poniedziałek, 19 listopada 2012
Eczmiadzyn
Wstałam rano, czyli o 12, powoli się ogarnęłam, poczekałam na 2. laskę surfującą u Uchera- niemówiącą po angielsku Rosjankę, która brała prysznic przez 40 minut. Wreszcie wyszłyśmy. Chciałyśmy iść pieszo na dworzec autobusowy, ale im dłużej szłyśmy, tym mniej wierzyłyśmy w powodzenie tego planu. Tu jest tak arabsko. Każde, nawet najmniejsze pytanie, nigdy nie spotyka się z prostą odpowiedzią. Wszystko należy skomplikować. Czy ta maszrutka jedzie na dworzec? Musicie pójść tam, potem zrobić to etc. Czy to daleko? To jest tam i tu i tam. Czy prosto? Trochę prosto, a trochę krzywo etc. Maszrutki tu to w ogóle koszmar. Nie dość, że mają za nisko okna i człowiek jeździ w dziwnie niefizjologicznej przygiętej pozycji, jeśli tylko chce coś zobaczyć, to jeszcze mają za nisko sufit, więc jedzie się w pozycji „do ukłonu przystąp”. Zawsze napchane na maxa. Tu jest też bardzo sowiecko. I naprawdę nie umiem tego nazwać. Miasto kontrastów. I bardziej czuję miasto-moloch, metropolię po sowiecku, Ukrainę, bo i miasto rozwijało się głównie w 2. połowie XX w. i mniej czuję Europę…
Po 2 godzinach wściekłe i zmęczone dotarłyśmy. Wsiadłyśmy, oczywiście też nie od razu, 3 razy nas przeganiano z jednego miejsca na drugie, do maszrutki do Erczmidzynu. Naprawdę kompletnie nie mogę zapamiętać tej nazwy i mylę ją i zmieniam dowolnie wg potrzeb. To najstarsze miejsce kościoła armeńskiego. 301 r. n.e. Sam kompleks ormiańskiego Watykanu na kolana jakoś mnie nie powalił. Ale Ucher podesłał po nas swojego kolegę, który nas guidował i który zabrał nas do swojej babci. Babcia była super, wyciągnęła ciasteczka, owoce, zrobiła herbatkę. To jest prawdziwa gościnność. Chyba taka o jakiej czytałam w Gruzji, tyle, że w Gruzji już jej nie ma, a w Armenii jest. I to, co ciekawe, to, że każdy w Armenii, komu mówię, że jestem z Polski, z pokolenia moich rodziców, był w Polsce jakieś 20 lat temu. Babcia Arama, nawet pokazywała mi porcelanę, którą kupiła w Polsce kosztem futra. Piękna. Jadłam te ichnie owoce, granaty i to dziwne pomarańczowe, takie pomiędzy pomarańczą a morelą – karaljok się nazywa. Siedzieliśmy w mieszkanku babci pomiędzy Araratem, Aragatem i Arą, z widokiem z okna na góry. Wody nie było w kranie. Ale była herbata w szklankach w koszyczku. Cudnie. Wieczorem wróciliśmy do Erywanu i zaczynamy imprezę. Chyba wkrótce będę musiała uciekać z tego miasta rozpusty. Sprawdzam ile mega intensywnych imprez do 6. rano może przeżyć prawie 30-letnia wydawać by się mogło stateczna dama. Ok, z damą trochę pojechałam. Ale naprawdę. Muzyka świetna, faceci tutaj fantastycznie tańczą, tylko drinki drogie. Ceny jak w Polsce. Wszystko inne jest tańsze, ale drinki w klubach jak w Polsce… No zobaczymy ile wytrzymam.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz