czwartek, 25 kwietnia 2013
Złe znaki i złe przeczucia, czyli Kasia chce znowu do Azji, ale czy Azja chce znowu Kasię?
Wiecie jak to jest kiedy wszystko zdaje się do Was mówić, tylko akurat nie jak nie trafia do Was ten komunikat? U mnie wszystko idzie od wczoraj nie tak. Choć jak tak sobie myślę, los złośliwy w tym temacie jest jednak już chwilę dłużej. Jakoś późną jesienią koleżanka Olka namówiła mnie na Tajlandię wiosną. Planowałam wprawdzie zakup mieszkania, ale przecież zawsze się na coś zbiera i jakby dać się ogarnąć temu podejściu to by człowiek nie tylko z polski nie wyjeżdżał, ale nawet z domu na piwo nie wyszedł, więc w sumie czemu nie.. mieszkania pewnie jeszcze długo nie będzie, stać mnie.. Kupiłyśmy bilety w regularnej niewygórowanej, zwłaszcza jak na majówkę cenie. Ja starzeje się, więc chciałam, żeby było z Warszawy i bez miliarda przesiadek, godzin spędzonych na lotnisku etc. Nawet choćbym miała za to więcej zapłacić. Kupiłam bilety, choć cały czas odrzucało moja płatność karta (aha! Początek pecha!). Miesiąc później pojawiło się mieszkanie (czyt. trzeba oszczędzać, remontować, wyposażać etc) , potem Najpierw weszły do Polski Emiratem Airlines i zrobiły mi paskudnego psikusa, bo bilety były w cenie o 30% tańszej niż to co ja zapłaciłam (znaczy wtedy już bym nic nie zapłaciła, bo mieszkanie, remont etc). Potem to samo zrobił Qatar Airways (kocham tę linię!!!). Na tydzień przed wylotem zadzwoniła Karola, że się przyłącza i kupiła bilety tak tanio jak my… (super, ja moje wyszperałam pół roku wcześniej…). Wreszcie dzień przed wylotem miałam jakiś koszmarny dzień w pracy, nie mogłam wynająć roweru (przeklęte veturilo), klucz do domu, gdzie miałam kolację przestał działać i trzeba było wzywać ślusarza. Ślusarz wziął jakąś kosmiczną kasę, nie ode mnie, nic z tym nie mam wspólnego, ale to kolejna zła rzecz, która się zadziała. Ser na kolację się zepsuł. Byłam wykończona. Nie ugryzłam się w język i wściekłam się na M, że nie podoba mi się jak prowadzi, po czym dojechałam do domu o 23 i ..zasnęłam jak zwłoki. Lypa lypa lypa. A ja niespakowana ani nic. Następnego ranka spakowałam się i.. zadzwoniła mama, że mój kot nie żyje. Przeryczałam resztę poranka. Pojechałam na lotnisko. SKMka utknęła w szczerym polu i miała spore opóźnienie. Dostałyśmy smsa od Finnaira, że nasz lot do Helsinek też opóźniony godzinę. Opóźnił się potem dodatkowe 20 min. Kiedy wreszcie doleciałyśmy przebiegłyśmy całe lotnisko, żeby zobaczyć nasz samolot, ale nie chcieli nas już wpuścić. Za późno. Pięknie. Olka tuż przed wyjazdem przeżyła awarię prądu i złamała ząb. W Helsinkach powiedziano nam, że możemy poczekać do 23.40 (była 16) i polecieć do Hongkongu, gdzie po 1,5h będzie lot do BKK. Oczywiście przy założeniu, że tym razem będziemy na czas, wszak to Finnair, to nie wiadomo. Najbliższy lot bezpośrednio do BKK jest jutro, ale nie ma miejsc… więc właściwie nie miałyśmy wyboru. W ramach rekompensaty dostałyśmy po kuponie na 17euro , co przy dogłębnym reserachu w lotniskowych knajpach mnie wystarczyło (prawie) na: kanapkę, sałatkę owocową (czyt. kilka kawałków winogron, jabłka, pomarańczy i melona w kubku) oraz cidra, a Olce na kanapkę, sałatkę z krewetek bez smaku i sałatkę owocową. Wszystko rozmiar lotniskowy, żebyśmy się przejadły to nie powiem.. i tak siedzimy, czytamy przewodnik o Tajlandii, z nudów jemy chipsy ech…. Tajlandio, gdzie jesteś?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz