piątek, 26 kwietnia 2013
Hongkong Airport
Przede wszystkim mój mózge zeświruje. W Polsce jest godzina X, w Finlandii X+1, w Tajlandii x+1-6, a w Hongkongu jakaś kolejna kombinacja… nie chce przestawić zegarka na czas inny niż tajski, żeby nie mieć jet lagu, ale już się kompletnie pogubiłam. Lot do Hongkongu przespałam totalnie wykończona. Nawet do łazienki nie wstałam przez 8 godzin, oczywiście siedziała w środku ostatnich miejsc, przy WC między znerwicowaną niewiasta z niekontrolowanymi ruchami, a starszym korpulentnym mężczyzną. Olka gdzie indziej, farciara. Po przylocie na lekkim opóźnieniu czekał nas bieg przez wielkie hongkońskie lotnisko, czekali na nas z naszymi nazwiskami wypisanymi na kartce welcome to Hongkong i kazali biec dalej. Jak już byłyśmy pewne, że nie zdążymy przy bramce okazało się, że nas zlot jest opóźniony. Siedzimy więc i czekamy, ale to co widzę z okna bardzo mi się podoba:) Lotnisko niemal na wodzie otoczone górami i ta cudna azjatycka wilgotność:) w sumie nie obraziłabym się za 24h postoju tu:) ale marzę o prysznicu i czuję się jak zwłoki, więc a niech to, już polecę do Bangkoku. Pozdrawiam Tomasza, wiernego fana mojego bloga:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz