sobota, 30 kwietnia 2011

Dubrownik, czyli miasto niepiękne, ale pełne krejzoli



Wstałam o 6 rano na autobus o 7. Ucieszyłam się, że przynajmniej odeśpię, ale jak tylko wsiadałam zagadał do mnie chłopiec obok i tak gadał przez następne 3 i pół godziny, czyli całą drogę do Dubrownika. Wyrywał mnie tak zdecydowanie, że nawet ja zauważyłam, że mnie wyrywa (zazwyczaj widzi to 50 innych osób, a ja kompletnie nie kumam o co kaman). W pierwszej chwili pomyślałam, że to najgorsza bajera na świecie na wiersze własnego autorstwa i na młodego romantyka, więc najpierw go wyśmiałam, wszak to dziecko zaledwie, ma 21 lat, a potem albo ta bajera okazała się skuteczna, albo naprawdę jest wrażliwym młodym człowiekiem, więc szkoda mi się go zrobiło, wzruszył mnie tą otwartością i wrażliwością i postanowiłam być miła. Więc chyba zaraz mam randkę z 21-latkiem, który kompletnie nie rozumie, że dla mnie zakrawa to na pedofilię… Ale nic to Denis jest Chorwatem z Osjeku, pracuje w Dubrowniku, dobre z niego dziecko, kręci go tak jak mnie chorwacka przyroda. Opowiedział mi swoje życie i mimo iż się nie wyspałam, czas zaliczam do udanie spędzonych. Ledwie wysiadłam, napisała do mnie Oda, dziewczyna z Buenos Aires, która mieszka w Sarajewie, bo nie udało nam się spotkać w Bośni, ale ona teraz jest w Dubrowniku, wiec mamy się spotkać wieczorem w Irish pubie jej kumpla o typowo irlandzkim imieniu Ibrahim.. Wyobraźcie sobie więc Polka po randce z chorwackim dzieckiem pójdzie od irlandzkiego pubu w Dubrowniku wypytywać o Ibrahima Bóg wie skąd, a tego ostatniego o Odę z Argentyny. Mam przeczucie, że wyjdzie z tego jakaś lipa. Tymczasem na dworcu czekał na mnie chłopiec z hostelu… o właśnie pojawił się na tarasie obok, o wilku mowa, taki śmieszny, aczkolwiek pozytywny chorwacki imprezowicz w typie białe rękawiczki i łapy w górę… Ale miły. Powiedział mi, gdzie są wszystkie kluby w mieście, widać wyglądam na typ dyskotekowy bez makijażu i w przepoconych, przemoczonych ciuchach, juppi! Oprócz mnie do mojego pokoju przyjechał jeden Kanadyjczyk- kurcze wyjątkowo na różnych falach nadaję z tą nacją, więc poszłam w miasto. Acha jeszcze 2 słowa o hostelu: więc Dubrownik to takie miasto na zboczu góry: tuż nad morzem jest Stare Miasto, potem nowe miasto, ulice, długo, długo nic, a po tym długo długo nic hen hen wysoko na górze jest mój hostel. To ze 2 km pod górę wąskimi uliczkami, ale coś za coś, właśnie siedzę na tarasie z obłędnym widokiem na morze. Tymczasem po odpuszczeniu Kanadyjczykowi krętymi uliczkami ruszyłam wiec na Starówkę. No i Gwiazdka miał rację (jeden z Polaków poznanych w Belgradzie), coś mi tu nie trybi. Niby włosko, ale zbyt przestrzennie, niby staro, ale zbyt nowo… Nawet mieszkańcy Starego Miasta jacyś tacy nierealni, nie ma brudu i krzyków, jak we Włoszech, jest sztuczna sterylność. No nie bardzo. Więc wróciłam do hostelu i ta okołohostelowa część Dubrownika jest fajniejsza, oczywiście jest dużo brzydsza, ale jest prawdziwa.. W hostelu jest dyskotekowiec, jego despotyczna siostra- właścicielka i ich rodzice, mama, która sprząta i papa, który naprawia rury i jest bardzo miły i bardzo lubi Polki, posiedzieliśmy już więc na tarasie z papą 70-latkiem, pogadaliśmy o życiu - ja po polsku on po chorwacku, on pewnie mówił o awarii pralki, a ja - że piękny widok z okna, ale to było bardzo miłe. Jak wróciłam ze Starówki pojawił się jeszcze Australijczyk- to z kolei naród z którym mam zawsze 100% chemii, więc mamy już niezłą brechtawę, bo chłopcy: ten z Kanady i ten z Australii dostali wspólne łóżko…Wesoło jest… no dobra. Nie sądzę, że wydarzy się tu coś więcej turystycznego, i nie wiem co będą robic jutro, bo mam tu hotel na 2 noce, gupia, gupia Kasia, bardziej sądzę, że będzie ciekawa towarzysko noc, więc kończę, bo Albert - Australijczyk z nieznanych przyczyn właśnie wpycha mi chleb w oko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz