piątek, 26 kwietnia 2013
Bangkok czyli Kraina Szczurów, Karaluchów i Naprawdę Fajnych Ludzi
No to doleciałyśmy, jak przewidywano Karola chciała ans zabić, zrobiła larum na pół Tajlandii, że na pewno nas obrabowano z telefonu, więc wydzwaniała do hosta i do wszystkich znajomych. Kiedy wreszcie dotarłyśmy, a nasz lot miał kolejne 2h opóźnienia, więc wylądowałyśmy po 19. Wzięłyśmy taksówkę z bardzo niefajnym taksówkarzem, który regularnie uciszał sczebioczacą na przednim siedzeniu Karolę. Wreszcie za 30 zł dowiózł nas do nicości. Najpierw próbował nas wysadzić niewiadomo gdzie. Zadzwonił do naszego hosta, który jest Brytyjczykiem, i nadal kompletnie nie widzieliśmy gdzie jesteśmy. Potem ywiózł nas na 2. koiec ulicy i kazał wysiadać, bo nasza Dingdong Street number 8 to cała ta okolica to Dingdong 8. Zostawiałm dziewczyny w taksówce i posząłm do skleu zweryfikować gdze jest nasz adres. Nikt nie mówił po angielsku, ale dali mi telefon, żeby zadzwoniła do hosta i się z nim dogadała, byli przemili. Rozmowa nic nie pomogła. Ale wysiadłyśmy z taksówki. Pytałyśmy kilka osób o drogę, wszyscy przemili kompletnie niemówiący po angielsku. Wszyscy pytali znajomych (jak w Armenii), dawali nam telefony, żeby dzwonić do hosta, to było cudowne, nic nie chcieli w zamian. Wreszcie jakaś pani nas ogarnęła i zaprowadziła gdzie trzeba. Cóż Hilton to to nie jest, a Steve jest super i jest czyste. Po zapoznaniu wyszliśmy w miasto. Poszliśmy do straganów ulicznych z jedzniem, super noodle za 30BHT czyli 3 zł. Pycha, aczkolwiek śledził nas zapach siarkowodoru. No i te szczury biegające wszędzie wokół.. wszak Bangkok lezy na kanałach.. Dobrze, że się nie boję. A potem poszliśmy do lokalnego baru z karaoke. Super klimat ale zaczęły po nas biegać karaluchy. I było ich tysiące. Jak zabiło się jednego, przychodziły 3 nowe. O 2 wróciłyśmy do domu. Ok., ja ze Stevem, dziewczyny postanowiły tańczyć i śpiewać. Czas spać.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz