niedziela, 1 maja 2011
Druga szansa Dubrovnika
Dubrovnik, podobnie zresztą jak Sarajewo zasługiwał jednak na drugą szansę. Cały dzień lało znów jak z cebra, więc do 15 przezornie nie wychodziłam z łóżka. Po 15 trochę z głodu, trochę z powoli ogarniającego mnie szaleństwa ruszyłam na Starówkę. Znowu mniej ludzi i jakoś tak ładniej, prawdziwiej w strugach deszczu. O 17 spotkałam się z Odą, Ibrahimem, Albertem w Irish Pubie. Jak zwykle kałuża w butach i ogólne poczucie zimna. Potem wpadł jakiś chory psychicznie podrywacz Chorwat-nacjonalista Dario i Amerykanin Ernst. Ernst podwiózł mnie w nocy do domu i okazał się całkiem fajny. Jest fotografikiem i tour guidem z NY o niemieckich korzeniach. Może jeszcze się spotkamy w Montenegro. Tymczasem wypiliśmy kilka piw i nieźle się bawiliśmy, a potem poszliśmy na spcer po Starówce nocą. Było całkiem miło. Na końcu odwiedziliśmy restaurację Ibrahima, bo okazało się, że oprócz pubu ma też restaurację w super fajnej boskiej wąskiej uliczce z widokiem na zabytkowy kościółek i tak posiedzieliśmy na dworze przy lampce wina i muszę przyznać, zże to ostatnie miejsce i ludzie, wszystko było magiczne. Z Odą jesteśmy już jak travellerskie bratnie dusze. To był naparwdę wspaniały wieczór bałkański z Argentynką, Turkiem, Australijczykiem i Amerykaninem. Wiecie to był jeden z tych fajnych momentów, kiedy mimo iż nic nowego nie odkrywasz i nic twórczego nie robisz, wiesz, że jesteś właśnie tu i teraz i dobrze ci z tym. Jutro jadę do Czarnogóry. Ciekawe kogo spotkam tym razem na swej bałkańskiej drodze:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz