko pycha, drinki za free, TV, muzyczka, miła obsługa. Trochę przeraża nas noc na lotnisku, ale co tam, damy radę. Dzwoniłam do ambasady. Nie ma szans na wizę do Kataru, jeśli nie jestem pracownikiem ani rodziną Katarczyków. Nie jestem. Trochę szkoda nocy w Doha na leżenie na lotnisku. Lądujemy i kierujemy się na krzesełka. Nagle jakis locals nas cofa do bramki z hotelami za free. Okazuje się, że nasza super Qatar Airwaves zafundowała nam za free super hotel, żarcie, transfer i nawet.. wizę!!! Bez niczego, a wszyscy z uśmiechem. Nie mogę w to uwierzyć!! Adam mój towarzysz podróży też nie.. W voucher hotelowy trzymany w ręku nie wierzę. Czekam na wizę. Pani z imigration jest przemiła, gadamy łamaną jej angielszczyzną. Ona próbuje wymówić nazwisko Adama: Sienkiewicz jako hien-qui-tłić. Obłędne. Niedowierzając wychodzimy z lotniska. Jesteśmy tak rozentuzjazmowani, że ledwo trzymamy się na nogach. Przed lotniskiem wita nas przemiły pan z busa i zabiera do hotelu. W busie poznajemy cudną parę travellerów z Alicante, jadą do tego samego hotelu, a potem do Buenos. W naszym samolocie było jeszcze 2 Polaków też lecą do Buenos, ale tacy niezbyt przyjaźni. Hotel jest git, dobre 4 gwiazdki. A to wszystko za free. Powiedziano nam, ze zaraz przygotują kolację i zadzwonią. Potem idziemy zwiedzać Doha by night. Ale czad!!!!
szczesciara!
OdpowiedzUsuń