poniedziałek, 6 maja 2013

Phi Phi

Triumf, triumf, triumf, wstałyśmy o 6:45 dojechałyśmy do Krabi (mimo iż miałyśmy prom od nas), a łódkowych ani śladu. Śniadanie - zjadłam tu więcej tostów z jajkiem sadzonym niż w całym swym dotychczasowym życiu, dziewczyny już mają mega polewkę, że jestem smakową konserwatystką, bo zasadniczo na śniadania jem tosty z jajkiem a na kolację noodle soup lub Pat Thay lub fried noodles (po wszystkim innym mam problemy żołądkowe albo jest zbyt pikantne). Po tostach o 10.30 za 450 bht (45zł czyli dużo) wsiadłyśmy na prom na Phi Phi. Ja z K. usadowiłyśmy się na decku i tak przez 2,5godz do 13 opalałyśmy się, ja zyskałam nową ksywę od napotkanych Australijczyków: „Sun slut”, bo nie mam dość słońca i zawsze jestem na nie gotowa. Dopłynęłyśmy. No ładnie, ładnie, ale taka Grecja, zwłaszcza, jeśli idzie o kolor morza. Potem rozegrała się mega awantura na miarę wczorajszej między mną a K, bo K. obwiniała mnie o brak miejsc w jej wymarzonych bungalowach… Ostatecznie znalazłyśmy guest house za 200 bht (20 pln) od osoby. Byłyśmy wykończone, a ja i K całe spalone słońcem, ale jak!!! czerwone jak buraki… marzyłyśmy tylko i wyłącznie o kąpieli. Najbliższa nas plaża to party beach. Pub na pubie, lekki syf, imprezowania i sami Brytyjczycy lat 20 ze wzrokiem tęskniącym za rozumiem i mięśniami jak sto diabli, robiący sobie na Phi Phi tatuaże rozliczne w równie rozlicznych przyulicznych stoiskach, bo nie salonach raczej tatuażu, nie spełniających żadnych norm sanitarnych. Koszmar. Ale gorąc straszliwy i nasze spalone ciała wolały o kąpiel w morzu. W wodzie - zupa temperatura ze 30 stopni, pływało też sporo syfu, ale zanurzyłam się, a potem zobaczyłam 2 meduzy…to by było na tyle mojej kąpieli. Nie wiem czy wspominałam wam historię o morzu. Od pewnego czasu mam morzowstręt. Uwielbiam baseny, bo wiem co jest na dnie. Morze to strefa obcego życia, które może mnie zaatakować i nigdy nie wiadomo co jest pod wodą, pod piaskiem etc. Więc jak nie jest super czyste to mnie trochę przeraża. No a na party beach syf był na maksa. Wróciłyśmy do hotelu, net niby jest, ale w sumie go nie ma, pospałyśmy godzinkę nasmarowane aftersunem i wstałyśmy na spacer po miasteczku (stragany, stragany, stragany) i na kolację. Sok prosto z kokosa i pat thay.. czyli makaron z dodatkami, niezbyt smaczny zresztą… ech… ale w cudnej knajpce nad brzegiem morza. Potem spacer po mieście i wyprawa na party beach nocą. O rany!! Co za lunapark, jedna wielka imprezownia dla Brytoli. Masakra, neony, tania muza i pokazy połykaczy ognia. I umpa umpa na cały regulator. Kupiłyśmy więc piwko i usiadłyśmy na plaży, gdzie oczywiście mnie i tylko mnie, pożarły czerwone mrówki i komary. Wróciłyśmy spać, gdyż jutro rano planujemy wyprawę łódką za 650bht (65zł) wokół wyspy Phi Phi).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz