Nie mogę w to uwierzyć! Po tym wszystkim co przeszłam, żeby tu dotrzeć, po zapłaceniu 700 zł za bilety do Salty i 350 za Tren de Las Nubes, po odpuszczeniu formacji skalnych w Cayafate, po przesiadaniu się z busa na busa taranując ludzi w Tucuman. Po pół nocy na dworze w San Ignacjo… Tren de Las Nubes to jakaś masakra. Znaczy nie, no bez przesady. Fajna świadomość, że jest się na wysokości 4000 m npm i widoki też całkiem przyjemne, ale kiedy się płaci 1000 zł, żeby tu dotrzeć, a 120 dolców za sam bilet na pociąg człowiek, chyba zresztą zupełnie zrozumiale, oczekuje, że dotknie nieba. Nie dotknęłam. Moje morale natomiast sięgnęło dna, kiedy okazało się, że wyżywienie podczas podróży w bilecie, tzw. śniadanie i obiad, okazało się najpierw 2 croissantami – śniadanie - to jeszcze mogę zrozumieć, ale kiedy po 9 godzinach podróży na obiad dostaliśmy pakiet 4 ciasteczek za 120 dolców… What da hell??? Rozumiecie to?? Za każdym razem jak okazuje się, że generalnie ta Argentyna nie jest taka do końca zła i coś mi się uda, oni odwalają taki numer, że ręce mi opadają. Cały ten Tren de Las Nubes to 8 godzin najpierw w jedną stronę (pierwsze pół godziny w ciemności - musisz mieć zasłonięte rolety, gdyż localsi ze slumsów, przez które się przejeżdża, rzucają w ciebie kamieniami), a potem są już Andy, czyli ładne górki i formacje skalne, ale nic, co rzuciłoby na kolana… Nie mogę w to uwierzyć. Ludzie mdleją i słabną z choroby wysokościowej (nawet obok mnie) dla takiego nic??? Pociąg dojeżdża do stalowego mostu, można zrobić sobie zdjęcie i kupić chusty z lamy od localsów, tudzież cyknąć fotę z lamą, a potem ruszamy z powrotem stając jeszcze tylko raz w obciachowej wiosce, gdzie nie robię nawet jednego zdjęcia, bo nie ma czemu!!!! Jestem wściekła!! Andy mogą być piękne, może w Boliwii, może w Chile, ale Argentyna jest jednym wielkim rozczarowaniem. I czemu ci localsi są z niej tak dumni?? Nie będę więcej pisać pogrążę się w rozpaczy. Słowem podsumowania mojej argentyńskiej przygody- drogo tu i nieszczególnie. Wybacz Azjo, żem Cię zdradziła. Ameryka Południowa to nie jest wydatek, który się opłaca.
Napisałam powyższe w pociągu i padła mi bateria w laptopie. Kilak godzin później w hotelu:
No dobra, oddam sprawiedliwość. Było kilka niezłych formacji skalnych. Przesadziłam w negatywnym nastawieniu. To przez te ciasteczka. Nikt nie powinien nazywać 4 ciastek posiłkiem, a nie daj Boże tym bardziej obiadem. Powinno się nazywać.. w sumie nie, w ogóle się nie powinno nazywać 4 ciastek. Nieważne. Ale po tym jak to napisałam i padł mi laptop podobnie jak baterie w aparacie, pojawiło się kilka powiedzmy akceptowalnych formacji skalnych. Gdybym nie była zepsuta formacjami w Maroku i Kapadocji, pewnie w ogóle byłabym zachwycona. Ale niestety wcześniej widziałam te fajniejszeJ I kiedy tak się trochę nad sobą użalałam, trochę marudziłam na tę całą Argentynę, pociąg stanął na stacji. Do okna podbiegło kilkoro dzieci lokalnych. O dzieciach w Argentynie nie pisałam jeszcze. Wiecie, że to mój czuły punkt. Nie chodzi mi o te ładne i czyste dzieci, które mają kochających rodziców i niezłe warunki bytowe. Chodzi mi o dzieci ulicy. W Argentynie jest ich mnóstwo. Zwykle mają ciemniejszą skórę - mieszanki indiańskie. W ogóle na wsiach tu zero antykoncepcji i bardzo liczne, bardzo biedne rodziny. Dzieci te są zawsze tak fajnie kudłate- mają czarne bardzo gęste włosy, brudne buzie, porwane ubrania, piękne uśmiechy i smutne oczy. Dobra, dobra, wiem, że generalizuję i idealizuję, ale często tak jest. Ale co ciekawe, te dzieci tu nie marzą o telewizorach ani nie proszą o pieniądze. Te dzieci proszą o jedzenie. I kilkoro takich dzieci właśnie osaczyło pociąg- nie chodzą do szkoły, odkąd mogą chodzić pomagają rodzicom w ciężkiej pracy. Przejeżdżający Tren de Las Nubes to rozrywka tygodnia. Fajnie jak roztyci pasażerowie, tacy biali, rumiani i uroczo okrąglawi uśmiechną i się i pomachają z okna. Czasem coś się dostanie. I właśnie w szczycie mojego złego humoru czterociastkowego z okna pociągu wysunęła się kobieca ręka i gromadzie dzieci na stacji podała swoje 4 ciastka. Ja swoje ostentacyjnie oddałam obsłudze wcześniej, kiedy to zaatakował mnie ciężki szok, że ktoś to coś nazwał obiadem. I te dzieciaki rzuciły się na te ciastka. Ale nie żeby zabrać drugiemu, tylko wszystko zaniosły siedzącej kilka metrów dalej matce i ta sprawiedliwie dzieliła cztery ciastka pomiędzy stadko dzieci. Z pociągu wyciągały się kolejne ręce z ciastkami i dzieciaki rzuciły się je odbierać. Żebyście widzieli tę ich radość!!
I żebyście widzieli mnie w tej chwili. W życiu nie było mi tak wstyd. O próżności wszelaka. Ale ze mnie burak. Te biedne dzieciaki powycieranych ubraniach były tak szczęśliwe z tego samego powodu, z którego ja właśnie byłam mieszanką wybuchową wściekłości i rozczarowania. Po pierwsze oczywiście się rozryczałam, bo jakoś tak beznadziejnie reaguję na dzieci…a po drugie, kurczę, jakie to straszne, jak człowiek na chwilę zapomni, co jest naprawdę ważne w życiu i co to jest szczęście.
Mieszkam właśnie w kolejnym hotelu pełnym zblazowanych gówniarzy, którzy jeżdżą po świecie, głownie od imprezy do imprezy i od zorganizowanej wycieczki jednej do drugiej. Nawet próbuję nie czuć się do nich lepszaJ W każdym razie chyba przez chwilę, bo wiecie, ej, jestem w Ameryce Południowej, to już nie jest jakaś tania Azja z Air Asią. To jest Ameryka Południowa z Qatar Airways i biletem na Tren de las Nubes za 120 dolców.. No więc chyba prze chwilę chciałam być taka jak oni, ci niby super wyluzowani backpackerzy z tej lepszej rozliczającej się w eurobanknotach Europy. Nawet się za to nie winię. Bardzo lubię pokazywać tym od Poland- Holand? że Polacy dużo podróżują, że są fajni, mądrzy itp. Chciałabym tak jak ci zachodni backpackerzy wybrać eurobanknoty z dwóch ostatnich miesięcy w pracy i zrobić sobie pół roku wakacji bez lęku, że jak wrócę do kraju już nikt mnie nie zatrudni, a pomoc społeczna pomoże, bo zawsze przecież mogę zacząć jakieś studia i będę dostawać kasę od rządu… Chciałabym, ale tak nie jest. Jest tak, że po 2 tygodniach zaczynam tęsknić. Zaczyna się powoli. Za mamą. Za resztą rodziny i przyjaciółmi. Za grzanym piwem na lubelskiej starówce zimową śnieżną nocą. Ostatnio nawet za Pragą. Po miesiącu zaczynają mi się śnić nocami polskie złote łany zbóż sierpniową porą na morenach czołowych na Mazurach. A potem po prostu muszę wracać.. I wiecie, tak mnie to wszytko natchnęło do takich bardzo dziwnych przemyśleń – może to zresztą choroba wysokościowa- że chyba jednak coraz mi bliżej do jednych trzytygodniowych wakacji rocznie, a przez pozostałe 11 miesięcy harówki w NGOsie…A z drugiej strony, rany!, jest tyle takich dzieci w krajach trzeciego świata, które mnie potrzebują (well mogę na razie zajmować się tymi w Polsce)… A tak poważnie: siedziałam w tym pociągu i ryczałam, trochę nad nimi i trochę nad sobą, trochę z zażenowania i trochę ze wstydu. Pociąg ruszył, a uśmiechnięte dzieciaki wesoło machały nam znad ciastek. Widoki za oknem od razu wypiękniały. Naprawdę nie były złe. I to zachodzące słońce na pustynnych górach albo górzystej pustyni, bo jeszcze nie zdecydowałam, które z tych dwóch określeń bardziej pasuje do Andów… Więc mimo iż dziad taksówkarz orżnął mnie na kilkanaście zeta, mimo, iż mam mega długi, mimo iż krwawi boląca rana na palcu u nogi, będę odtąd doceniać każdą chwilę tej wyprawy.
A poza tym naprawdę jest mi trudno nie lubić tych Argentyńczyków: tańczą, śpiewają, gadają, uśmiechają się, dają dzieciom ciastka z okna pociągu… KiepskoJ Albo to była choroba wysokościowa, albo w pociągu w drodze powrotnej najpierw był występ jakiejś folkowej kapeli, a później magika, który wyciągał gołębicę z cylindra.. Wszyscy tańczyli i śpiewali. Jak ich nie lubić?
PS i nauczyłam się spożywać liście koki. I nie, nie ma to nic poprzedniego z powyższym wątkiem. Liści koki wbrew obiegowej opinii się wcale nie żuje. Z 7 kg liści można uzyskać 1 g kokainy. Uprawa koki jest zabroniona w Argentynie, ale już w Peru i Chile nie. Należy wziąć 5 lub 6 świeżych liści koki.. Oderwać ogonki, żeby nie poraniły dziąseł, składać wielokrotnie do uzyskania małej kuleczki lub prostokącika i w takiej postaci włożyć między zęby a policzek - do dziąseł. Nie żuć. Niech leżą, ślina uwolni soki. Działanie: liście koki niwelują objawy choroby wysokościowej.
Czy nie sądzicie, że powinnam pisać książki kucharskie? Chyba mam niezły styl…
Kasiu, do tej pory nie komentowałam... to skomentuje... wpisy super, opisy, wkurzanie się, zachwyty,... tylko jedno mnie niepokoi - Ty i pisanie książek kucharskich! przecież Ty nie masz pojęcia o dobrym jedzeniu ;) dlaczego nie chcesz pisać książek podróżniczych! to jest Twój konik - zastanów się nad tym :)
OdpowiedzUsuńbuziaki
m
wzruszyla mnie twoja historia. naprawde :). nie jestem fanem Twoich "metafizycznych" opowiesci, ale te spoleczne i auto-krytyczne sa naprawde wzruszajace.
OdpowiedzUsuń