wtorek, 20 listopada 2012
Khor Virap
Odkąd z Oramininem nie wypaliło napiszę Wam, co było 2 dni temu. Coraz mniej chce mi się pisać. To znaczy, że moja wyprawa zbliża się ku końcowi i jestem coraz mniej podekscytowana, a coraz bardziej zmęczona. No i znaczy to, że dawno nie było wow. Po całych nocach imprezowania, wstajemy tu po 12, i późnym popołudniem docieramy do monastyrów, z których słynie Armenia. Wczoraj pojechałam do mojego celu- monastyru Khor Virap. Jest na okładce mojego przewodnika, zaledwie 30 km od Araratu. Mały monastyr na skale u stóp wielkiej góry. Jakimś cudem trafiłyśmy na właściwy dworzec maszrutek- jest ich w Erywaniu kilka i nigdy nikt nie wie, gdzie są i z którego jechać gdzie. Znalazłyśmy maszrutkę i.. czekałyśmy 1,5 h na odjazd. W międzyczasie kierowca poczęstował nas gruszami ze swojego sadu, dał nam nawet wodę, żeby je umyć, a potem zjechał z trasy, żeby podwieźć nas pod sam monastyr i powiedział, że on będzie jechał ostatnim kursem powrotnym o 17.20, więc będzie na nas czekał na skrzyżowaniu. Nie byłoby to konieczne, bo na widok 2 dziewczyn zatrzymywał się absolutnie każdy samochód, ale wolałyśmy naszą napchaną po brzegi maszrutkę. Khor Virap jest ładnie położony. Wprawdzie przejrzystość powietrza była kiepska i Ararat prawie niewidoczny, ale poczekałyśmy do zachodu słońca i faktycznie- zachód słońca za Ararat robił wrażenie. Zwłaszcza, że pomiędzy 2 wierzchołkami pokazała się taka jakby mini tęcza. Ararat w ogóle ma w sobie coś magicznego. Ten pięciotysięcznik to podobno góra, na której spoczęła arka Noego. Jest elektryzujący. No więc mamy Ararat, klasztor na małej górce i wokół ogromne przestrzenie pól, taka niby pustynia. Lubię tę armeńską przestrzeń. A sam klasztor słynie ze studni, w której wieziony był św. chyba Grzegorz, ale dla mnie to zbyt klaustrofobiczne doświadczenie. Po powrocie do Erewania jak zwykle stała trasa- koreańska knajpa, Calumet, Iris Pub, Calumet. Moi Koreańczycy, oprócz tego, że nasz szef kuchni, mega jajcarz postanowił mnie poślubić, a potem przeprowadzić się do polski (visa, visa), zaczął wróżyć mi z ręki. Wyczytał mnóstwo pieniędzy, krótkie, ale zdrowe życie i przystojnego męża, ale później, dużo później Zabawne, ze tu nawet w ormiańskiej restauracji, kelner ma problem z zaproponowaniem czegoś typowo ormiańskiego. Ucher, który dziś zaczyna nowa pracę i miał wstać o 8, wstał o 11. Ale oczywiście to Armenia, to nie problem, spóźnić się pierwszego dnia 4 godziny… Naprawdę arabsko tu, ty jesteś czasem, czas nie istnieje obiektywnie. Tak samo z myśleniem. Taksówkarze kompletnie nie znają miasta, nie mają wyobraźni przestrzennej. Droga nie istnieje obiektywnie. Ty jesteś drogą. Którędy pójdziesz, tędy pójdziesz i tyle. Dziś jadę do ruin świątyni Garni i monastyru Gegard, a jutro wracam do Gruzji, tęsknię już trochę za Europą.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz