sobota, 17 listopada 2012

Przez śniegi do Kazbegi

Pobudka o 7. Co za koszmar! I to mają być wakacje? Szybka toaleta, termiczna bielizna i na cebulkę: polar, bluza, drugi polar do plecaka i kurtka. Jadę prawie 200 km na północ w wysokie góry. Będzie zimno. Ku miłemu zaskoczeniu Libia znowu nie zawiódł. Tym razem, przewidziawszy jego spóźnienie, wskoczyłam po drodze po chaczapuri na śniadanie i ruszyliśmy na busa do Kazbegi. Bus teoretycznie rusza o 8. O 8:50 ludzie powoli zaczynają się zbierać i ok. 9 ruszamy. Najpierw przysypiamy. Ja nadal nie mogę wyjść z podziwu na krowami stadami krążącymi po drogach narodowych i gruzińskiej pasji wyprzedzania na zakrętach, chętnie na trzeciego. Dziękuję Grecjo, że mnie przygotowałaś na to, co miało dziś mnie spotkać. Trasa pnąca się niezabezpieczonymi serpentynami nad przepaściami, brak asfaltu etc. Najpierw szok. Wokół mnóstwo śniegu. Jesteśmy w Kaukazie. Przejeżdżamy właśnie zimę, a mniej metaforycznie Gruzińską Drogę Wojenną. Już dla tej drogi warto było tu przyjechać. Jak nasze tatry, pięknie. Po minięciu Przełęczy Krzyżowej, czyli najwyższego miejsca po drodze, zaczynamy zjeżdżać w dół. Zima ustępuje późnej jesieni. Jesteśmy po 3 albo 4 godzinach jazdy wartej 10 lari tj. ok. 20 PLN w Kazbegi, albo jak kto woli Stepancmidzie- wiosce położonej wśród gór u stóp Kazbeku. Kazbek to nieczynny wulkan ponad 5000 m n. p. m. górujący nad okolicą. Jemy śniadanko w lokalnej karczmie o przemiłej atmosferze. Czuję się jak w Bieszczadach.. dopóki nie zobaczę rachunku.. Cenią się w Kazbegi. Jest już 13, a my chcemy wejść do pięknego klasztoru Trójcy Świętej – Cminda Sameba, bagatela 2170 m n. p. m. Zaczepia nas taksiarz, który za 40 lari chce nas wwieźć na samą górę, ale twardo odmawiamy współpracy. Ja twardo, bo choć wiem, że będę jęczeć, sapać i bluzgać, chcę jednak pohajkować. Baha jakby mniej twardo, ale trochę go pościemniałam i idzie za mną. W połowie drogi miałam kompletnie dość. Temperatura ok. 0 stopni, słoneczne przedzimie, a my zamiast iść płaską dłuższą drogą dla aut idziemy wersją dla piechurów - zasuwamy niemal pionowo pod górę. Na dodatek dotąd narzekający Baha jakby się naćpał. Biegnie pięknym szybkim tempem. Zawetowałam taki nierówny układ i przeskoczyliśmy na dłuższą trasę dla mięczaków. Po chwili spotkaliśmy jedynych tego dnia turystów, schodzących z cerkwi Polaków, których kojarzyłam z samolotu. Miło. Weszliśmy wreszcie na szczyt i naszym oczom ukazała się cerkiew na połoninie otoczonej ośnieżonymi szczytami wyższych gór. Bosko. Zmęczenie zacne, widoki przecudowne. Naprawdę nareszcie zajarałam się Gruzją. Gruzja to góry! Jest pięknie. Pełne słońce, śnieg.. ach. Natrafimy na kolejny ślub, potem chcemy schodzić, za 2 godz. Mamy busa do Tbilisi. Mijają nas mnisi z klasztoru i zatrzymują się, żeby nas podwieźć. Gruzini są przemili, jeśli tylko nie muszą na Tobie zarabiać. Zjeżdżamy i łapiemy wcześniejszego busa do stolicy, co mnie gwarantuje po raz kolejny piękne widoki, a Libii 4 godziny snu. Bolą mnie wszystkie mięsnie i zmarzłam nieźle, ale jestem przeszczęśliwa. Jutro Armenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz