środa, 4 maja 2011

Budva, czyli miasto pomyłek



I piliśmy to wino i piliśmy… oglądaliśmy film i było przyjemnie. Przynajmniej mnie, bo Ernst jeździł gdzieś po Tivacie szukając mojego hotelu, a z porannego maila dowiedziałam się, że chyba nie docierają do mnie smsy. Rano czekało mnie miłe przebudzenie. Nudny Niemiec zrobił kawę. Maja i Ivan jak zwykle śniadanko. Potem leniwy poranek. Na koniec Ivan podwiózł mnie na przystanek i ruszyłam ku Budvie. Trasa do Budvy znowu malownicza i fajna, ale sama Budva na pierwszy rzut oka marny kurort. Na dworcu weszłam do informacji turystycznej pytając jak dojść do hotelu i jak dojechać do Sveti Stefan, czyli uroczą wsypę, pocztówkową wizytówkę czarnogórskiego wybrzeża. Odpowiedź: autobusem. Idę do hostelu. Przy wejściu czeka dziewczynka z Ukrainy, Ania, jak się później okaże też couchsurferka. Otwiera nam przyjemny Irlandczyk, właściciel hotelu, trochę rozmawiamy, potem ja mówię, że jadę na Svety Stefan, ci z hostelu mówią, że autobusów nie ma, że raczej taxi, więc postaram się spacerem, Anka mówi, że idzie ze mną. Idziemy 10 km. Jest fajnie i słonecznie. Autobusy oczywiście są, kosztują zaledwie 1,5 euro, ale co tam trasa nie najgorsza, choć momentami idziemy główną nadmorską autostradą, bez pobocza, a obok z zawrotną prędkością śmigają tiry… Tuż przed Sveti Stefan jest super park, słonko grzeje, ptaszki śpiewają, jest miło. Dochodzimy do wyspy, a pan strażnik mówi, że nie możemy wejść. Pytamy dlaczego: bo wyspa jest w renowacji. Hmmm i koleś z IT nie mógł mi tego powiedzieć? Okazuje się, że wyspa jest w renowacji od 5 lat!!!! Cała trasa na marne, wkurzone i zmęczone postanawiamy wracać stopem. To mój pierwszy stop w Czarnigórz ei głęboko żałuję, ze jestem sama, bo ta forma podróżowania w tym cudnym kraju bardzo mi się podoba. Najpierw przez park do drogi głównej podwozi nas jakaś miła pani, a potem zatrzymuje się jakiś młody koleś z Baru. Zmusza nas do słuchania etnofolku i na wieść o tym, że jutro wybieram się do Baru wciska mi swój numer i każe zadzwonić to pójdziemy na kawę. Wszystko jest miłe. Podwozi nas na samą starówkę. I nie wiem, pewnie przez pogodę czy coś, ale naprawdę mi się podoba ta starówka. Ludzie mili, budynki nie najbrzydsze choć odbudowane. O 18 jestem umówiona z Draganą z CS z Kotoru. Dziewczyna przyjeżdża specjalnie dla mnie z Kotoru idziemy z nią i z Anią na kawę, potem na Vrnac. Kafejka super, Dragana jest cudnie inspirująca, single female traveller wybierająca się wkrótce na Jamajkę. Odczuwamy pokrewieństwo dusz i już snujemy wspólne podróżnicze plany. Zaczyna jednak lać. Umawiamy się wiec na jutro na salsa party w Kotorze. Tymczasem Ernst krąży gdzieś między Kotorem a Budvą i próbuje nas znowu odnaleźć. Rany, Bóg ewidentnie nie chce, żebyśmy się spotkali. Ja natomiast zaczynam odczuwać skutki słonecznego przypieczenia.. Ale jest fajnie. Ludzie uciekają ze starówki, a obsługa baru w którym siedzimy zaczyna się z nami ziomalić. To całkiem dobry wieczór zakończony nocną pizzą. No i był też epizod z gigantycznymi pająkami. Otóż siedzimy z Anią na murach obronnych, obok staromiejski grajek coś zapodaje na gitarze, patrzymy w fale w blasku zachodzącego słońca i nagle widzę po piasku śmigają dwa małe kraby. Przyglądam się im i nagle stwierdzam, że to nie małe kraby, ale wielkie pająki, tarantule!!!! Uciekamy z krzykiem z Anią. Potem długo je fotografujemy w celach badawczych oczywiście z maksymalnej odległości an 45-krotnym zoomie. Małe kraby czy wielkie pająki? Nie wiem, ale na mury nie wracam. Miałam jutro jechać do Baru, ale chyba rozważę plażowanie, zwłaszcza, że odkryłam super beach bar…
Zobaczymy, inshallachJ

2 komentarze:

  1. strasznie fajnie sie czyta ;) przyznaj sie ile czasu dziennie na blogowanie poswiecasz?

    OdpowiedzUsuń
  2. zależy, ale raczej niedużo:)wczoraj 20 min pod wpływem:P ale dzięki, miło z Twojej strony moja inspirująca Travelmaniaczko:)

    OdpowiedzUsuń