Obudził mnie dźwięk deszczu. Wiedziałam co to znaczy, więc postanowiłam nie otwierać oczu i udawać, że nie istnieję ja albo deszcz, wszystko jedno. W końcu trzeba jednak było wstać. Wielkie okno odsłoniło przede mną straszną prawdę. Znowu lało jak z cebra. Na usta cisnęło mi się kilka strasznych przekleństw. Poszłam do łazienki, skąd zgarnęła mnie Maja zapraszając na śniadanie. Śniadanie? Już zasadniczo zapomniałam co to takiego. A tu rodzinnie: Maja, Ivan, Ben, ja i wspólna pyszna jajecznica. To było naprawdę bardzo miłe. Maja, jak się okazało z wykształcenia muzyk klasyczny, zapodała coś z cyklu sevdah i zaczęła mi opowiadać o regionalnej muzyce, potem zeszłyśmy na kulturę, historię i politykę. To był wspaniały piżamowy poranek i nawet nie zauważyłam, że przestało padać. Kiedy zreflektowałam, olałam poranek filmowy z moją ulubioną czarnogórską rodzinką i podwieziona przez Ivana, ruszyłam w stronę Kotoru.
W międzyczasie odezwał się Ernst, którego poznałam w Dubrovniku, wczoraj też się odzywał, a dziś mówi, że spróbuje przyjechać do Kotoru. I tu pozwolę sobie zrobić wycieczkę personalną. Drodzy Koledzy z Sarajewa, widzicie, jak to się robi za granicą? Samiec bierze od samicy adres e-mail (zamiennie z numerem telefonu), a potem z niego korzysta, trwając w kontakcie, informując, co u niego, pytając co u niej. Koledzy z Sarajewa biorą natomiast numer telefonu Samicy, odnajdują bloga i.. nic. Słuch o nich ginie. Zawsze wiedziałam, że Polacy to dziwny naród, ale żeby aż tak? Następnym razem będę udawać, że na myśl o 90 minutach obserwacji kolesi biegających za piłką nie mam mdłości.
Wracając do tematu: licząc na udany wieczór w miłym towarzystwie, wyszłam z domu. Ponieważ nie padało, postanowiłam zrealizować swój tajny plan o spacerze od promu do Kotoru. Jak tylko wysiadam z busika na wyświetlaczu aparatu pojawiła się informacja: błąd karty. Włączam i wyłączam, wkładam i wyjmuję, a tu nic, tylko błąd karty. I wtedy stał się cud. Pośród wszystkich dowodów na Istnienie Nieprzypadkowości Wszechrzeczy to wydarzenie ostatecznie powinno udowodnić wszystkim niedowiarkom, że Bóg istnieje. Otóż w środku nicości, w środku czarnogórskiej wsi, gdzie nawet do najbliższego spożywczaka jest 10km, zobaczyłam jeden jedyny szyld. Nie uwierzycie! Napis głosił: Computers. To chyba jest w ogóle jedyny sklep z komputerami w całej Czarnogórze. Weszłam tam na granicy płaczu, że ja, że aparat, że wycieczka, że wysiadłam z autobusu, żeby widoki, że karta, że błąd.. Pani popatrzyła na mnie z lekkim rozdrażnieniem i odesłała do swojego kolegi, ten z kolei złapał się na litość. Posprawdzał kartę i stwierdził, że dysk jest ok, ale potem wykrył małą szczelinkę w plastiku, przez którą karta nie działa. Kupiłam więc nową, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście i ruszyłam na mój foto-spacer wzdłuż wybrzeża. Było baśniowo. Jak w Karkonoszach albo Bieszczadach. Pochmurno, ale ciepło, nie padająco, mgły snuły się tuż nad wodą, pachniało świeżością….
Jak dochodziłam do Kotoru, lub raczej powinnam napisać 20km później, zaczęło padać. Wykończona szlajnęłam się chwilę po mieście i pojechałam do Perast – miasteczka na północ od Kotoru, które też chciałam zobaczyć. W Perascie z każdą chwilą deszcz się wzmagał. Miasteczko fajne, senne, trochę bezczasowe, ale lało jak z cebra. Miałam swój parasol za 3 euro z Mostaru, trochę się zwęził z połamania biedaczek, ale nawet on nie mógł uchronić mnie przed tą zlewą. Potem czekałam godzinę w deszczu na przystanku na autobus i wróciłam do Kotoru, gdzie znowu po krótkim spacerze czekałam 2 h na autobus i wróciłam do Tivatu.
Muszę Wam jednak powiedzieć, ze dziś wypróbowałam mój nowy sposób na przemoczone buty. Otóż zamiast zakładać adidasy, wzięłam japonki, licząc, że, co jak co, ale woda w butach nie zostanie, a z drugiej strony ryzykując odmrożenie stóp. Nawet nie było tak źle. Aż do Perastu. Autobus wysadził mnie na szczycie miasta. Musiałam znaleźć jakieś schodki w dół, nie dość, że ślisko, a japonki z powodzeniem mogłyby zastąpić mi narty, to jeszcze ja tu gołe stopy, a od Perastu dzielą mnie stada ślimaków na każdym schodku. Wypełzły oslizgłe paskudy sztachnąć się świeżym powietrzem po deszczu na spacerki. Bleee… Było to paskudne uczucie odklejać ślimaczyło z nogi… Mój ugryzień pająkowy też się nieźle trzyma na śródręczu, żeby nie powiedzieć, że nadal jest spuchnięty i swędzi i na dodatek strasznie boli mnie skręcona rok temu kostka, nie wiem, czy to od wody czy na zmianę pogody, ale co by nie mówić, sypię się…
Wróciłam po południu wymarznięta. Kupiłam Vrnac, czyli czarnogórskie pyszne winko i będę ucztować z Maja, Ivanem, Benem i Filipem-nowym Niemcem, który przyjechał. Ernst będzie musiał tu przybyć, jeśli zamierza się ze mną spotkać, bo ja na pewno się nigdzie w ten ziąb już nie ruszam.
Jutro czeka mnie Budva.
W międzyczasie odezwał się Ernst, którego poznałam w Dubrovniku, wczoraj też się odzywał, a dziś mówi, że spróbuje przyjechać do Kotoru. I tu pozwolę sobie zrobić wycieczkę personalną. Drodzy Koledzy z Sarajewa, widzicie, jak to się robi za granicą? Samiec bierze od samicy adres e-mail (zamiennie z numerem telefonu), a potem z niego korzysta, trwając w kontakcie, informując, co u niego, pytając co u niej. Koledzy z Sarajewa biorą natomiast numer telefonu Samicy, odnajdują bloga i.. nic. Słuch o nich ginie. Zawsze wiedziałam, że Polacy to dziwny naród, ale żeby aż tak? Następnym razem będę udawać, że na myśl o 90 minutach obserwacji kolesi biegających za piłką nie mam mdłości.
Wracając do tematu: licząc na udany wieczór w miłym towarzystwie, wyszłam z domu. Ponieważ nie padało, postanowiłam zrealizować swój tajny plan o spacerze od promu do Kotoru. Jak tylko wysiadam z busika na wyświetlaczu aparatu pojawiła się informacja: błąd karty. Włączam i wyłączam, wkładam i wyjmuję, a tu nic, tylko błąd karty. I wtedy stał się cud. Pośród wszystkich dowodów na Istnienie Nieprzypadkowości Wszechrzeczy to wydarzenie ostatecznie powinno udowodnić wszystkim niedowiarkom, że Bóg istnieje. Otóż w środku nicości, w środku czarnogórskiej wsi, gdzie nawet do najbliższego spożywczaka jest 10km, zobaczyłam jeden jedyny szyld. Nie uwierzycie! Napis głosił: Computers. To chyba jest w ogóle jedyny sklep z komputerami w całej Czarnogórze. Weszłam tam na granicy płaczu, że ja, że aparat, że wycieczka, że wysiadłam z autobusu, żeby widoki, że karta, że błąd.. Pani popatrzyła na mnie z lekkim rozdrażnieniem i odesłała do swojego kolegi, ten z kolei złapał się na litość. Posprawdzał kartę i stwierdził, że dysk jest ok, ale potem wykrył małą szczelinkę w plastiku, przez którą karta nie działa. Kupiłam więc nową, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście i ruszyłam na mój foto-spacer wzdłuż wybrzeża. Było baśniowo. Jak w Karkonoszach albo Bieszczadach. Pochmurno, ale ciepło, nie padająco, mgły snuły się tuż nad wodą, pachniało świeżością….
Jak dochodziłam do Kotoru, lub raczej powinnam napisać 20km później, zaczęło padać. Wykończona szlajnęłam się chwilę po mieście i pojechałam do Perast – miasteczka na północ od Kotoru, które też chciałam zobaczyć. W Perascie z każdą chwilą deszcz się wzmagał. Miasteczko fajne, senne, trochę bezczasowe, ale lało jak z cebra. Miałam swój parasol za 3 euro z Mostaru, trochę się zwęził z połamania biedaczek, ale nawet on nie mógł uchronić mnie przed tą zlewą. Potem czekałam godzinę w deszczu na przystanku na autobus i wróciłam do Kotoru, gdzie znowu po krótkim spacerze czekałam 2 h na autobus i wróciłam do Tivatu.
Muszę Wam jednak powiedzieć, ze dziś wypróbowałam mój nowy sposób na przemoczone buty. Otóż zamiast zakładać adidasy, wzięłam japonki, licząc, że, co jak co, ale woda w butach nie zostanie, a z drugiej strony ryzykując odmrożenie stóp. Nawet nie było tak źle. Aż do Perastu. Autobus wysadził mnie na szczycie miasta. Musiałam znaleźć jakieś schodki w dół, nie dość, że ślisko, a japonki z powodzeniem mogłyby zastąpić mi narty, to jeszcze ja tu gołe stopy, a od Perastu dzielą mnie stada ślimaków na każdym schodku. Wypełzły oslizgłe paskudy sztachnąć się świeżym powietrzem po deszczu na spacerki. Bleee… Było to paskudne uczucie odklejać ślimaczyło z nogi… Mój ugryzień pająkowy też się nieźle trzyma na śródręczu, żeby nie powiedzieć, że nadal jest spuchnięty i swędzi i na dodatek strasznie boli mnie skręcona rok temu kostka, nie wiem, czy to od wody czy na zmianę pogody, ale co by nie mówić, sypię się…
Wróciłam po południu wymarznięta. Kupiłam Vrnac, czyli czarnogórskie pyszne winko i będę ucztować z Maja, Ivanem, Benem i Filipem-nowym Niemcem, który przyjechał. Ernst będzie musiał tu przybyć, jeśli zamierza się ze mną spotkać, bo ja na pewno się nigdzie w ten ziąb już nie ruszam.
Jutro czeka mnie Budva.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz