piątek, 16 listopada 2012

Odrobina Libii w Gruzji

Po drodze zobaczyłam przez szybę w Macu Tadeusza i Anię i wyciągnęłam ich ze sobą. Biedny Libya czekał na nas pół godziny, a my tymczasem pomyliśmy stacje metra, ale skoro byliśmy przy niewłaściwej, czemu by nie przejechać się tbiliskim metrem. Kupiliśmy karty magnetyczne (inaczej się nie da) i.. przede mną otworzyły się najdłuższe, najgłębsze i chyba najszybsze schody ruchome, jakie w życiu widziałam. Metro w Tbilisi przypomina naprawdę głęboko zakopany bunkier. Ale jest OK. Wreszcie dotarliśmy. Libya był z 2 dziewczynami poznanymi przez CS, z których jedna okazała się Estonką, a druga, jakżeby inaczej, Polką. Polka poradziła nam, żeby jednak jechać do Wardzi jutro i powiedziała skąd. Poszliśmy do tradycyjnej knajpy na, jakżeby inaczej, kinkali. Dodam, że muzyka na żywo mega głośno jak na polskim weselu i wszyscy tańczą. A potem do jednego z lansiarskich pubów w Tbilisi-straszliwa nuda. Fajnych pubów w Tbilisi jest ponoć 2. To był pierwszy. O w pół do pierwszej wzięliśmy taksi do domu, wszak z rana Wardzia. Miałam dziwne przeczucie, że pojadę na wycieczkę sama i wcale mi się to nie uśmiechało. Tadeusz nawalił, ale Libya okazał się wielkim miłym zaskoczeniem. Po pierwsze potrafi poimprezować, pójść do restauracji, załatwić drobne sprawy, ale potrafi tez wstać po alkoholicznej nocy na 8, bo się umówiliśmy. I tak zaczął się naprawdę fajny dzień. Warto dodać, że jak zwykle CS okazał się małym światkiem i w ramach żartu znaleźliśmy wspólnych znajomych z Turcji. Uwierzcie mi, że podróżujący po Gruzji Polka i Libijczyk niemówiący po gruzińsku ani rosyjsku to ciekawostka. Bardzo się ucieszyłam na wyjazd z Tbilisi, bo stolica nigdy nie jest do końca krajem i Tbilisi to nie jest w 100% Gruzja. Okazało się, że nie ma busa do Wardzi, więc zdecydowaliśmy pojechać do innego skalnego miasta – Uplisciche. Najpierw maszrutka do Gori. Czytałam o tym wcześniej i tylko dlatego się nie wściekłam, otóż, nieważne, że odjazd o 9.30. Maszrutka stoi, póki się nie zapełni. Więc po godzinie do zapełnienia maszrutki, ruszyliśmy w godzinną podróż do Gori – miasta, gdzie urodził się Stalin. Wiecie czego najbardziej nie lubię jak jestem w obcym kraju i nie znam języka? Najbardziej nie lubię tego, że nie wiem gdzie wysiąść i nikt nie rozumie jak pytam czy to już tu. Załapałam też fajną rzecz w Gruzji: jak pytam: Gori? Milczenie. A jak pytam eto Gori? To wszyscy niet niet. Nieważne. Dojechaliśmy do Gori, a kierowca trochę na silę wysadził nas przy Muzeum Stalina, mimo, że chcieliśmy na dworzec. Gruzini naprawdę są mili. Nawet bez języka jak idziemy na dworzec i pytam o Gori, zawsze któryś z kierowców bierze nas pod rękę i pomaga znaleźć busa. To bardzo miłe. Rzeczywiście dom Stalina robi wrażenie. Malutka drewniana stara uboga chatka otoczona kolumnadą jako mauzoleum, a za nią wystawiony pałac. Muzeum dopuszczamy, bo nie bardzo muzealne z nas eksponaty i za radą pani z informacji turystycznej mówiącej niespotykanym w Gruzji komunikatywnym angielskim idziemy na dworzec. Po drodze dopadł nas głód, a planowo bus za prawie godzinę, to wskoczyliśmy gdzieś na chaczapuri. Pychota. Dalej bus, spóźniony zaledwie godzinę do Uplisciche. Gori, jak Gori, nic tam nie ma, zwykłe miasto z twierdzą na górze, na którą wdrapaliśmy się później nic szczególnego. Podobnie Uplisciche. Małe przeciętne skalne miasto. Droga do była fajna, wśród skał, ze starszym panem, zagadującym do nas po rosyjsku, krowy na ulicach, psy szczekają, polska wies normalnie. Szału nie było. Wiało za to jak diabli. Wymarzliśmy się jak wariaci. Wracamy do Tbilisi. Gruzja jest jedynym państwem jakie znam, gdzie się blokuje 2-pasmową autostradę, żeby przepędzić owce. Po pierwsze widok niesamowity, po drugie w życiu nie widziałam tylu owiec. Poszliśmy jeszcze na spacer po Starym Tbilisi, nabyłam drogą kupna moje ulubione gruzińskie słodycze, czyli orzechy na sznurku zatopione w zaschniętym soku winogron-gruziński snickers, za który przepłaciłam tylko 3-krotnie, ale, jeny, jak mi się chciało słodyczy. A potem poszliśmy z Libyą, który naprawdę na imię ma Baha, do niego. O 18 umówiliśmy się z CSerką z Niemiec i lokalnym CSem na kolację. Znowu kinkali. Wreszcie zrozumiałam Bahę. Jeśli jeszcze raz zjem kinkali, umrę. Mam dość, z mięskiem (najlepsze), z pieczarkami, z ziemniakami, nieważne, umrę. Potem poszliśmy kolejką linową w super cenie 1 lari na Narinkala - twierdzę nocą. Obłędne widoki. Wreszcie skończyliśmy na lokalnym winie w 2. z 2 jedynych fajnych pubów w mieście. Średnia wieku 17 lat. Przyszedł Tauesz z Anną, pożegnaliśmy się i po 22 poszłam do domu, bo jutro pobudka o 7 i jadę w góry. Czas na Kazbegi. Wiecie co. Ta Gruzja szału nie drobi, choć Tbilisi ładne, zwłaszcza nocą, ale ludzie tu dobrzy i mili i tak swojsko nad tym winem. Daje radę, choć tęsknię za szczęką opadającą z zachwytu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz