Zasadniczo wyprowadziłam się prawie z cudnej Pragi, spakowałam wszystko, tak, aby po powrocie z Bałkanów? Bałkan? być gotową do wyprowadzki na Corfu, przemyślnie zostawiwszy niezbędne elementy garderoby w Warszawie, wróciłam wolna i lekka, przynajmniej w bagażu, ze świąt na Wschodzie. Zdążyłam się dopakować i wyjść z A na drinka, ostatniego drina na Pradze i gdzieś tak w drodze powrotnej kiedy usłyszałam pikanie rozładowującego się telefonu coś jakby ulotnie przeleciało mi przez głowę, że gdzie jest ładowarka, ale dopiero jakiś czas później na dobre okazało się, że jest w Lublinie. A ja rano lecę na Bałkany, hotele nie znalezione, a pierwsza noc z CS, więc telefon niezbędny. Napisałam do G, że może ma jakiś stary telefon i mi pożyczy, bez odpowiedzi. Pomyślałam, że i tak rano jadę do biura oddać zaległe sprzęty, a że wylot o 10 jeszcze rano wpadnę do Złotych Tarasów, najwyżej kupię ładowarkę… Poszłam więc spać, wstałam rano, nieco nawet spóźniona, a muszę szukać tej ładowarki, umyłam głowę i nagle… tak, wszytko ładnie pięknie, ale suszarka do włosów też się wyprowadziła do Lublina. Piszę to wszystko wyłącznie po to, żebyście mogli się w wczuć w mój entuzjazm dnia wylotu na Bałkany kiedy przez 2 godziny latałam jak szalona rano w zimnie z mokrą głową po 2 centrach handlowych szukając ładowarki do telefonu i niemal spóźniając się na samolot. Ładowarki nie znalazłam, ale samolot złapałam. Do Belgradu leciałam bez większego entuzjazmu. Wszystko co wyczytałam i usłyszałam o mieście wcale mi się nie podobało. Postanowiłam więc spędzić tu jak najmniej czasu czyt. 1 noc. Po wylądowaniu pierwsze wrażenie: w sumie Europa, taka bardziej ukraińska Europa, pozaunijna, ale jednak dzikich na ulicy nie widać. Mądra Jola wyszukała w necie info jak dojechać z lotnika do centrum, że ponoć jest droższy shuttle bus i tańszy bus podmiejski nr 72, shuttle busa nie widziałam, a podmiejski zdarł ze mnie 10 Dinarów, co pewnie jest jakieś 5 zł, bo 10 euro to ponad 900 dinarów.. W autobusie kierowca nie mówi po angielsku i, mimo iż jest to linia stricte lotniskowa w autobusie nie ma nawet pół informacji w języku turystom przyjaznym, ale dałam 100 dinarów, dostałam bilet i jechałam gdzieś… przystanki opisane są cyrylicą na przystankach. Po raz kolejny błogosławiłam 2 miesiące rosyjskiego na lektorach, które zaowocowały znajomością alfabetu. Jechałam na Zeleni Vrnac czy coś w tym stylu, jeden z głównych przystanków transferowych w mieście, jak się okazało również końcowy linii 72. Stamtąd miałam się przetransferować pod Hotel MOSKVA i wsiąść w autobus 31 do mojej hostki. Transport autobusowy także przypomina Ukrainę, choć jako użytkownik Ikarusów chyba nie mam się co wywyższać. Gdyby nie Polki poznane w autobusie pewnie kluczyłabym w okolicy, ale pokazały mi Moskwę i szczęśliwie się przesiadłam. I musze przyznać, że bardzo mi się podobało to co śmigało za oknem. Trochę neoklasycyzmu w austrowęgierskim stylu, trochę secesji, trochę swojskiego klimatu warszawskiej Pragi… Belgrad wydał mi się swojską mieszanką. Tak jakby miał w sobie to co najlepsze z Warszawy i z Krakowa. No i cerkwie, cudne , monumentalne, zwłaszcza największa w mieście i przy okazji najwieksza prawosławna świątynia na świecie – cerkiew św. Sawy, przypominająca Błękitny meczet, polecam zwłaszcza nocą, gdyz jest pięknie oświetlona.
Moja hostka okazała się bardzo miła dziewczynką mieszkająca w przedwojennej kamienicy. Takiej z duszą. Trochę jak mieszkanie mojej babci w Lublinie, trochę jak Praga… I ruszyłyśmy na podbój Belgradu - Białego Miasta od murów obronnych w oślepiająco białym kolorze. Przeszłyśmy 15 km i ja ledwo żyłam. Ciekawa architektura, super deptak, Kalemegdan, czyli twierdza nad miastem z super panoramą Dunaju. To, co mi się spodobało to dużo kolorowo ubranych ludzi. Są tu bardziej towarzyscy, rozmawiają z obcymi na ulicach, spędzają czas na świeżym powietrzu, a pogoda była cudnie wiosenna. W ogóle bardzo się tu czuję swojsko. Ech, słowiańska duszaJ I to co jest fajne, to to, że stary Belgrad jest bardzo różnorodny, piękne kamienice stoją obok ruder sprzed wojny i obok modernistycznych i socrealistycznych molochów… Jest tu jakaś prawda. Maja też Nowy Belgrad, czyli wyjątkowo paskudne Blokowisko, taki mega Ursynów… My tymczasem szlajałyśmy się pięknymi uliczkami pamiętającymi potęgę austrowęgierską, dla mnie słyszalną głównie w serbskiej muzyce ludowej, której też jest bardzo dużo na ulicach i w knajpach. Co wręcz groteskowe, wieczorem w każdej knajpie jest własna kapela. Jedzenie podobne do naszego, tyle, że bez zup, ziemniaki i mięcho i kapusta, plus oczywiście kawa po turecku. Raczej nie piją herbaty. Chyba jest dość tanio, choć mam problemy z przelicznikiem. Może to i lepiejJ Poszłyśmy na dworzec kupić na kolejny dzień bilet do Sarajewa (23 euro autobusem) i na posterunek policji, gdyż słyszałam, że powinnam się zameldować, policjanci, a wierzcie mi, że przez 4 km szukałyśmy komisariatu i ja już ledwo żyłam. Policjanci powiedzieli, że nie muszę się meldować , a nawet jeśli, musiałby to zrobić właściciel mieszkania koło swego domu.. Więc odpuściłam ten wątek. Wykończone pojechałyśmy do miejsca, które dla mnie było absolutnym must-do, czyli ulicy Skadarlija. Przeczytałam, że to belgradzki Montmartre, brukowana ulica XIX i XX wiecznej bohemy, obecnie pełna knajpek, ale to co tam zastałam było nawet fajniejsze. Faktycznie belgradzki Montmartre. Byłyśmy tam po zmroku w kafejce na piwku. Super! Wykończona wróciłam do domu. Drugiego dnia musiałam wstać o 7 i wyjść z Marijaną wcześnie rano. Postanowiłam pojechać na Zamun. Ta ledwie wspomniana w moim super przewodniku Bezdroży, który generalnie polecam, część miasta to niegdyś odrębne miasto, jedna z najstarszych okolic. I znowu to był strzał w 10! Zamun jest obłędny. To jak Mała Strana w Pradze. Urocze domeczki, kamieniczki, wzgórze z basztą, i wreszcie nabrzeże nad Dunajem pełne fantastycznych klimatycznych kafejek. Cudo. Jedyne co mi się nie podobało, a byłam tam ok. 9 rano, to bezpańskie, a może i pańskie, ale wolnobiegające wielkie psy, dobermany itp. Kiepsko czuję się spacerując obok takich bestii. Ale poza tym super. Z Zamunu wróciłam do centrum i teraz siedzę na Kalemegdanie, piszę, zaraz ruszę w 7 - godzinną podróż autobusem do Sarajewa, gdzie dojadę ok. 23 i jakimś cudem spróbuję znaleźć mój hostel.. Ale generalnie jest fajnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz