sobota, 27 kwietnia 2013

Bangkok, czyli brak chemii z miastem i wielka chemia z ludźmi

Spałyśmy do 11, czyli do 5 rano czasu polskiego. Olka niby nas obudziła, ale zaraz znowu zasnęła, więc ja zwlekłam się z łóżka, a potem powoli, powoli, powoli… dziewczyny. Wyszłyśmy z domu przed 12, poszłyśmy na szybkie zakupy, bo jak zwykle dopadły mnie problemy żołądkowe… tak, tak, Kasia welcome to Asia… szybkie zakupy, potem dziewczyny na pyszną zupę, ja na sucharka… potem do centrum. BTS czyli naziemna kolejka była bardzo nowoczesna, zwłaszcza w kontekście szczurów i karaluchów. Pojechałyśmy na Central Pier, żeby łódką popłynąć do świątyń. Większość ważnych turystycznie miejsc w Bangkoku jest przy rzece. Upał 43 stopnie, ogromna wilgotność, problemy żołądkowe. Dwa pierwsze uwielbiam, trzecie psuło mi odbiór dwóch pierwszych. Zaczęłyśmy od świątyni Wat Po. Zastanawiałyśmy się czy płacić 100BHT tj 10 PLN za wejście do posągu wielkiego Buddy, ale na szczęście weszłyśmy. To było tak wiele. Budda długi na 43 metry i wysoki na chyba z 15m.. mnóstwo zabudowań klasztornych, piękne ornamenty. Spędziłyśmy tam min. 3godz. Potem ja szybki sok ze świeżego kokosa, który kocham, dziewczyny świeże mango i niebieską herbatę. Trochę się nawet na nie wkurzyłam, bo one od straganu do straganu, od jedzenia do jedzenia… A ja tu low budżet traveller, sknera i jeszcze stomach problems… słowem upierdliwus na Maksa..ech… 2 nifuroksazydy i wiele przygód żołądkowych później wróciłam do żywych. Tymczasem poszłyśmy pieszo pod The Great Palace, ale było po 15.30 i był zamknięty. Poszlajałyśmy się więc po China Town, po doko-slumsach-marketach nad rzeką i o 19 przy zachodzie słońca podziwiałyśmy Świątynię Świtu zza rzeki-piękna. Potem ruszyłyśmy na spotkanie ze Stevem naszym boskim hostem. Niestety Steve miał randkę i zabrał nas do koszmarnie pretensjonalnego drogiego miejsca, gdzie młodzi Tajowie udawali, że w życiu nie widzieli na ulicy szczura.. Jak najszybciej zostawiłyśmy towarzystwo i uciekłyśmy same łódką aż na północ do Grand Place by night. Wyszłyśmy na dziób łodzi i było naprawdę magicznie! Pięknie oświetlone świątynie nocą. Wysiadałyśmy w kompletnej ciemnicy wśród, nomen omen szczurów i karaluchów i chciałyśmy znaleźć Koa San Road, czyli mekkę backpackerów. Ale było ciemno i mało ludzi i umierałyśmy z głodu, więc po pół godzinie rzuciłyśmy się na pierwszy napotkany street market. Zjadłam jakieś paskudne mega pikantne noodle ryżowe z dziwnymi klusami o posmaku ryby. Zła i głodna nie miałam zamiaru dłużej krążyć po nocy w Bangkoku i próbowałyśmy złapać taxi do dzielni Steve’a. Z taksówkarzami, a musze przyznać, że to chyba jedyni niezbyt mili Tajowie, oczywiście się pożarłyśmy, po czym, i tak nas oszwabili, ale wreszcie dotarłyśmy w nasze okolice na food market ze szczurami i karaluchami. Byłyśmy wykończone, nawet nie miałyśmy siły na wczorajszy bar. Dziewczyny zaproponowały, żeby usiąść w „świetlicy”, czyli ni to barze ni to wspólnej przestrzeni sąsiedzkiej w bloku Steve’a. Sami Tajowie. Usiadłyśmy z boku, ale oblazły nas szczury i karaluchy, więc my w podskoki i piski. Tajowie zaprosili nas więc do stołu. Kupiłyśmy jedno litrowe piwko na 3, a oni jak to Tajowie śmiertelnie poważnie uprawiali właśnie karaoke. To ich narodowe hobby. Jak zmówiłyśmy piwo, zaczęli nam donosić lodu, potem postawili kolejne piwo, przystawki, kolejne piwko… Karolina i Ola śpiewały. Tajowie byli zachwyceni. Potem doszedł Steve z 2 nowymi surferami i tak już wszyscy piliśmy, śpiewaliśmy (po tajsku) i tańczyliśmy z localsami (również po tajsku). Było przemiło. Ci ludzie są przefantastyczni! Panowie. Bo jedna pani chyba poczuła się zazdrosna o atencję panów skierowaną w naszą stronę i byliśmy nawet świadkami awantury rodzinnej po tajsku z wymachiwaniem łapami i rozdzielaniem zwaśnionej pary po 50-tce przez resztę rodziny na czele z babcią. Czad. Ola próbowała przekupić zazdrosną Panią słodyczami, ale wyluzowała dopiero jak przyszli chłopcy. Ogólnie Bangkok i ja jakoś bez chemii. Ani miasto robi na mnie wrażenie pozytywne ani negatywne, takie jakieś nijakie, nic szczególnego. Za to ludzie cudowni!! Uśmiechnięci i życzliwi. Ale mamy dość 4-stopniwego upału w mieście, spadami jutro do Kambodży. Ściślej spadamy dziś, bo jest 2 w nocy a o 3 musimy wstać na pociąg o 5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz