Zwariowałam, zwariowałam, ja chyba kompletnie już zwariowałam. Czuję się na Korfu coraz lepiej, totalnie jak w domu. Albo to epidemia jak-w-domów albo starość albo szaleństwo. Tak się czuję na Pradze i teraz tutaj. A przez ostatnie 10 lat nie czułam się tak w żadnym zakątku globu, no może poza Sycylią. Nie wiem co się dzieje, odkrywam siebie na nowo. Dojrzewam. Osiągam spokój. Cieszę się każdą chwilą. Może mam niedługo umrzeć? Nie wiem. Jestem sobie na Korfu. Mój zatrudniacz to jakaś poracha. We wtorek rano, a jest to dzień transferowy czyli wysyłamy z powrotem do Polski 300 osób i tyleż samo w czterech transzach zwanych dalej lotami, przyjmujemy, co łącznie daje jakieś 600 osób, więc nagle rano okazuje się, że jakieś 30 z tych 600 trafi do innego hotelu niż wykupiło i nic się z tym nie da zrobić, a że będą chcieli cię bić, zabić, że będą cię wyzywać, bluzgać, gnoić i grozić ci, włącznie z rękoczynami, to już twój problem, biuro umywa ręce, nic się nie da zrobić. I ty przez cały dzień to znosisz w połączeniu z pozostałymi 570 problemami z cyklu ktoś zapomniał paszportu z hotelu i nie może wylecieć, ktoś zgubił walizkę, ktoś nie chce dopłacić za nadbagaż, ktoś składa skargę, że kierowca jechał jak wariat i chciał go zabić itp. Idziesz spać o 23, po kilku godzinach pyskówki z niezadowolonymi ze zmiany hotelu, dla których ta zmiana, skądinąd zresztą jest zmianą na lepsze, ale gdzieżby ktoś chciał w to uwierzyć, wszak nas Polaków zawsze i wszędzie chcą przecież oszukać, więc ta cała zmiana jest ich zdaniem ewidentną winą rezydentki, czyli Twoją. Więc zamiast pomyśleć i pisać reklamacje do biura (Internet w zmienionym hotelu jest za free) wrzeszczą na Ciebie i grożą dalej. Wstajesz o 7 kolejnego dnia i od rana telefony, groźby, prośby, kombinacje, do 15 już 2 razy byłaś w hotelu Problem, w międzyczasie obrabiając pozostałe 270 osób na wyspie, nie ukrywajmy nieco po macoszemu, co odbije się na twojej sprzedaży czyt. prowizji, czyt. LIPA!!! O 15 wracasz do hotelu Problem. Spędzasz tam kolejne 4 godziny. Ludzie już wiedzą, że hotel nie jest zły, ale nadal kombinują co by tu wysępić, wycieczkę, auto itp., a biuro ma ich gdzieś, wszak i tak odreagują na Tobie, a do powrotu do Polski może zapomną, że chcieli pisać reklamacje. Po drodze do domu jedziesz jeszcze do szpitala z panem 70-letnim lekarzem hipochondrykiem, co to odczuwa ból i wolałby to wyjaśnić i stajesz na rzęsach, żeby grecki lekarz zrozumiał słowo „przepuklina”. Odbijasz się też od szklanego sufitu pt. grecki strajk, więc wizyta w szpitalu zamienia się w kolejny koszmar. Wreszcie pan uspokojony, że jedyne co mu dolega to hipochondria, zamęczając cię swoimi z pozoru schizofrenicznymi opowieściami, wsiada do taksówki, ściślej wsadzasz go, ale nie martw się, bo jeszcze jutro cię przydyba co byś mu pojechała znowu do tego szpitala, przetrząsnęła go z jednej do drugiej i załatwiła zaświadczenie, że dziś tu był, to może ubezpieczalnia odda mu za taksówkę, w co szczerze powątpiewasz (Pan z KRK, żeby nie było wątpliwości), ale klient nasz pan i szkoda ci człowieka, wszak jesteś mięczarą… Następnie zaczyna padać, a ty tkwi bez parasola w przepoconym uniformie bez sił, bez ducha, a jest dopiero 19, więc musisz gnać na lotnisko, bo jest jakiś śmieszny przylot 30 osób z Wrocka i ktoś musi ich odebrać. Miasto sparaliżowane, burza, leje jak z cebra, jak mokro nie potrafią jeździć ci Grecy przeklęci, pioruny biją, z parkingu daleko, samolot tuż tuż, biegniesz, dobiegasz cała mokra. I wściekła. Wtedy oczywiście przestaje padać. Na pocieszenie dostajesz tęczę. Jest piękna, są to nawet dwie tęcze. Ale żeby nie było ci zbyt dobrze, nawalona grupka z Wrocka zrobi oborę na lotnisku, po której przez 2 tygodnie będziesz wszystkim tłumaczyć, że alkoholik nie jest wcale synonimem Polaka…Bezskutecznie zresztą. Po drodze na kolację (tak dziś wreszcie po 3 dniach masz szansę coś zjeść) tęcza okaże się najcudowniejszą tęczą jaką w życiu widziałaś i pomyślisz, kurczę, jak mi się tu podoba, a potem zamarzniesz przy stoliku, żeby paść niemal trupem w łóżeczku. Następnego dnia od 9 będziesz obrabiać dyżury w hotelach. Zgodzisz się zastąpić koleżankę, bo ona nie czuje wycieczki z piątku, ty ją czujesz, więc bez żalu zamienisz się z nią na czwartek i wpadniesz za nią w szczyt jej bagna w jej hotelach, jakbyś nie miała wystarczającego piekła w swoich. Idiotka!! Po 4 godzinach utarczek z rozmaitymi managerami i klientami trafisz wreszcie do swoich hoteli, po której o godz. 16 nie będziesz miała siły ręką ruszyć. Pojedziesz na chwilę na Internet napisać do firmy X co o tym myślisz i wrócić przygotować się prowadzenia piątkowej imprezy, na której trafisz w szpony bandy wiecznie nadętych ponuraków (turyści z Krakowa - przyp. red.), którzy zresztą zrobią rozpierduchę, że kelner policzył im 40 eurocentów za chleb, a oni owszem zjedli chleb, ale jednak go nie zamówili i o te 40 centów afera na całą knajpę. A potem pytania dlaczego traktują nas jak mega wiochę, a nie jak Niemców… ciekawe... A kiedy wrócisz ledwie żywa wieczorem, nie będziesz już nawet miała siły myśleć o wycieczce do Albanii, którą masz prowadzić kolejnego dnia. Napiszesz resztką sił coś na blogu ku chwale potomnych, potem i tak nie znajdziesz neta, żeby to opublikować, więc zrezygnowana wskoczysz na chwilę do wody na ulubionej plaży i nie będziesz miała siły wracać do domu. I tylko znowu w akcie szaleństwa irracjonalnie ci zakołacze pod kopułką „kurcze, jak mi się tu podoba”.. Bo naprawdę mi się podoba. Zatopisz się w lekturze Durella i uśmiechniesz do losu. Zwariowałam!
PS wklejam to teraz z kafejki na plaży pożerana przez wyglodniale komarzyce po wieczornym pływanku po pracy na ulubionej plażce:) a jutro ide na grecki slub i greckie wesele:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz