niedziela, 17 lutego 2013

Berlin, czyli bardzo osobista historia miłosna

To miał być zwyczajny, miły babski weekend z mamą w Berlinie. Z każdą godziną okazuje się jednak, że wyprawa jest bardzo emocjonalna dla nas obu niż zakładałyśmy i że w sumie to ciekawe doświadczenie, choć dla każdej w nieco inny sposób. Pomysł był prosty: tak mało mamy dla siebie czasu, ja zaganiana już prawie nie przyjeżdżam do ukochanego rodzinnego Lublina, matczydło też nie młodnieje, a czas, choć wiem, że to straszny banał, tak szybko ucieka. Wiecie, odkąd nie ma taty, chyba jeszcze bardziej niż zwykle, doceniam te drobne momenty, małe radości bycia ze sobą. To takie proste. Nie ważne gdzie, nie ważne po co, ważne, żeby być ze sobą. No więc plan był banalnie prosty.. kupione w mega promocji bajecznie tanie bilety autobusowe, tani trzygwiazdkowiec z booking.com, destination: Berlin. Berlin, bo mama tu mieszkała i pracowała i dawno nie była, a ja nie byłam nigdy. Więc dlaczego nie. Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z doniosłości faktu, że Berlin to także miejsce, gdzie poznali się moi rodzice. Ściślej, gdzie tata zobaczył mamę i trafiony berlińskim (?) piorunem, zakochał się w niej na zabój na kolejne 30 lat. Choć historia chyba nigdy nie była do końca cukierkowa, w każdym razie nie ze strony mamy, a i tata wady swoje miał, a wręcz nawet posiadał, hołubił i pielęgnował, to jednak legenda ta poważnie ukształtowała moje widzenie świata i koncepcję miłości w ogóle. Historia mamy i taty to właściwie dwie różne historie opowiadane miliardy razy w ciągu ostatnich 30 lat przez dwa różne podmioty, z czego jeden zdecydowanie mógłby uchodzić za podmiot liryczny (Wojtek), a drugi od zawsze twardo stąpał po ziemi (Mama). Ale wróćmy na chwilę do Berlina. Od 3 dni mama wydzwaniała do mnie, że może jednak nie jechałybyśmy, że ten remont, że jestem zmęczona, że chora, że coś tam, że może jednak nie… Jak powiedziałam jej, że jedziemy litewskim autokarem, to już całkiem odleciała, roztaczając wokół wizje pijanych Rosjan (skąd Rosjan to nie wiem, aa.. wiem… ze Związku Radzieckiego, bo moja mam nadal uważa, że na granicy z NRD się stoi w kolejce…), w najlepszym wypadku zaledwie niedających nam spać. Nie ukrywam, że lubię czasem stymulować jej lęki, opowiadałam więc z pewną perwersyjną radością, że autobus będzie w stylu starych Roburów, pełen dzikich robotników itp. Nutę podróżniczą mam raczej po tatusiu, który najchętniej podróżował czym się dało po dawnym Związku Radzieckim, bo jego zdaniem ludzie byli tam najmilsi na świecie i dzielili się z tobą ostatnią kromką chleba, ciepłym słowem i piękną pieśnią. Wódka w pakiecie jest tak oczywista, że nie trzeba jej nawet wspominać. Mimo, iż N (mama) mówi, że kiedyś była tak rozentuzjazmowana wyjazdami jak ja, ale teraz nie ma 30, tylko 55 lat i już jej się nie chce, trochę trudno mi w to uwierzyć. Kiedy przyjechał całkiem „europejski” autokar, w którym, o zdziwienie, nie było nawalonych Litwinów, ba, nie było w ogóle nawalonych jednostek, trochę się uspokoiła. Jedyne wkurzające obiekty to polscy studenci co chwila przyzywający się niezwykle drażniącym dla ucha ciut za głośnym syczeniem kilkakrotnych kombinacji głosek: „ksz-ksz”, co ewidentnie wydawało im się szczytem dyskrecji. Tych jednak N dość szybko spacyfikowała pedagogiczną przemową, że mogą po prostu podejść i sobie poszeptać, zamiast „krzykszać” na pół autobusu. Nieco uspokojone zasnęłyśmy, żeby obudzić się jakieś 8 godz. później, o 7 rano na berlińskim dworcu autobusowym na końcu świata. Próbowałyśmy pomóc mówiącym wyłącznie w rodzimym języku Litwinom znaleźć coś, co ja z ich mowy ciała i litewskiego odczytałam jako pociąg a N jako autobus albo śniadanie, a ostatecznie wszyscy trafiliśmy do metra. Metro berlińskie całkiem przyzwoite, moją ulubioną nitkę U3 odkryję dopiero później w drodze do hotelu. Jest najstarsza, albo przynajmniej tak wygląda, no, ok, pewne najstarsza jest U1, ale U3 jest zdecydowanie najładniejsza. Berlin, choć wiem, że dworzec jest na peryferiach, wydał mi się miejscem szarym, brudnawym i brzydkim, czyli bardzo w moim stylu. Automat do biletów przyjmuje tylko MasterCard, ja mam Visę oraz monety, a w ramach ekstrawagancji inne maszyny także banknoty 5E i 10E, ja jak zwykle, bo to się już staje tradycją powoli, zapomniałam europortfela, w którym mam drobne, więc miałam eurasy od 20.. super… ale Berlinersi całkiem mili i chyba w moim stylu, bo znalazłam pana, który najpierw rozmienił mi 2 dychy, a potem jeszcze głaskał wypluwającą moje nowe piątki z uporem maniaka maszynę tak długo aż bidulka wchłonęła wreszcie banknoty. Jakoś tak spontanicznie zaproponowałam, żeby jechać od razu pozwiedzać, a z maminych opowieści pamiętałam nazwę Alexander Platz, wiec nie wiedząc dokładnie co tam jest ani czego się spodziewać, pojechałyśmy właśnie tam. Ja już nie wiem, czy to przypadek czy palec boży, ale wychodzimy z metra i.. tu będzie cd historii miłosnej, więc jak nie chcecie czytać, możecie od razu przeskoczyć w kolejny akapit. Bo oto wychodzę sobie z metra na Alexander Platz, a N zaczyna się śmiać i mówi: „nie uwierzysz, w jakim historycznym miejscu się właśnie znajdujemy…”. Szukam szybko w głowie, Alexander.. pustka… no nie wiem… N mówi: wyluzuj… otóż popatrz na tę „piekną” halę dworca Berlin Ost. To jest właśnie miejsce, gdzie twój tatuś poznał twoją mamusię. Mamusia poznała tatusia kilkadziesiąt kilometrów później, bo kiedy tatusia trafiał właśnie piorun uczucia na dworcu Berlin Wschodni, mamusię porywał Morfeusz i nic poza zaspokojeniem jej podstawowej potrzeby fizjologicznej jaką jest sen nie miało kompletnie znaczenia. Historia tej miłości była opowiadana przez tatusia miliardy razy, historia mamusi drugie tyle.. ale naprawdę fajnie jest zobaczyć takie miejsce, gdzie wszystko miedzy twoimi rodzicami, a wiec także ty, zaczęło. Bo może gdyby nie Berlin Wschodni, może gdyby nie tłok w pociągu, może gdyby nie kolega z kolonii, którego mama spotkała na dworcu i który zajął jej miejsce w przedziale, w którym jechał z Wojtkiem, może gdyby nie letnie praktyki N, może gdyby nie letnie praktyki Wojtka, może gdyby któryś pociąg się wtedy spóźnił, albo nie daj boże w ogóle nie przyjechał, może mnie by w ogóle nie było… a historia jest zwykłą banalną historią o piorunie. W każdym razie taką była przez prawie 30 lat małżeństwa w ustach taty. Siedział sobie Wojtek znudzony w przedziale pociągu na stacji Berlin Wschodni i nagle do tego smutnego przedziału weszła najpiękniejsza istota jaką w życiu widział (to cytat z Wojtka). I biedny Wojtek trafiony piorunem od razu zrozumiał, że to jest szansa jedna na milion i że musi zrobić wszystko, żeby ten Anioł mu nie wyfrunął. Anioł natomiast obrzucił pobieżnie okiem jakichś brzydkich chłopaków w przedziale, przeciągnął się leniwie i powiedział, że chciałby się tu jakoś wyciągnąć celem drzemki. Jakiś Brzydki Chłopak użyczył kolan w roli poduszki, Anioł skwapliwie skorzystał. I tu historie nieco się rozjeżdżają. Brzydki Chłopak wpatrzony z rozmiłowaniem w Anioła trzymał na kolanach swych tę najpiękniejszą na świecie głowę i kombinował w rozmowie z koleżanką Anioła jak ją odnajdzie. Okazało się, że i Anioł i Brzydki Chłopak są z Lublina i mają wspólnych znajomych, co Brzydki Chłopak skrzętnie notował w zakamarkach pamięci, aby tuż po powrocie do domu wykorzystać celem ustalenia dyskretnie adresu Anioła. Anioł natomiast obudził się kilkadziesiąt kilometrów dalej, pewnie na granicy, nie pamięta dokładnie, i pomyślał: „o rany!!! Jaki brzydki chłopak robi mi za poduszkę”. Kiedy Brzydki Chłopak kilka dni później przez deszcze i błota przerażony dotarł do domu Anioła, którego zresztą nie zastał i musiał zadzierzgnąć więzy przyjaźni ze swoim przyszłym teściem, a nigdy nie była to łatwa przyjaźń, siedział biedny i przerażony w kuchni czekając na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Przeznaczenie przyszło kilka godzin później, obrzuciło Brzydkiego Chłopaka nieuważnym spojrzeniem i jak zwykle przytomnie, a zarazem niezbyt krzepiąco, kusząco, nawet nie przyjacielsko, zapytało: co tu robisz? Brzydki Chłopak, który zresztą wcale nie był taki brzydki, tylko Anioł był nieco rozwydrzony, odpowiedział: przyszedłem cię zobaczyć. Anioł z wyćwiczoną empatią odparł: no to zobaczyłeś, to cześć, wziął jabłko i sobie poszedł… Rodzina Anioła spojrzała współczująco na Wojtka, który niezrażony, wszak wiadomo, Anioły mają swoje anielskie prawa, przychodził jeszcze wielokrotnie, wystawiany jeszcze wiele razy na wcale nie anielskie próby, wymagające od niego anielskiej cierpliwości… No i stało się tak, że przez splot okoliczności jakiś anielski chyba, po jakimś czasie w pewnej chwili słabości Anioła dostał swoją szansę, którą szybko przekuł w małżeństwo szantażując Anioła niechybną próbą samobójczą … a że Anioł chyba chciał po prostu w to uwierzyć, to z niewielkimi perypetiami takimi jak próba ucieczki po drodze do ołtarza, jednak szczęśliwie został żoną Wojtka. I tak przeżyli dość burzliwe 29 lat. Anioł wyrzucała czasem ubrania Wojtka przez balkon w chwilach szału, Wojciech czasem marudził, że Anioł nie umie gotować, w ogóle strasznie marudził czasem, czasem był paskudnie niekomunikacyjny, czasem w swoim świecie, czasem nie ogarniał, czasem patologicznie kupował patelnie na wyprzedażach – takie hobby.. czasem zrzucał realne życie na barki Anioła skupiając się na aspektach towarzyskich… nikt nie jest idealny, ale zawsze, zawsze, od początku do końca N była zawsze najpiękniejszym, najukochańszym, najwspanialszym misiem, słoneczkiem, kwiatuszkiem… Aniołem. A kiedy Wojtek odszedł, tak niespodziewanie, że Anioł kompletnie nie zreflektował, nie spodziewał się tego i jak to Anioły, nie pozwolił sobie na zbyt dużo ludzkich słabości w tym temacie, Anioł mówił, że przez kolejne pół roku czuł ciepło dłoni Brzydkiego Chłopaka, trzymającego dziarsko dłoń Anioła, żeby Anioł się nie załamał… zapomniałam zapytać, czy nadal to czuje… Dobra kończę, bo się rozklejam. No więc wracając do wątku Berlina, naprawdę emocjonalnie jest zobaczyć Dworzec Berlin Wschodni, na którym Brzydki Chłopak spotkał Anioła, bo wtedy właśnie przed oczami przelatuje ci powyższa historia i kolejne 30 lat, i takie głupie szczegóły jak stare zdjęcia jak kadry z filmu o wielkiej miłości i fajnych ludziach, którzy tak się składa na moje szczęście poczęli i próbowali wychować to diabelskie anielątko którym jestem A potem spacerowałyśmy z N obok wieży telewizyjnej i Rathaus (Kasia: dom szczurów? N: nie kochanie, ratusz, dom burmistrza…), dzielnicę świętego mikołaja, czyli dość starówkową część Berlina, bardzo amsterdamskie nabrzeże Sprewy, Unter den Linde, czyli ulicę dawniej ambasad z pasem zieleni po środku, obecnie jeden wielki plac budowy podobnie jak Alexander Platz, uniwerek Humboldta, na którym pracowała i studiowała N, małe skwery, gdzie przesiadywała z koleżankami, Bramę Brandenburską, gdzie wtedy jeszcze były zasieki i mur berliński, przeszłyśmy Bramą do Reichstagu z tą przedziwną kopułą, która z niezrozumiałych dla mnie przyczyn mogłaby się komuś podobać. Nie wiem, czy zauważyliście, ale Brama Brandenburska jest znacznie mniejsza niż na zdjęciach i kompletnie nie wiem czemu fotografują ją bez tych bocznych pawilonów. To, co lubię w Berlinie, to ludziki na światłach ulicznych. Czerwony ludzik stop wygląda jak ukrzyżowany, a zielony jak wyskakujący entuzjastycznie pod niebiosa… Pomnik Ofiar Holocaustu to dość ciekawa koncepcja, która zrobiła na mnie wrażenie i zdjęcia muru i terytorium między Berlinem wschodnim a zachodnim przy siedzibie UNESCO. Dodam, że zwiedzanie zaczęłyśmy o 8, a Berlin w sobotę chyba lubi pospać, więc była to trochę wycieczka po opustoszałym zamglonym nieco mieście…fajnie… Taki Berlin w 1 dzień, takie must-see a potem poszłyśmy na Potsdamer Platz i muszę przyznać, że dostałam architektonicznego orgazmu. Wielokrotnego. Wiem, że wszyscy zachwycają się Sony Center, oczywiście nie jest złe, zwłaszcza wkomponowanie salonu cesarza, ale piękno tkwi tu nawet w zwykłych blokach mieszkalnych…Daimler Chrysler Center i Potsdamer Platz Arkaden – Renzo Piano wymiata.. wow.. wow.. wow… jakie detale, ile tam się dzieje… Nawet oddzielona pasmem zieleni (genialne, i mam nadzieję, że tam się ludzie latem opalają) ta niby nudziarska dzielnica bloków koloru ziemnego ma fajny rytm i fajnie łamie biurowcowatość okolicy. Naprawdę dla mnie ta okolica Berlina jest światową mekką dobrej współczesnej architektury w mega kumulacji. Choć oczywiście nie jestem architektem ani nawet do końca estetką, więc to tylko moje subiektywne odczucie, jak w całym tym blogowaniu. Dalej wybrałyśmy się na Kulturforum, gdzie jest mnóstwo interesujących architektonicznie obiektów kulturalnych, muzeów etc. Mój typ to filharmonia, której nie powstydziłby się Gaudi. A dalej krążąc pomiędzy architektonicznymi perłami ambasad ruszyłyśmy do Tiergarten, czyli całkiem przyzwoitego parku. Zahaczyłyśmy o zoo, ale ja już byłam mocno zmęczona, była 14 i postanowiłam, że czas dotrzeć do hotelu. Ale powiem Wam, że Berlin wydaje się naprawdę fajnym miejscem. Jutro Kreuzberg, czyli taka berlińska Praga Północ. Nie mogę się doczekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz