środa, 14 listopada 2012
Święty Jerzy i Blinkujacy Jezus
Obudziłam się tuz przed 12 i najchętniej spałabym dalej, aby odespać ostatnie dni, ale szkoda mi było dnia w Tbilisi, więc zwlekłam się niechętnie. Pamiętam, że o 10 wychodząc do pracy, mój host uśmiechnął się i powiedział: „wow, ale masz twardy sen” i zostawił mi klucz. I tyle go widziałam jak dotąd. Poszłam oglądać miasto. Niby jest max 10 stopni, ale ze względu na większą wilgotność powietrza nie odczuwa się zimna aż tak jak w Polsce. Sami Gruzini chodzą zwykle bez kurtek. Nabyłam drogą kupna kartę sim i doładowałam telefon, żeby się okazało, że przywieziony mi w akcie dobroci serca na lotnisko telefon Ciasteczka ma .. simlocka. Na szczęście mój nie ma, więc teraz zamiast kochanego 660… mam jedynie gruziński 557. Po zapastowaniu na CS, że może by tak ktoś miły pokazał mi miasto, pozwiedzał ze mną, ruszyłam na podbój przepięknego Starego Tbilisi. Po drodze spotkałam Tadeusza z Anną, a zapomniałam nadmienić, że Tadeusz kupił mnie nad ranem opowieścią o Dagny Przybyszewskiej, narzeczonej Przybyszewskiego, która jest pochowana w Tbilisi, zamordowana przez zakochanego w niej faceta, który zastrzelił potem sam siebie. Oni szli się właśnie zakwaterować w hotelu, a ja w miasto. W Macu spotkałam kolejną przemiłą polską parę, ale postanowiłam odpuścić kolejne wymienienie się numerami, pewnie i tak się gdzieś spotkamy, to takie małe miasto Miasto piękne, zniszczone, prawdziwe, połączenie Barcelony i Paryża, a raczej Ravalu i Montmartre. Odessa i Sarajewo. Stare Tbilisi to już w ogóle wąziutkie kręte uliczki, bruk, bród, małe niszczejące domki. Miasto bardzo bezpieczne, jak dowiedziałam się później city no crime. Choć to się akurat czuje nawet w najbardziej zakapiorskich zakamarach. Poszłam na twierdzę Narinkala, która fantastycznie górowała nad miastem już wczoraj w nocy. Trzy podejścia mega pod górę zakończyły się ślepą uliczką. Cóż oznaczenia tras turystycznych nie są najmocniejszą stroną gruzińskiej turystyki. Sama twierdza, jak dla mnie nic szczególnego, jakoś wole forty Radżasthanu, ale z krzaków wyłoniła się przede mną Matka Gruzja. Wielka monumentalna rzeźba górująca nad miastem. Matka Gruzja jest jakoś pociągająco atrakcyjna. Nie za chuda, całkiem dorzeczna, w jednej ręce trzyma miecz, w drugiej wino, coś Wam to przypomina? Co ciekawe zupełnie inaczej wygląda od strony miecza- uśmiechnięta, zadowolona, pełna siły, a zupełnie inaczej od strony czary z winem, tajemnicza, ciepła.. Polubiłam Matkę Gruzję, zwłaszcza od strony miecza. Chętnie zaczerpnę trochę jej siły, ciepła i godności, jaką opromienia Tbilisi. Zeszłam na dół do Starego Tbilisi, pełnego cerkwi i krętych uliczek. Było ok. 15. Poczułam już nawet głód, a jak wiemy kuchnia gruzińska – dobra kuchnia i nie pytaj czy przytyjesz w Gruzji, tylko ile. Ale wtedy właśnie dostałam smsa: „hej Kasia, it s Gorgi (a to nowość!, w tym mieście nie ma innych męskich imion) from CS, I am free now, can show u the city”. Odpisałam, że krążę w okolicach Rustaweli- głównej ulicy Tbilisi i kiedy może być pod kolumną złocistego świętego Jerzego (Giorgiego, jakżeby inaczej).. Za 10 minut będzie niebieskim oplem. Przypomniało mi się wszystko, co może przydarzyć się dziewczętom wsiadającym z nieznajomymi do samochodów w obcym mieście, o czym nikt nigdy nawet by się nie dowiedział w razie czego, ale moja słynna wiara w człowieka, ba wiara w Gruzję, wygrała. Wsiadam. Chyba nawet inaczej niż zwykle nie poinformowałam go, ż przypuszczam, że jest seryjnym mordercą i porywaczem i chyba dobrze, bo mój Jerzy, okazał się niemal świętym Jerzym. Rany, co się chłopak namachal łapkami, 3 razy żegna się przy każdym kościele, a jak wiemy w Tbilisi cerkwi raczej nie brakuje. I gdzie mnie zabrał.. do kościoła oczywiście. Największego w Tbilisi. Dał świeczkę i zapewnił, że ta konkretna, żadna inna Maryja, spełni wszystkie moje prośby, ale po odpaleniu woskówki już przyjrzeć się Maryji nie pozwolił. W międzyczasie zadzwonił Libijczyk z CS, z którym mailuję od kilku dni, czy jedziemy jutro w góry, a święty Jerzy, co by ci tu teraz pokazać, co by ci tu teraz pokazać, zabrał mnie do Mcchety – dawnej stolicy, głównej cerkwi, wylistowanej w spisie zabytków UNESCO. Zawsze twierdziłam, ze jak podróżuję sama, to wszyscy się o mnie troszczą i pokazują jakieś bonusy. Jerzy jest choreografem i tancerzem. Tańczy tańce ludowe i jeździ po świecie. Lubi fajne samochody. No i jest święty. I tu powinna paść dygresja o ruchu ulicznym w Tbilisi. Jest lepiej niż się spodziewałam, ale nie jest dobrze. Jeżdżą powoli, ale na nawet ja, królowa jazdy na milimetry, muszę nazwać te nanometryczne odległości szaleństwem. Pojecie pasa ruchu jest im kompletnie nieznane, a skręcanie w prawo z maksymalnie lewej jezdni i na odwrót w 100% naturalne. Dodatkowo jechaliśmy co chwila gasnącym samochodem z kierownicą po prawej stronie, który święty pożyczył od dziadka, bo swój dwa dni wcześniej rozbił. Jak usłyszał, że rozmawiam z Libyą o Kazbeku, powiedział, że jutro spróbuje pożyczyć jeepa od szwagra i mnie tam zawieźć. Ciekawe ile jest cerkwi po drodze… Jerzy pokazał mi cudowną ikonę w katedrze w Mcchecie- Jezus zamyka i otwiera oczy. Naprawdę!!! Taki blinkujacy Dżizas. Ponoć nie każdy może to dostrzec. Ale to niesamowite - rozmawiasz sobie z nim, zadajesz pytanie, a Chrystus na ikonie potakująco zamyka oczy. Rzeczywiście cudowna ikona. Paskudna świnia ze mnie, bo nie chciałam jechać do kolejnego kościoła z ikoną św. Gabriela, która spełnia życzenia materialne - dotkniesz jej portfelem i rozmnoży kasę. Tylko musisz naprawdę, naprawdę w to wierzyć. Więc wybrałam obiadek, jako, że w tamtej chwili wierzyłam głównie we własny głód. Przepyszne chaczapuri- czyli niby pizza niby burek, chlebek z nadzieniem, tu akurat serowym i kićkali – czyli pierożki z mięsem i rosołkiem- najpierw wysysasz rosołek, potem jesz pyszne mięsko, końcówkę z ciasta można zostawić. Zapijaliśmy słynną gruzińską zieloną lemoniadą o konsystencji i wyglądzie Ludwika, a smaku płynu do płukania ust i bardzo dobrym lokalnym piwem. Wskutek tego wszystkiego, najedzona, podchmielona, dotleniona, ciut zmęczona, prawie zasnęłam w aucie dziadka świętego i tak dotarłam do domu. Mojego hosta nadal nie ma, a ja mimo wielkiej ochoty na sen, umówiłam się z Libyą na balety wieczorne. Trochę dobija mnie cały czas nie odrobiony permanentny brak snu i słońca, jutro będzie nowy piękny dzień i jutro jest wolne od błędów.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz