sobota, 7 maja 2011

O Podgoricy, Cetinje i o tym, jak po raz kolejny ledwo uszłam spod kosy kostuchy

Dragana przyjechała po mnie o 11 i ruszyłyśmy w trasę ku stolicy Czarnogóry - Podgoricy. Droga piękna, pnąca się wysoko w górach nad urwiskami, patrząc w dół panorama wybrzeża. Zapytałam, czy często zdarza się, że samochody przy ich krejzolskim stylu jazdy wypadają często z tej drogi, Dragana odparła, że raczej nie i nagle z zza zakrętu na trzeciego, nic nie widząc, wyprzedzał wjeżdżając na nasz pas jakiś wielki czarny samochód. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Dragana zachowała stalowe nerwy i refleks, wskutek czego czarne auto nie zmiażdżyło nas i nie zderzyliśmy się, a jedynie zepchnęło nas z drogi. Dragana wyhamowała na poboczu w krzakach. Czarne auto nawet się nie zatrzymało. My natomiast wróciłyśmy na drogę. Każda komórka mojego starzejącego się organizmu mi drżała. Mimo to, dobrze wiedzieć, że ewidentnie nie czas jeszcze umierać, że widać coś jeszcze na nas czeka.

Dojechałyśmy do Podgoricy. Słowo daję, że to najbrzydsze miasto, jakie w życiu widziałam. Nic tu nie ma… Tylko brzydkie bloki. Dragana poszła na spotkanie służbowe, ja umówiłam się z jakąś niezbyt porywającą Rosjanką z CS (Rosjanki bywają bardzo zachowawcze i udają, że się szanują bardziej niż reszta świata, wskutek czego czasem trudno mi się z nimi dogadać). Draga wróciła i stwierdziłam, że nie zostanę tu dłużej, że jadę z nią z powrotem do Cetinje.

Zgodnie z przewodnikiem Cetinje miało to być urocze miasteczko, dawna stolica Czarnogóry. W istocie są to 2 ulice na krzyż, nic więcej. Choć, skoro o krzyżu mowa, to ponoć mają tu rękę Jana Chrzciciela. Nie uścisnęłam jej jeśli idzie o szczegóły. Na widok mojego plecaka ludzie reagowali jakby wylądowało UFO. Nie czułam się tam komfortowo, więc ruszyłam w drogę powrotną do stolicy.

Wróciłam do Podgoricy przerażona i rozczarowana. Jutro albo pojadę do Monastiru Ostrog albo dzień wcześniej do Belgradu, bo raczej tu nie wysiedzę…


cd wczoraj z pespektywy dzisiaj

Potem było już tylko gorzej. Weszłam do kafejki szukając wtyczki, żeby podładować netbooka. Kelner wepchnął mnie do restauracji. Powiedziałam im, że z wielkim plecakiem nie czuje się tu komfortowo, ale on mnie wpiął w gniazdko i powiedział, żebym się nie przejmowała. Zamówiłam kawę i deser. Kelner zaczął robić problemy, że to restauracja, ze musze zamówić jedzenie. Wytłumaczyłam mu sytuację, ale w końcu, wyprowadzona z równowagi, zamówiłam jakieś mięcho, którego nie miałam zamiaru jeść, bo nie byłam głodna, chciałam tylko podładować netbooka. Wtedy kelner zaczął robić scenę, że obrażam ich szefa kuchni nie jedząc.. no jakiś czeski film. Byłam na tyle zmęczona, że zapłaciłam i wyszłam głęboko wierząc, że Podgorica jest najfatalniejszym, bo, że najbrzydszym to już jestem pewna, miejscem na świecie.

I wtedy zaczęłam czekać na Bena, mojego hosta z CS, na Placu Republiki. I wtedy zrozumiałam, że w tym dniu pełnym nieszczęść on już na 100% okaże się jakimś totalnym koszmarem… Pełna tych wspaniałych wizji zaczęłam gorączkowo szukać hotelu. Nie znalazłam. I wtedy przyszedł Ben.

Ben to najsłodsze, najdelikatniejsze i najmilsze made in UK, jakie w życiu poznałam. Wygląda trochę jak pasikonik z kreskówek. Ma wielkie lekko melancholijne oczy, takie spanielowate, nie, nie spanielowate, baskettowate.. ale ogólnie bardziej pasikonik.. I jest taki dobry, taki łagodny, sama nie wiem, czy bardziej mam ochotę się do niego przytulić, czy jego przytulić. Mieszkał 2 lata w Bydgoszczy, uczy angielskiego po całym świecie i jest strasznie fajny. Zawieźliśmy mój plecak do jego mieszkania i ruszyliśmy w miasto. Jego kumple Podgoriczanie mieli grać jakiś koncert jazzowy. W ten sposób poznałam bandę czarnogórskich jazzmanów. Jeden z nich, Nebojsza, jest cudnie uśmiechniętym wielkoludem, ma ze 2 metry, gra na kontrabasie i ma na imię „Nie-Bój-Się”, czyż to nie cudowne? Cudownie się czułam sięgając mu do pępka, nie żebym tam rzeczywiście sięgała, chodzi o wzrost. Ben właściwie też jest wysoki, tylko chudy, więc czułam się jak jakiś liliput i byłam jedyną kobietą. Petr, klarnecista, jest niski, grubawy i wygląda jak wszyscy lekarze, których znam, ma też takie samo poczucie humoru: lekko seksistowskie, a może wręcz seksualne, ironiczne, upierdliwe i mocno flirtujące. Mam dziwne wrażenie, że wpadłam mu w oko, przypuszczalnie dlatego, że byłam tam jedyną kobietą, ale to inna kwestia.. Jak to się dzieje, że zawsze mogłabym się podbać wyłączanie tym kolesiom, którzy nie podobają się mnie?? Potem przyszedł Brian, Amerykanin, przyjaciel Bena. Brian jest dziwny, bardzo sarkastyczny, bardzo inteligentny, trochę sztywny i bucowaty, bardzo pogubiony. On mnie dziwnie obserwował.. Odetchnęłam z ulgą kiedy sobie poszedł. Ale zanim to się stało, Królowa Gaf wróciła na tron. Otóż pytam Petra i Nebojszę: chłopaki, jak to jest u licha możliwe, że w Czarnogórze jest tyle super lasek i tak niewielu fajnych facetów, spójrzcie na ulice..” I się zaczęło: „Kasia, czy my nie jesteśmy super? Powiedz szczerze jesteśmy sexy czy nie?” Królowa Gaf, próbując wybrnąć, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zatapiała się już tylko głębiej i głębiej w odmętach wpadek: „No co wy, chłopaki, wy jesteście kumplami do picia”… Oni brechta, dzięki, Kasia, fajnie, że do tego się nadajemy, Kasia: nie, nie, nie, nie to miałam na myśli, raczej to, że jesteśmy jak bracia i siostry , no i jesteście muzykami, to czyni was trochę sexy…. No tu już byłam całkowicie pogrążona.. Wszyscy mieli ze mnie mega pompę, a light motiv, czy jak to się pisze, chłopców do picia pozostał z nami do końca wieczoru. Poszliśmy na miliardy drinków do fajnej okolicy, takiej w praskim stylu, i nawet się nie obejrzałam jak była 3 nad ranem… Właśnie jest 12 kolejnego dnia. Wstajemy z Benem i wybieramy się do Monasteru Ostrog. Podgorica może i jest fatalna, ale Petr i Nebojsza są super.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz