niedziela, 8 sierpnia 2010

Bo Lublin pełen jest tkliwej czułości

Często mnie pytacie dlaczego tak regularnie jeżdżę do Lublina. Mrugacie oczami z niedowierzaniem, czasem politowaniem. Ktoś ukuł teorię o nieodciętej pępowinie, ktoś inny o kidult… Pewnie obie częściowo są prawdziwe. Ta pierwsza zdecydowanie bardziej. Bo czy normalne jest, żeby 27-letnia kobieta wynajmująca urocze mieszkanko w pełnej życia i wydarzeń stolicy co drugi weekend, a czasem nawet częściej jeździła do Lublina?

Odpuszczę sobie i wam odpowiedź na pytanie, czy to normalne, bo dopóki dla mnie jest to przyjemne i nikomu krzywdy nie czyni i tak będę to robiłaJ Ale spróbuje wyjaśnić dlaczego.

Po pierwsze primo Lublin ma najładniejszą starówkę na świecie z boskimi zakamarami i cudnymi knajpkami, gdzie przy kawie doskonale czyta się książki raz po raz podrywając znad ich kart oczy ku cudownym niszczejącym kamienicom, których dusze wszyscy mają za nic. Butwieją więc drewniane schody na podwórkach, lokalne męty zajmują Plac Rybny, a ja z sercem na dłoni przemykam po schodkach w Zaułku Hartwigów. Lubelska starówka jest jednym z najładniejszych i, co rzadkie, kompletnie niezniszczonych przez II wojnę światową kompleksów architektonicznych w naszym kraju. Jedna z pierwszych bomb w 1939 r. zabiła wprawdzie Czechowicza w Hotelu Europa, ale większość spadła na Krakowskie Przedmieście, a nie na starówkę. Miasto płonęło wielokrotnie w XVI i XVII stuleciu i poza kilkoma renesansowymi kamienicami ciężko znaleźć tam coś starszego. Starówka nie jest za duża i z tego co wiem napisano o starym Lublinie tylko jedną powieść historyczną, a i to o czasach dużo późniejszych niż te pamiętające budowanie kamienic rynkowych. Mury miejskie, co było tendencją ogólnopolską, zrównano z ziemią w wieku bodajże XVII celem zasypania fos i tak powstał Plac Łokietka. Miasto ma cztery bramy, kaplicę akustyczną w katedrze, jedne z najznamienitszych w Europie fresków bizantyjskich na zamku, który też jest wyjątkowy, bo przerażająco brzydki. W Lublinie mieści się centrum wszechświata, przynajmniej według cadyka Horowitza - Widzącego z Lublina, o którym wiedzą niemal wszyscy Chasydzi, ale mało który Lublinianin. Mało który Lublinian, że o Polakach globalnie nie wspomnę, widział kiedyś na żywo jakikolwiek spektakl w Gardzienicach. Widzieli go za to i doceniali krytycy teatralni z całego świata. Lublinianie mają tyleż samo kompleksów co zapatrzenia w siebie, zwłaszcza kulturalnego. Warszaffka to miropikuś w porównaniu z Lublynkiem. Przy ogólnie tragicznej infrastrukturze turystycznej (kilka hoteli, jedno schronisko młodzieżowe, którego drzwi zamykane są o 22, a noclegi tanie, bo tanie, ale dostępne wyłącznie w wieloosobowych salach), jest to pewnie jedyne w Europie miasto z tyloma wydarzeniami kulturalnymi, w którym nie ma ani jednego hostelu. Nie ma też dróg dwujezdniowych łączących Lublin choćby z oddaloną zaledwie o 163 km stolicą, nie dojeżdżają tu pociągi typu Express, Eurocity, Intercity ani nawet najtańsze Interregio. Koszt podróży z Warszawy do Lublina porównywalny jest z tym ze stolicy do Poznania czy Krakowa, czas niestety też jest zbliżony. To wszystko jest przykre. Z Lublina generalnie dużo łatwiej się wyjeżdża niż do niego przyjeżdża. Wyjeżdżających bardzo często dopada specyficzna lubelska amnezja. Kiedy spotykam w Warszawie Lubelaka, zawsze się cieszę, podobnie jak kiedy spotykam drugiego Polaka gdzieś za granicą. Niestety mój patriotyzm lokalny zwykle nie spotyka się z zrozumieniem, częściej z zawstydzeniem w stylu ”o nie, ona wie, skąd jesteśmy, oby nie chciała powiedzieć tego na głos”. Większość z tych osób nie siedziała nigdy, a przynajmniej od dobrych 20 lat na podwórku przy Teatrze Andersena gapiąc się na bardziej industrialną, kiedyś protestancką część miasta, gdzie ponad 100 lat temu rysowano szkice pierwszych polskich samolotów. Większość tych ludzi nie wie, że w Lublinie znajdował się do 1993 r. największy kawałek krzyża Chrystusa, a historia jego kradzieży (tej i poprzednich) spokojnie mogłaby przyćmić kryminały Dana Browna. Większość z nich nie wie, co ma ten kawałek krzyża wspólnego z kościołem KUL przy Al. Racławickich ani co to jest Domek Kata. Kamień obok Bramy Trynitarskiej jest dla nich zwykłym kamieniem, studnia na dworcu PKS jakąś śmieszną wieżyczką i pewnie nigdy nie odważyli dać się zamknąć na noc w jednym z podwórek Starówki. Mogłabym tak pisać i pisać, bo tak ja faktycznie uwielbiam to miasto, jego zapach, kolory, smak deszczu, zapach pieczonych ziemniaków w skansenie i wielu wielu innych. I między innymi dlatego właśnie tak często przyjeżdżam do Lublina.

Oczywiście teoria pępowiny tez jest słuszna i niewątpliwie charyzma mojej matki sprawia, ze jestem od niej uzależniona i każda chwila spędzona z nią jest dla mnie ogromną przyjemnością i nie widzę najmniejszych przyczyn, dla których miałabym sobie tej właśnie przyjemności odmawiać.

Lubię Lublin oczywiście także dla i przez ludzi, których kocham i którzy tu mieszkają. To dzięki nim ukułam kiedyś swoją pierwszą definicję miłości. Do dziś zresztą chyba jedną z trafniejszych. Miłość to jest 500 g łososia. Wiecie dlaczego? Bo wiele lat temu nieopatrznie, żeby mojemu tacie było miło, bo przygotował na mój przyjazd łososia w czymśtam i ja chciałam go docenić więc jakoś supermocno mlaskałam nad tym łososiem i podkreślałam, że taki pyszny. I oto mój ojciec, który generalnie ma spore problemy z wyrażaniem uczuć, od tamtej pory zwykle kupuje na mój przyjazd łososia… Ten płat martwej ryby jest jego ”kocham cię”. Miłość mojej lubelskiej rodziny do mnie ma też kształt (i zapach) sera pleśniowego. Historia dokładnie taka sama jak z łososiem tym bardziej ckliwa, że cała ta rodzina nie cierpi nawet zapachu sera pleśniowego, który zawsze czeka na mnie w lodówce… W Lublinie rany goją się szybciej, a dusza łatwiej wypluwa z siebie treści niewypowiedziane przy herbatce mojej mamy na małym stołeczku przy kaloryferze w kuchni.

Ale Lublin to też przyjaciele, znajomi i te anioły, które kiedyś musnęły mnie swoim skrzydłem odmieniając moje życie. Lublin to Weronika i Afryka, gdzie zawsze wpadam niezapowiedziana z paskudnie beznadziejną nieregularnością i zawsze dostaję kawę z historią. Lublin to BraHo z Zuzanną, wsparcie w testach oraz lęki przed porodem (BraHo oczywiście). Lublin to wyzwania upostaciowanie w Joannie i wiele wiele lat temu w Katarzynie. Lublin to Grześki, dom w Łęcznej, zrzucanie fotek i robienie zdjęcia na kartę miejską albo do CV o nieprzyzwoitych porach z cudnym widokiem na panoramę Lublina z ostatniego pietra wieżowca przy Głębokiej. Lublin to moja siostra - mistrz kierownicy i opustoszałe drogi nad Zalewem Zemborzyckim, które łaskawie nie urwały mi podwozia kiedy po powrocie z Krety chciałam się znowu nauczyć jeździć po Polsce. Lublin to Tomasz i Olga, którzy wyciągają nad jezioro albo na wino. Lublin to te wszystkie inne osoby które czasem mniej lub bardziej świadomie spotyka się na starówce.

Także nie dziwcie się, że wpadam tu czasem choćby na pół dnia na herbatę u mamusi czy kawkę na Starówce, bo Lublin to moje piękne wspomnienia, to moja pierwsza miłość, Lublin to ja jaką lubię i chcę pamiętać. Podobno, żeby poznać i pokochać jakieś miejsce trzeba do niego wrócić.. Ja Lublin żegnałam już tak wiele razy i im dłużej mnie tu nie ma tym bardziej znam i kocham to miasto. Więc jeśli nie macie planów na weekend to zaledwie 160 km od Warszawy, a ta dziewczyna z wąsami z bitej śmietany nad kawą po wiedeńsku u Szewca zaczytana w Wyborczej i/lub Wysokich Obcasach to ja. Podejdźcie wtedy i zaczepcie mnie pod byle pretekstem. Przysiądźcie się i wymieńmy się swoimi historiami. Kto wie, może będziemy dla siebie nawzajem lubelskimi aniołami, które wskazują właściwe kierunki i pchają ku Nowemu… Bo Lublin to czysta magia.

Kurcze mam ewidentnie problem z zakończeniami. Kończę więc bez zakończenia, rozmarzona i niedokończona jak zwykle w Lublinie (i nie tylko).

3 komentarze:

  1. acha, to juz rozumiem. bo mi wystarczy tam wpadac raz na 2 miesiace :D

    OdpowiedzUsuń
  2. ty jesteś zepsuty 2 miesiącami urlopu spędzanymi na remoncie warszawskiego mieszkanka :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Alte Liebe rostet nicht..

    OdpowiedzUsuń