poniedziałek, 2 maja 2011

Nareszcie Czarnogóra



Jak tylko otworzyłam oczy, a było to o 6:45 rano, poraziły mnie promienie słońca. Od razu się wkurzyłam. Jak to? Ja jestem 2 dni w Dubrowniku i leje, a jak tylko wyjeżdżam, ot pełne słońce. Na dodatek wczoraj sprawdzałam prognozy dla Czarnogóry i miało być chmurzasto i deszczowo. Na domiar złego w nocy pogryzły mnie jakieś pająki, czy inne tajemne biesy, więc swędzi, piecze, jest czerwone i spuchło mi śródręcze. Ale co tam, jadę do Czarnogóry. Postanowiłam po drodze do Tivatu, gdzie mam hostel, zatrzymać się na kilka godzin w Herzegnovi (czy bardziej Herzegu Novim). No i wreszcie jest fajnie. Nie jest to z pewnością najpiękniejsze miasteczko świata, ale jest spokojne, prawdziwe, urokliwe i prawie nie ma turystów. Jest też targ ze świeżymi warzywami i owocami, jest tanio, wszak to Czarnogóra, jest twierdza, wąskie uliczki, palmy, morze, piękne zapachy kwitów i.. słońce. Poszlajałam się po mieście u wejścia do Zatoki Kotorskiej, usiadłam w restauracji, gdzie za 5 euro dostałam tosty z frytkami, kawę i wodę. Konsumpcja nastąpiła na bajecznym tarasie z widokiem na morze. Wokół palmy i zapach pomarańczy… I totalny chillout. Potrzebowałam tego po 2 dniach deszczu. Jest dobrze. Teraz skoczę do hostelu w środku nicości w jakiejś starej bazie wojskowej w Tivacie, a potem do Kotoru, którego już zupełnie nie mogę się doczekać. Myślę, że Kotor może być tym, co mnie absolutnie zachwyci podczas tej wyprawy. Oby tylko pogoda nie zawiodła, bo prognozy i chmury na horyzoncie nie wróżą nic dobrego.

5 godzin później
Po raz kolejny muszę powiedzieć: to się nie dzieje naprawdę. Czarnogóra to kraj cudnych krejzoli. Trochę podobna do Krymu, ale czuje się w tym szaleństwie jak ryba w wodzie. Kierowcy w autobusach coś gadają krzyczą, śmieją się do mnie, ja nic nie rozumiem, oni rozumieją, że ja nie rozumiem, ale nadal gadają, stają mi na przystanku w centrum Tivatu, który wbrew moim planem nie jest Kotorem, potem podwożą mnie dalej, proszę, dziękuje itp. Ale od początku. Mam hostel w Tivacie. Nie wiem jak to się stało. Miał być w Kotorze. Ale jest przynajmniej 10km dalej w Tivacie. W środku nicości. Jadę autobusem. Wjeżdżamy na prom. Widoki piękne. W końcu to adriatycki fiord. Cudeńko. Zielone wzgórza opadają łagodnie do wody. Wszyscy, nawet jak nie mówią po angielsku, są komunikatywni i bardzo się starają. To jest przemiłe. Przyjeżdżam do Tivatu. Paskudne miejsce w środku nicości. Chmurzasto, ale nie pada. Idę z tym wielkim plecakiem i idę, ze 3 km. Gubię się i wkurzam. W końcu znajduję hostel Anton. Jestem wykończona i wściekła. Prowadzi go para – Maja i Ivan. Koleś jakiś mega nierozgarnięty. Laska śpi. Na miejscu jest jakiś jeszcze dziwaczny Australijczyk. Podróżuje po świecie, ale skończyła mu się kasa i ta laska powiedziała, że może z nimi zostać za free jak będzie pomagał w hostelu. Wcześniej mieszkał w Krakowie. Zabawny zbieg okoliczności. Robi kawę. Nie ma tu zbyt wielu gości, wszak jesteśmy w środku nicości. Ja naprawdę nie wiem jak hostelworld mógł mnie tak okłamać, albo jak bardzo musiała być pijana bookując hotel?? Ale stało się. Jestem. Mówię im, że chcę do Kotoru. Oni proponują, że możemy tu coś porobić, ale skoro chcę do Kotoru, a chcę, pomagają mi z ogarnięciem autobusów, a na koniec Ivan, czyli mąż Mai, odwozi mnie na dworzec i mówią, że jakbym miała problemy z powrotem z Kotoru, niech zadzwonię, oni po mnie przyjadą te 20 km. Są tak mili i serdeczni. Naprawdę to jakieś krejzolskie miejsce. Kupię wino i pointegrujemy się wieczorem. A teraz ruszam do Kotoru. Trzymajcie kciuki.

4 godziny później
Boshhh, jestem w niebie.. jadę do Kotoru wzdłuż wybrzeża i jestem zachwycona. Przepiękne ostre stoki drapieżnie opadające do morza, piękne budowle, wąziutka droga tuż nad przejrzystym morzem. Jestem tak zachwycona, że nie śmiem wyjąć nawet aparatu. Chcę tylko chłonąć to piękno. Wchodzę na Starówkę. Ogromna, prawdziwa, żywa, piękna, wokół wspinające się na niebotyczne wysokości mury obronne miasta. Kosmos. To jest tak boskie, że brak mi słów. Ale warto było tu przyjechać. Jestem w niebie.

2 godziny później
Stoję, kurwa od 2 godzin na przystanku czekając aż autobus, który miał być 1,5 h temu, przyjedzie. Nie przyjeżdża. Już niemal nie pamiętam jak boskie jest to miasto i okolica. Jestem wściekła. Zapadł zmrok, a ja czekam jak idiotka nie mając nawet pojęcia, czy ten autobus w ogóle przyjedzie, czy tu cokolwiek jeździ. A nie chcę, żeby Australijczyk musiał po mnie przyjeżdżać. Przecież jestem twardzielką. Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Najwyżej te 30? Km jakoś przehitchhikuję po nocy, choć trochę się boję sama hitchhikować, zwłaszcza w nocy.. Rany jestem tak wściekła!!!!

3 godziny później
Jak już byłam na granicy płaczu podjechał do mnie koleś na motorze. Podjeżdżał już wcześniej, ale byłam zajęta blogowaniem stanu swojej wściekłości. Teraz wrócił i zagaduje, że wyglądam tak jakbym musiała z kimś porozmawiać albo jakbym potrzebowała czekolady, czy może mi jakoś pomóc bla bla bla. Nawet niezły… Tylko ja nie cierpię takich sytuacji. Czy to jest podrywacz, gwałciciel czy dobry człowiek? Jasne, że chciałabym wierzyć, że naprawdę chce mnie bezinteresownie podwieźć tym motorem 30km w nieswoją stronę, ale jednak jestem w obcym kraju, nie wiem jakie tu zwyczaje, a od 28 lat czytam w gazetach o gwałtach i morderstwach… Ale z drugiej strony może to moje nieufne polactwo wychodzi? Może tu ludzie sobie pomagają? Może trzeba mu po prostu zaufać? Nie cierpię takich sytuacji! W trakcie mojej rozkminy: ufać czy nie, nadjeżdża bus. Koleś od motoru mówi, że to nie mój bus, ale tknięta czymś otwieram drzwi i kierowca mówi, że tak, że oczywiście jedzie do Tivatu (na marginesie wspomnę, że podróżowanie tu jest bosko tanie: 1,7 euro miliardy kilometrów Tivat-Kotor). Wsiadam i macham motocyklowemu. Trochę żałuję, bo połowa mnie szczerze wierzy, że ten przystojniak jest dobrym człowiekiem, ba, księciem z bajki, który chciał mi bezinteresownie pomóc, a potem żylibyśmy długo i szczęśliwie w Boce Kotorskiej… ale druga połowa mówi mi: Kaśka, jakbyś chciała hitchhikować wyciągnęłabyś kciuka, to najstarszy motyw na świecie, samotna kobieta widocznie wściekła i bezradna na przystanku, koleś na motorze… łatwa ofiara… Rozkmina rozkminą, ale widoki w drodze powrotnej rekompensują mi straty duchowe, czasowe i moralne. Jutro wrócę tu pieszo. Te 30km. I nacykam miliardy fot, bo to po prostu zjawiskowe. A jak miał był być to Książe z bajki to Los spotka nas jutro. Gdzieś. JakośJ Już nie mogę się doczekać jutrzejszego spaceru.

5 komentarzy:

  1. no dobra, a gdzie foty tego raju na ziemi??
    jej jak fajnie tak sobie poczytac siedzac w bezosobowym biurze otoczona przez ludzi mowiacych dizwnym jezykiem...
    tez che potripowac jeszcze...
    a czemu hostele nie cs?

    OdpowiedzUsuń
  2. no i dlaczego bedac tak blisko grecji juz bedziesz jeszcze wracac do polandu?

    OdpowiedzUsuń
  3. foty czasem na fejsie, ale nie ma czasu:) ty juz pracujesz? tak szybko po powrocie?? farciara!!! mało tu bardzo CS więc hostele, wiesz ja wole spac w hostelu niż u 20-latki, z która nic mnie nie łączy:) odp na posta 2 jest bardzo prosta: bo tęsknię:) ja ledwo te 5 miesiecy wytrzymam daleko od domu, więc póki mogę chcę pobyć w Polandii, z mamusią itp:)

    OdpowiedzUsuń
  4. nie masz czasu a wpisy regularne i b dlugie ;) no ja wprost do pracy z usa..ale tez long story, pracuje juz 18 dni a kontraktu brak, nie wiem kiedy jakakolwiek kase zobacze i wszystko mnie wkurza ;) i anyway to tylko do konca wrzesnia ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasiu bardzo dobrze zrobilas nie wsiadajac na ten motor, jakikolwiek by nie byl atrakcyjny...

    OdpowiedzUsuń