niedziela, 18 listopada 2012

Odrobina Iranu w Armenii

Zanim przyszło jutro, nadszedł prysznic i całkowite ożywienie. Mój host, którego dotąd, poza przekazaniem kluczy, nie spotkałam, miał spędzić ze mną wieczór, ale ok. 18 przestał odpisywać na smsy. Poszłam w miasto z Libią i resztą i o mały włos nie pozmieniałam planów, żeby jechać z nimi do Mestii lub choćby do Kachetii, ale dziwny host był chyba znakiem, że trzeba ruszać drogę. Wzięłam więc względnie wcześnie taksi do domu i.. padłam ofiara typowo gruzińskiego molestowania seksualnego. Otóż Gruzini uważają, że każda nie Gruzinka jest łatwa. Jak tylko wchodzi się w stadko Gruzinów, to naprawdę rozbierają (i nie tylko) wzrokiem. I to wcale nie jest pochlebiające tylko takie jakieś zbyt, naprawdę zbyt inwazyjne. Taksiarz chciał, żebym się przesiadła na przednie siedzenie i poznakomim sia i kak krasiwaja, kak krasiwaja. Nawet nie wiecie jak w sytuacjach stresowych rozwija się znajomość języka! A muszę dodać, że Gruzinom nie przeszkadza czyś żona czy co, dopóki nie masz faceta w Gruzji. Swoich jakby bardziej szanują. Toteż w ciągu tej jazdy taksówką, gdzie pan zdążył mnie zapytać skąd jestem, ile mam lat, czy u was rybiaty, opowiedzieć, że u nieg niet, toże żony u niego nie, a kak u was, i na to Kasia: u mienia w doma gruzinskij malczyk. Wymiatam, nie? To zamknęło mu usta, ale jeździł ze mną wokół Tbilisi ok. 45 min i po kwadransie chciał się nów poznajomić sia zawtra. Normalny czas jazdy 5 minut. Jak wróciłam, mojego malczika- hosta nadal nie było i jak wstawałam rano na maszrutkę do Armenii nadal niet. Za to podziwiam się, bo po rosyjsku zapytałam o cenę na dworzec Otochala i stargowałam ją do pożądanej przeze mnie wartości (po rosyjsku!!!), a następnie prowadziłam urocza pogawędkę z kierowcą. Jestem z siebie naprawdę dumna. Potem uciekłam naganiaczom i znalazłam prawdziwą maszrutkę do Erywana za 30 lari. I.. Już dla tej samej drogi warto było. Przepiękne góry. Jak tylko przekroczyłam granicę z Armenią wspaniałe pastwiska otoczone wyskoki szczytami. Pięknie. Wreszcie po kilku godzinach ukazał mi się Ararat i byłam na przedmieściach Erywanu. Sama Armenia, może dlatego, ze kompletnie się nie spodziewałam urzekła mnie dużo bardziej niż Gruzja. Za to Erewań.. well chyba nadal jestem w szoku kulturowym. Tbilisi to była Europa. Teraz jestem w kraju arabskim. Miasto niby większe, ale znacznie mniej moje, co mnie chyba paradoksalnie kręci. W ogóle przypomina mi Maroko. Sam kraj, bardzo ubogi, ale ciepły. Także termicznie. Temperatura ok. 13 stopni, cieplej niż w Gruzji, i kiedy w Gruzji żegnały mnie strugi deszczu, tu przywitało mnie pełne słońce. Dworzec autobusowy to koszmar nikt nie mówi po angielsku, mało kto po rosyjsku i mają ceny z miliardem zer, jak my przed denominacja. Musiałam wziąć taksówkę i to był horror po anglijskij niet, po ruskij toże niet, pa polskij nie panimaje. Oczywiście dostałam objazdówkę po mieście. Taksówkarze wszystkich krajów łączcie się! Wreszcie w koreańskiej (sic!) knajpie , do której dotarłam taksówką przez roinud trip po mieście z który słono zapłaciłam, spotkałam się z moim Irańskim hostem. Najpierw było trochę sztywno, ale po noodlach poszliśmy do pobliskiego baru na wino,. Bar to sami przyjaciele Uchera, jak się okazało Koreańczycy z restauracji też, i prawdziwa travellerska mekka Erywanu. Było cudnie, Wino szumiało mi w głowie i czułam coraz większą chemię z Usherem, który jest po prostu taki jak jak. To nie to co myślicie, po prostu nadajemy na tych samych falach.. Mam dziwne wrażenie, że to będzie imprezowy czas. A jutro z niemówiącą po angielsku Rosjanką wybieram się do ormiańskiego Watykanu… zobaczymy. Na razie jest fajnie. Podróżowanie to ludzie i Ucher jest moim człowiekiem, a Armenia jest piękna, choć Erywan trudny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz